20.05.2025, 18:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.05.2025, 18:20 przez Romulus Potter.)
Miałem wrażenie, że wpadłem do świata rodem z opowieści moich pacjentów. Zaskakujące. Może właśnie dlatego tak dobrze się w nim odnajdywałem? Znałem go z historii, tych wariackich opowieści, które na pierwszy rzut oka przypominały plątaninę losowych obrazów, ale w rzeczywistości mogły być utkane z konkretnych nici powiązań.
Nie spadliśmy do wody. Wypłynęliśmy z niej do... realizmu? Chociaż nie byłem pewien, tak patrząc na klatkę, w której siedzieliśmy. Niezbyt realistyczną. Raczej baśniową. Wymyśloną. Jak wszystko wokół, oczywiście z wyjątkiem papierosów. Ich zapach... ten nęcący aromat dumy, był jak najbardziej realny. Obudził mnie. Pchnął do działania. A nie do siedzenia na tyłku.
Wspomnienie o galeonach, rzucone od niechcenia przez nieznajomych, również było jak zatrzaskujący się zamek w mojej głowie. Przypadek? Może. Ale równie dobrze jedno z nas mogło o tym śnić. W moim życiu było mnóstwo galeonów. Zawsze się wokół nich kręciłem. Może więc śniliśmy razem ten sam koszmar? Szczególnie że z Pru zaczęło się dziać coś niedobrego?
Nie uszło to mojej uwadze. Znałem tę ciszę. Ciszę przed... nie, nie przed deszczem. Przed płaczem. Przed totalnym załamaniem. Kurczę, nie mieliśmy na to czasu. Dym nikotynowy rozjaśnił moje myśli, które w tej chwili krążyły wokół dwóch koncepcji – rozważnej i szalonej. Szalona już raz nam pomogła, bowiem wyrwała nas z wiecznego błądzenia, może więc i teraz wyrwie nas z klatki?
Najgorzej, gdyż biorąc aktualne nasze położenie, powinienem być teraz rozważniejszy. Ale może właśnie nie o to w tym wszystkim chodziło? Oni przecież... chcieli nas zjeść! Kto o zdrowych zmysłach jada czarodziejów?! W całym moim błyskotliwym życiu nie spotkałem nikogo takiego. Może gdzieś daleko, w jakimś mniej cywilizowanym kraju, ale w Anglii? Nie, to by nie przeszło.
Może więc lepiej było być wariatem? Szaleńcem? Kimś kompletnie niepoczytalnym? Ale wiedziałem, że to akurat nie miało pomóc Prudence. Obawiałem się, że potrzebowała teraz silnej ręki, która poprowadzi nas dalej, a nie rozbawionego błazna, który będzie wykrzykiwał dziwne rzeczy w eter.
Ale czułem w kościach, że będzie dobrze. Musiałem tylko stworzyć sobie bezpieczną przestrzeń dla mojego performensu.
Zbliżyłem się powoli do Prudence. Nie chciałem, by zamknęła się jeszcze bardziej, więc każdy mój ruch był ostrożny. Usiadłem obok niej i powstrzymałem się przed przytuleniem. Jeszcze. Potrzebowałem wyczuć odpowiedni moment. Nawet nie stykałem się z nią ramieniem. Bezpieczna strefa. Zero dotyku. Sama wcześniej to podkreślała, więc to było ważne. Tym razem i dla mnie.
– Pru, jestem tutaj. Nie musisz sobie z tym radzić sama. Oddychaj ze mną, dobrze? Jeszcze nie czas na koniec – wyszeptałem tak, by tamci nas nie słyszeli. Nie mogli się zorientować, że jestem w pełni sił psychicznych. – Jeśli ktoś ma cię zjeść, to na pewno nie zanim ja skończę gadać. A zamierzam mówić długo, więc jesteśmy bezpieczni – dodałem pół-żartem, w swoim stylu. Może poczuła się przez to choć odrobinę bardziej swojo? Romek był znanym złem, więc Romek był Romkiem. Znane zło znanym złem, czyż nie?
– Powiedz mi, co się dzieje? Mogę ci jakoś pomóc...? - zapytałem łagodnie, już bez śmieszków.
Niestety, nie było z nią żadnego kontaktu. Wciąż wpatrywała się uparcie w czubki swoich butów. Zamknęła się totalnie. Potrzebowała więcej czasu dla siebie, a ja potrzebowałem jeszcze więcej czasu dla niej, żeby jakoś ją stamtąd wydostać.
