20.05.2025, 00:09 ✶
Zostawiłem ich tam, na werandzie - Fabiana i Ambroise’a. Chłopiec siedział w milczeniu obok niego, wyprostowany z tą dziecięcą uwagą i miną, która mówiła więcej niż jakiekolwiek słowa, a Roise... Ambroise miał twarz spokojną - zbyt spokojną, nie drgnął, nie odwrócił się za mną, kiedy schodziłem z desek werandy, chociaż doskonale wiedział, że znikam z jego zasięgu - nadal przetwarzał informacje. Wiedziałem, co robić - przyspieszyłem kroku, niemal bezwiednie, tak, jakbym nie musiał tej decyzji podejmować, tylko wystarczyło pozwolić nogom ruszyć w stronę salonu. Kiedyś, dawno temu, Ursula powiedziała, że ludzie z mojej rodziny poruszają się jak duchy - zjawiają się nagle, cicho, zbyt blisko, i że to niepokojące. Cóż, być może miała rację, ale nie miałem zamiaru tego zmieniać.
Salon był tam, gdzie zawsze - po lewej od głównego holu, z wysokim sufitem i szerokimi oknami, przez które wpadało to blade, szare światło późnego popołudnia. Było w nim duszno i cicho, kominek płonął, a ogień rzucał ciepłe cienie na perskie dywany i podłogę z drewna dębowego. Lampy paliły się punktowo, rzucając złote plamy światła na poduszki, zasłony, brzeg fotela. Wszedłem do pomieszczenia, nie zdradzając obecności ani jednym skrzypnięciem podłogi, gdybym chciał, mógłbym stanąć komuś za plecami i czekać tak godzinami, ale nie miałem czasu na takie upiorne zagrywki, tak samo na uprzejmości - musiałem znaleźć konkretną osobę.
Nie miałem pojęcia, co Geraldine właściwie wiedziała o przypadłości swojego faceta - zakładałem, że wystarczająco, i spędziła z Ambroise’em wystarczająco wiele czasu, by rozumieć, co znaczą te zatrzymania, zamglone spojrzenia, zbyt długie milczenie. Nawet jeśli on sam nie mówił wprost i wolał udawać, że to nic wielkiego, wszystko ma pod kontrolą - tak jak to robił dzisiaj. Bzdura - Ambroise niczego nie miał pod kontrolą, gdy to się działo, tak samo jak Prudence. Tego się nie ukrywało na dłuższą metę. Nie z kimś, kto się z tobą dzieli łóżkiem i kawą o poranku. A jeśli jakoś to ukrywał - cóż, wtedy tym bardziej potrzebował, żeby przy nim była, dlatego nie zawahałem się nawet na chwilę, tylko poszedłem po nią. Bo jakkolwiek bym jej nie znosił, to ona była jego, a on był moim przyjacielem. Potrzebował kogoś obok - kto zna rytm jego oddechu, kto wie, jak reaguje, co lubi, czego nie toleruje, jak należy go trzymać, gdy to się kończy. To nie byłem ja - nie tym razem, to musiała być ona. Zobaczyłem ją od razu - siedziała bokiem do kominka, tuż przy nim, noga założona na nogę, dłonie na udach, sylwetka napięta w tej swojej kontrolowanej nonszalancji, którą próbowała sprzedać światu, ale nawet teraz była gotowa do skoku, tylko wewnętrznie - wyczuwałem to - ja bym był. Jej spojrzenie nie było utkwione w ogniu - nie, przesuwała wzrokiem po czyszczonym sztylecie. Nie spojrzała na mnie, a ja nie dałem o sobie znać, tylko podszedłem bliżej - nawet podłogi skrzypiały inaczej pod moimi stopami niż pod cudzymi, albo raczej... Wcale nie skrzypiały - po tylu latach nie myślałem już o tym świadomie, poruszałem się tak, jak zawsze poruszali się mężczyźni w mojej rodzinie, i nikt nie miał z tym problemu poza tymi, którzy nie lubili być zaskakiwani. Geraldine była właśnie taką osobą. Ojej, jak mi przykro... Nie było.
