06.02.2023, 22:01 ✶
Procedury były jednym z tych słów, które nie istniały w słowniku Fergusa. Pewnie dlatego ignorował wszelkie zasłyszane od Cynthii, tak samo jak – o czym jeszcze nie wiedział – wiele miesięcy później miał olać słowa jej brata na temat zachowania bezpieczeństwa przy czarnomagicznych artefaktach. Teraz jednak moczył podłogę w miejscu pracy Flintówny, nie przejmując się tym, że tworzy pośrodku przejścia kałużę. Odpowiedzialność? Phi, kolejne zupełnie obce pojęcie, którego chyba nigdy nie miał się nauczyć.
Zgromił ją spojrzeniem za nazwanie go po nazwisku. Uwagę o panu Godwinie, kimkolwiek był, zupełnie zignorował, tak samo jak organy wewnętrzne znajdujące się na tych dziwnych urządzeniach przed twarzą Cynthii. Marszczył tylko nos na słodkawy zapach stęchlizny, do którego wiedział, że po jakimś czasie się przyzwyczai. Nawet gdyby nie było tu trupa, sam odór by pozostał. Zastanawiające było to, w jaki sposób Flintówna pozbywała się tej woni na co dzień.
- Samozwańczy wybawca czystokrwistych? Idealne pod nagłówek na pierwszą stronę – zaśmiał się, nadal jednak krążąc po tym samym okręgu. Zdjął z ramion płaszcz i rzucił go na krzesło, które popchnęła w jego stronę Cynthia. Nie miał ochoty siedzieć, nie czuł takiej potrzeby. Nosiło go, nie mógł skupić na niczym wzroku i wykręcał sobie palce, byle zająć czymkolwiek dłonie. Dlaczego tak bardzo przejął się zwykłymi wzmiankami w gazecie? Mało to opisywali radykałów? A jednak coś w kościach mówiło mu, że będą z tego kłopoty.
On z kolei pchał się do mugoli, wędrował po niemagicznym Londynie, słuchał ich muzyki albo zaszywał się gdzieś, obserwując dziwne sprzęty należące do nieświadomych istnienia magii osób. Niewielu z jego znajomych podzielało jego entuzjazm, ale jeśli już ktoś się trafił, zazwyczaj wędrował z nim. Szukali tam czegoś, choć sami nie wiedzieli, czego dokładnie.
- Co niby osłabia potencjał magiczny? – zapytał słabo, nie do końca rozumiejąc jej słowa. – I weź na niego spójrz, gębę ma taką, że widać, że chciał się dostać na okładkę – dodał jeszcze, zatrzymując wzrok na gazecie, z której spoglądała na nich całkiem przystojna twarz mężczyzny o ciemnych włosach i oczach. Wyglądał jak typowy polityk, jakiś filantrop czy inny tego typu czystokrwisty, wysoko urodzony błazen, ale poglądy miał zdecydowanie aż nazbyt radykalne.
Spojrzał na Cynthię i wywrócił oczami na jej kolejne słowa. Ostatecznie, zupełnie już zrezygnowany, opadł na krzesło, nie zważając na to, że tuż pod nim znajdował się zupełnie przemoczony płaszcz. Dopiero wtedy uświadomił sobie, jak było tu zimno. Wzdrygnął się, bardziej z powodu nieprzyjemnej atmosfery niż samego faktu znajdowania się w kostnicy. Przecież wiedział, po prostu przez większość czasu sobie tego nie uświadamiał, ignorując ten fakt.
- Cześć, panie Godwin! Co pan przeskrobał? – zawołał, odchylając się na krześle i obracając głowę w kierunku trupa. – Bo to ten cały Godwin, prawda? – upewnił się jeszcze, powracając wzrokiem do przyjaciółki. Mimo że wpuścił jej słowa jednym uchem, a wypuścił drugim, gdzieś z tyłu umysłu zapamiętał podane przez nią nazwisko.
Zgromił ją spojrzeniem za nazwanie go po nazwisku. Uwagę o panu Godwinie, kimkolwiek był, zupełnie zignorował, tak samo jak organy wewnętrzne znajdujące się na tych dziwnych urządzeniach przed twarzą Cynthii. Marszczył tylko nos na słodkawy zapach stęchlizny, do którego wiedział, że po jakimś czasie się przyzwyczai. Nawet gdyby nie było tu trupa, sam odór by pozostał. Zastanawiające było to, w jaki sposób Flintówna pozbywała się tej woni na co dzień.
- Samozwańczy wybawca czystokrwistych? Idealne pod nagłówek na pierwszą stronę – zaśmiał się, nadal jednak krążąc po tym samym okręgu. Zdjął z ramion płaszcz i rzucił go na krzesło, które popchnęła w jego stronę Cynthia. Nie miał ochoty siedzieć, nie czuł takiej potrzeby. Nosiło go, nie mógł skupić na niczym wzroku i wykręcał sobie palce, byle zająć czymkolwiek dłonie. Dlaczego tak bardzo przejął się zwykłymi wzmiankami w gazecie? Mało to opisywali radykałów? A jednak coś w kościach mówiło mu, że będą z tego kłopoty.
On z kolei pchał się do mugoli, wędrował po niemagicznym Londynie, słuchał ich muzyki albo zaszywał się gdzieś, obserwując dziwne sprzęty należące do nieświadomych istnienia magii osób. Niewielu z jego znajomych podzielało jego entuzjazm, ale jeśli już ktoś się trafił, zazwyczaj wędrował z nim. Szukali tam czegoś, choć sami nie wiedzieli, czego dokładnie.
- Co niby osłabia potencjał magiczny? – zapytał słabo, nie do końca rozumiejąc jej słowa. – I weź na niego spójrz, gębę ma taką, że widać, że chciał się dostać na okładkę – dodał jeszcze, zatrzymując wzrok na gazecie, z której spoglądała na nich całkiem przystojna twarz mężczyzny o ciemnych włosach i oczach. Wyglądał jak typowy polityk, jakiś filantrop czy inny tego typu czystokrwisty, wysoko urodzony błazen, ale poglądy miał zdecydowanie aż nazbyt radykalne.
Spojrzał na Cynthię i wywrócił oczami na jej kolejne słowa. Ostatecznie, zupełnie już zrezygnowany, opadł na krzesło, nie zważając na to, że tuż pod nim znajdował się zupełnie przemoczony płaszcz. Dopiero wtedy uświadomił sobie, jak było tu zimno. Wzdrygnął się, bardziej z powodu nieprzyjemnej atmosfery niż samego faktu znajdowania się w kostnicy. Przecież wiedział, po prostu przez większość czasu sobie tego nie uświadamiał, ignorując ten fakt.
- Cześć, panie Godwin! Co pan przeskrobał? – zawołał, odchylając się na krześle i obracając głowę w kierunku trupa. – Bo to ten cały Godwin, prawda? – upewnił się jeszcze, powracając wzrokiem do przyjaciółki. Mimo że wpuścił jej słowa jednym uchem, a wypuścił drugim, gdzieś z tyłu umysłu zapamiętał podane przez nią nazwisko.