Zabrałem głos bez ceregieli, a następnie wbiłem wzrok w twarz Yaxley, obserwując zmianę wyrazu. To nie było zaniepokojenie, jakiego mógłbym się spodziewać. Raczej… Przetwarzanie - ocena sytuacji - trochę mnie to zdziwiło, bo spodziewałbym się, że będzie trochę cieplejsza i bardziej zaangażowana, skoro chodziło o jej drugą połowę, ale najwyraźniej w stosunku do niego też nie była zbyt ciepła. Niezła sobie wybrał królową lodu - nie ma co - ale, cóż, to nie była moja sprawa.
Zamrugałem. Powieki zwęziły mi się w odruchu obronnym, może i ze zdziwienia. To nie było zaskoczenie, że akurat ona coś takiego powie, ale jednak… Coś mnie uderzyło - nie same słowa, a to, co za nimi stało. Nie spodziewałem się, że pierwszą rzeczą, jaką Geraldine z siebie wypluje, będzie atak. Nie pytanie, nie troska, nie: „Czy wszystko z nim w porządku?”, tylko od razu insynuacja, że Ambroise stanowi zagrożenie, jakby jego zdolności były chorobą psychiczną. Sugerowała, że Ambroise nie powinien być sam przy dziecku - jak gdyby był zagrożeniem, jego dar był czymś, co należało trzymać na smyczy, izolować. Znowu - jakby był chory psychicznie i niepoczytalny. Po tym, co mówiłem Prudence, raptem wczoraj, usłyszenie tego od czyjejś partnerki było... Obrzydliwe. Zamierzałem to zapamiętać.
Miałem ochotę się skrzywić, może splunąć, ale nie dałem jej tej satysfakcji. Nie darzyłem jej sympatią, a teraz już w ogóle ledwie ją tolerowałem, bo nawet jeśli była skuteczna, jeżeli tropiła jak ogar, to właśnie dotarło do mnie, że serca nie miała wcale - zero empatii, zero przestrzeni na słabość, najwyraźniej również dla najbliższych. Wtedy na klatce schodowej odniosłem mylne wrażenie. Czułem w żołądku ten stary, gorzki wstręt do ludzi, którzy mówili: „Kocham cię.”, a potem cofali się o dwa kroki, gdy pojawiał się cień. Tego nie mogłem puścić mimochodem.
- Nie byłem w stanie szię losdwoiś. - Powiedziałem powoli, tonem, który był o kilka stopni chłodniejszy, niż to konieczne. - A - najwyraśniej mylnie - załoszyłem, sze bęsiesz tak miła, by byś pszy własnym chłopaku w takim momensie, ale jeśli to dla ciebie zbyt duszo, moszesz tu zostaś, polasimy szobie bes ciebie. - Dodałem cicho, bez emocji, z pasywną uprzejmością, której nauczyłem się od najgorszych członków swojej rodziny - mój głos nie uniósł się nawet o pół tonu - spokój, tym razem spokój - pasował mi do pasywnej agresji jak garnitur do pogrzebu.
- Naplawdę imponująse, jak balso potlafis szię odciąś... - Powiedziałem cicho, bardziej do siebie niż do niej, ale słyszała - oczywiście, że słyszała, miała usłyszeć. Tym bardziej, że to nie był komplement, chociaż szanowałem jej umiejętności zawodowe. Cholera, byłem wdzięczny, że chociaż w tym jednym - w działaniu poszukiwawczym - mogliśmy się jakoś zgrać, choćby przez zaciśnięte zęby i przez antypatię. Poza tym jedno wiedziałem na pewno - gdyby Ambroise miał wybierać między siedzeniem samemu a siedzeniem z nią obok - wybrałby ją, a ja, choćbym miał się zadławić własnym obrzydzeniem, musiałem to uszanować... Chociaż, do kurwy nędzy, ona naprawdę była nieczułą suką - nawet jeśli skuteczną.
- Usiłujemy tego dociec. Chyba lano. - Odpowiedziałem sucho. Coś we mnie zadrgało, znowu, głębiej, chłodniej - głębokie, lodowate ukłucie, które nie miało nic wspólnego z jej słowami, a wszystko z tym, co za nimi szło.
Geraldine była szybka i doświadczona, na pewno umiała łączyć fakty, więc wiedziała, co oznacza teleportacja bez śladu. Czas się liczył, im dłużej nie wiedzieliśmy, gdzie są, tym większe prawdopodobieństwo, że już ich nie znajdziemy, a może nawet nie chcielibyśmy znaleźć ich w stanie, w jakim się znajdą, jeżeli poszukiwania zajmą nam za długo. Nie czekałem na pytania - nie miałem ochoty rozciągać tej chwili w żadne uprzejmości, nie byliśmy przyjaciółmi. Ba, ledwo ją tolerowałem. Jej obecność była dla mnie nieprzyjemna jak zadra pod paznokciem - drobna, ale uparcie niewygodna, coś w niej drażniło mnie od pierwszego spojrzenia wymienionego na klatce schodowej u Corneliusa. Może ten sposób, w jaki patrzyła na ludzi, jakby cały czas oceniała ich przydatność, ale nie o to teraz chodziło.
Wyszedłem pierwszy, bo nie zamierzałem pozwolić jej wyjść przede mną. Szliśmy razem przez korytarz - czułem, jak każdy jej krok rozbrzmiewa mi w uszach jak drażniące echo. Nie znosiłem jej, znikim nie miałem takiego problemu, jak z nią, nawet z typami, którzy mnie kiedyś wykluczali z towarzystwa podczas zleceń za pochodzenie - tak, oficjalnie byłem półkrwi - nie czułem takiego odruchowego obrzydzenia. Geraldine miała coś, co uznawałem za najgorsze z możliwych - była inteligentna, była dobra w swoim fachu, a mimo to nie miała w sobie ani grama ciepła, gdy naprawdę było to potrzebne. Była jak stal - błyszcząca, ale zimna, i cholernie niebezpieczna.
Wyszliśmy razem na ganek. Fabian nadal siedział przy Ambroise’ie, mówił coś spokojnie, a on sam... wciąż był nie do końca obecny - tak, jakby coś w nim zostało w tamtym miejscu, czasie, gdziekolwiek wessała go wizja. Powietrze było cięższe niż wcześniej, pełne zapowiedzi burzy albo czegoś jeszcze gorszego. Pozwoliłem Yaxley podejść do pozostałej dwójki. Ja tylko stanąłem opodal, opierając się o filar, ramiona skrzyżowane na piersi - obserwowałem, czekałem, pilnowałem... Nie powiedziałem już nic. Patrzyłem na linię drzew, ciemniejący horyzont i czułem, jak moje własne wnętrze przybiera ten sam odcień szarości, co niebo, bo to był jeden z tych dni, kiedy wszystko we mnie było za ciasne - nawet skóra.
Salon był tam, gdzie zawsze - po lewej od głównego holu, z wysokim sufitem i szerokimi oknami, przez które wpadało to blade, szare światło późnego popołudnia. Było w nim duszno i cicho, kominek płonął, a ogień rzucał ciepłe cienie na perskie dywany i podłogę z drewna dębowego. Lampy paliły się punktowo, rzucając złote plamy światła na poduszki, zasłony, brzeg fotela. Wszedłem do pomieszczenia, nie zdradzając obecności ani jednym skrzypnięciem podłogi, gdybym chciał, mógłbym stanąć komuś za plecami i czekać tak godzinami, ale nie miałem czasu na takie upiorne zagrywki, tak samo na uprzejmości - musiałem znaleźć konkretną osobę.
Nie miałem pojęcia, co Geraldine właściwie wiedziała o przypadłości swojego faceta - zakładałem, że wystarczająco, i spędziła z Ambroise’em wystarczająco wiele czasu, by rozumieć, co znaczą te zatrzymania, zamglone spojrzenia, zbyt długie milczenie. Nawet jeśli on sam nie mówił wprost i wolał udawać, że to nic wielkiego, wszystko ma pod kontrolą - tak jak to robił dzisiaj. Bzdura - Ambroise niczego nie miał pod kontrolą, gdy to się działo, tak samo jak Prudence. Tego się nie ukrywało na dłuższą metę. Nie z kimś, kto się z tobą dzieli łóżkiem i kawą o poranku. A jeśli jakoś to ukrywał - cóż, wtedy tym bardziej potrzebował, żeby przy nim była, dlatego nie zawahałem się nawet na chwilę, tylko poszedłem po nią. Bo jakkolwiek bym jej nie znosił, to ona była jego, a on był moim przyjacielem. Potrzebował kogoś obok - kto zna rytm jego oddechu, kto wie, jak reaguje, co lubi, czego nie toleruje, jak należy go trzymać, gdy to się kończy. To nie byłem ja - nie tym razem, to musiała być ona. Zobaczyłem ją od razu - siedziała bokiem do kominka, tuż przy nim, noga założona na nogę, dłonie na udach, sylwetka napięta w tej swojej kontrolowanej nonszalancji, którą próbowała sprzedać światu, ale nawet teraz była gotowa do skoku, tylko wewnętrznie - wyczuwałem to - ja bym był. Jej spojrzenie nie było utkwione w ogniu - nie, przesuwała wzrokiem po czyszczonym sztylecie. Nie spojrzała na mnie, a ja nie dałem o sobie znać, tylko podszedłem bliżej - nawet podłogi skrzypiały inaczej pod moimi stopami niż pod cudzymi, albo raczej... Wcale nie skrzypiały - po tylu latach nie myślałem już o tym świadomie, poruszałem się tak, jak zawsze poruszali się mężczyźni w mojej rodzinie, i nikt nie miał z tym problemu poza tymi, którzy nie lubili być zaskakiwani. Geraldine była właśnie taką osobą. Ojej, jak mi przykro... Nie było.
Zabrałem głos bez ceregieli, a następnie wbiłem wzrok w twarz Yaxley, obserwując zmianę wyrazu. To nie było zaniepokojenie, jakiego mógłbym się spodziewać. Raczej… Przetwarzanie - ocena sytuacji - trochę mnie to zdziwiło, bo spodziewałbym się, że będzie trochę cieplejsza i bardziej zaangażowana, skoro chodziło o jej drugą połowę, ale najwyraźniej w stosunku do niego też nie była zbyt ciepła. Niezła sobie wybrał królową lodu - nie ma co - ale, cóż, to nie była moja sprawa.
Zamrugałem. Powieki zwęziły mi się w odruchu obronnym, może i ze zdziwienia. To nie było zaskoczenie, że akurat ona coś takiego powie, ale jednak… Coś mnie uderzyło - nie same słowa, a to, co za nimi stało. Nie spodziewałem się, że pierwszą rzeczą, jaką Geraldine z siebie wypluje, będzie atak. Nie pytanie, nie troska, nie: „Czy wszystko z nim w porządku?”, tylko od razu insynuacja, że Ambroise stanowi zagrożenie, jakby jego zdolności były chorobą psychiczną. Sugerowała, że Ambroise nie powinien być sam przy dziecku - jak gdyby był zagrożeniem, jego dar był czymś, co należało trzymać na smyczy, izolować. Znowu - jakby był chory psychicznie i niepoczytalny. Po tym, co mówiłem Prudence, raptem wczoraj, usłyszenie tego od czyjejś partnerki było... Obrzydliwe. Zamierzałem to zapamiętać.
Miałem ochotę się skrzywić, może splunąć, ale nie dałem jej tej satysfakcji. Nie darzyłem jej sympatią, a teraz już w ogóle ledwie ją tolerowałem, bo nawet jeśli była skuteczna, jeżeli tropiła jak ogar, to właśnie dotarło do mnie, że serca nie miała wcale - zero empatii, zero przestrzeni na słabość, najwyraźniej również dla najbliższych. Wtedy na klatce schodowej odniosłem mylne wrażenie. Czułem w żołądku ten stary, gorzki wstręt do ludzi, którzy mówili: „Kocham cię.”, a potem cofali się o dwa kroki, gdy pojawiał się cień. Tego nie mogłem puścić mimochodem.
- Nie byłem w stanie szię losdwoiś. - Powiedziałem powoli, tonem, który był o kilka stopni chłodniejszy, niż to konieczne. - A - najwyraśniej mylnie - załoszyłem, sze bęsiesz tak miła, by byś pszy własnym chłopaku w takim momensie, ale jeśli to dla ciebie zbyt duszo, moszesz tu zostaś, polasimy szobie bes ciebie. - Dodałem cicho, bez emocji, z pasywną uprzejmością, której nauczyłem się od najgorszych członków swojej rodziny - mój głos nie uniósł się nawet o pół tonu - spokój, tym razem spokój - pasował mi do pasywnej agresji jak garnitur do pogrzebu.
- Naplawdę imponująse, jak balso potlafis szię odciąś... - Powiedziałem cicho, bardziej do siebie niż do niej, ale słyszała - oczywiście, że słyszała, miała usłyszeć. Tym bardziej, że to nie był komplement, chociaż szanowałem jej umiejętności zawodowe. Cholera, byłem wdzięczny, że chociaż w tym jednym - w działaniu poszukiwawczym - mogliśmy się jakoś zgrać, choćby przez zaciśnięte zęby i przez antypatię. Poza tym jedno wiedziałem na pewno - gdyby Ambroise miał wybierać między siedzeniem samemu a siedzeniem z nią obok - wybrałby ją, a ja, choćbym miał się zadławić własnym obrzydzeniem, musiałem to uszanować... Chociaż, do kurwy nędzy, ona naprawdę była nieczułą suką - nawet jeśli skuteczną.
- Usiłujemy tego dociec. Chyba lano. - Odpowiedziałem sucho. Coś we mnie zadrgało, znowu, głębiej, chłodniej - głębokie, lodowate ukłucie, które nie miało nic wspólnego z jej słowami, a wszystko z tym, co za nimi szło.
Geraldine była szybka i doświadczona, na pewno umiała łączyć fakty, więc wiedziała, co oznacza teleportacja bez śladu. Czas się liczył, im dłużej nie wiedzieliśmy, gdzie są, tym większe prawdopodobieństwo, że już ich nie znajdziemy, a może nawet nie chcielibyśmy znaleźć ich w stanie, w jakim się znajdą, jeżeli poszukiwania zajmą nam za długo. Nie czekałem na pytania - nie miałem ochoty rozciągać tej chwili w żadne uprzejmości, nie byliśmy przyjaciółmi. Ba, ledwo ją tolerowałem. Jej obecność była dla mnie nieprzyjemna jak zadra pod paznokciem - drobna, ale uparcie niewygodna, coś w niej drażniło mnie od pierwszego spojrzenia wymienionego na klatce schodowej u Corneliusa. Może ten sposób, w jaki patrzyła na ludzi, jakby cały czas oceniała ich przydatność, ale nie o to teraz chodziło.
Wyszedłem pierwszy, bo nie zamierzałem pozwolić jej wyjść przede mną. Szliśmy razem przez korytarz - czułem, jak każdy jej krok rozbrzmiewa mi w uszach jak drażniące echo. Nie znosiłem jej, znikim nie miałem takiego problemu, jak z nią, nawet z typami, którzy mnie kiedyś wykluczali z towarzystwa podczas zleceń za pochodzenie - tak, oficjalnie byłem półkrwi - nie czułem takiego odruchowego obrzydzenia. Geraldine miała coś, co uznawałem za najgorsze z możliwych - była inteligentna, była dobra w swoim fachu, a mimo to nie miała w sobie ani grama ciepła, gdy naprawdę było to potrzebne. Była jak stal - błyszcząca, ale zimna, i cholernie niebezpieczna.
Wyszliśmy razem na ganek. Fabian nadal siedział przy Ambroise’ie, mówił coś spokojnie, a on sam... wciąż był nie do końca obecny - tak, jakby coś w nim zostało w tamtym miejscu, czasie, gdziekolwiek wessała go wizja. Powietrze było cięższe niż wcześniej, pełne zapowiedzi burzy albo czegoś jeszcze gorszego. Pozwoliłem Yaxley podejść do pozostałej dwójki. Ja tylko stanąłem opodal, opierając się o filar, ramiona skrzyżowane na piersi - obserwowałem, czekałem, pilnowałem... Nie powiedziałem już nic. Patrzyłem na linię drzew, ciemniejący horyzont i czułem, jak moje własne wnętrze przybiera ten sam odcień szarości, co niebo, bo to był jeden z tych dni, kiedy wszystko we mnie było za ciasne - nawet skóra.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)