Cóż, może więc wcale nie przerazi jej to, co zamierzałem zrobić? Prawdopodobnie nawet tego nie zarejestruje swoim umysłem. I dobrze. Kiedy już stąd wyjdziemy i wrócimy do domu cioci Ulki, nie opowie nikomu o tym, co tu zaszło. A ja? Wolałem nie stać się jedną z tych dziwacznych anegdotek, którymi raczyliśmy się w naszym hermetycznym, przyjacielskim gronie przy ognisku i alkoholu.
Huh.
Odsunąłem się powoli od Prudence, wracając na swoje wcześniejsze miejsce. Położyłem się tak, jak leżałem, gdy się przebudziłem. Wziąłem głęboki wdech… i długi wydech. Byłem władcą wszechświata, niezruszonym zdobywcą ludzkich i nieludzkich umysłów – z wyjątkiem tych wampirzych, blech – ale cała reszta należała do mnie, więc…
– EUEUEUEUEUEUEUEUEUE! — ryknąłem nagle, wydzierając się jak kompletny wariat. Usiadłem gwałtownie i zacząłem się śmiać. Głośno. Histerycznie. Dźwięcznie. Kaszląc przy tym jak stary wroni czarodziej, którego gardło próbowało się zemścić za każdy wypalony papieros. Kaszel był prawdziwy. Zaschnięte gardło i suchy śmiech robiły swoje, ale brzmiało to wyjątkowo realistycznie. –
HAHAHAHAHAHAAAAAHAHAHAHA! EKHE! EKHE! ARGH! HA! HA! MWOHOHHO!
Dawałem z siebie wszystko, chcąc zwrócić na siebie uwagę tych dwóch... mężczyzn? O ile jeszcze tam stali. Przez chwilę miałem nawet ochotę zaproponować im galeony, ale wiedziałem, że je po prostu wezmą, a potem zrobią to, co i tak zamierzali zrobić. A tak? Kto chciałby jeść wariata?! Może mam wściekliznę! Może mam robaki pod skórą! Może jestem zakaźny, niepoczytalny, niehigieniczny, nie do strawienia! – EUEUEUEUEUE! ŚMIERĆ PRZYCHODZI NA CHRUPKACH!!! — zawyłem, nie wiadomo czy do księżyca, czy do Matki Natury, czy bezpośrednio do tych dwóch gości. Może do wszystkich naraz? Nikt tego nie wiedział. Oprócz mnie. A Matka Natura... zapewne właśnie się zastanawiała, czy nie przepisać mojego przeznaczenia na nowo.
Pochyliłem się i zacząłem szeptać do własnych palców. Szeptem podniesionym, teatralnym, ledwo powstrzymując się przed śmiechem. A potem... cyk. Szarpnąłem klatką. Zaszamotałem nią z całych sił, zapewne raniąc się o kolce i ciernie, ale co z tego? Warto było. Bawiłem się przednio. Spektakl trwał.
– PAMIĘTAJ! ZABIERZ TO DO CIEPŁA! INACZEJ SIĘ WYKLUJE! – wykrzyczałem ostrzegawczo, w stronę losu, świata lub tych dwóch potencjalnych kanibali. Niech się martwią. Może pomyślą, że noszę w sobie jajo zagłady, zarazę, tajemnicę, której nie da się pogryźć. – ZABIERZ TO DO CIEPŁA! ZABIERAJ!!! - wrzeszczałem w najlepsze, jak gdyby już mnie kroili.
Nie spadliśmy do wody. Wypłynęliśmy z niej do... realizmu? Chociaż nie byłem pewien, tak patrząc na klatkę, w której siedzieliśmy. Niezbyt realistyczną. Raczej baśniową. Wymyśloną. Jak wszystko wokół, oczywiście z wyjątkiem papierosów. Ich zapach... ten nęcący aromat dumy, był jak najbardziej realny. Obudził mnie. Pchnął do działania. A nie do siedzenia na tyłku.
Wspomnienie o galeonach, rzucone od niechcenia przez nieznajomych, również było jak zatrzaskujący się zamek w mojej głowie. Przypadek? Może. Ale równie dobrze jedno z nas mogło o tym śnić. W moim życiu było mnóstwo galeonów. Zawsze się wokół nich kręciłem. Może więc śniliśmy razem ten sam koszmar? Szczególnie że z Pru zaczęło się dziać coś niedobrego?
Nie uszło to mojej uwadze. Znałem tę ciszę. Ciszę przed... nie, nie przed deszczem. Przed płaczem. Przed totalnym załamaniem. Kurczę, nie mieliśmy na to czasu. Dym nikotynowy rozjaśnił moje myśli, które w tej chwili krążyły wokół dwóch koncepcji – rozważnej i szalonej. Szalona już raz nam pomogła, bowiem wyrwała nas z wiecznego błądzenia, może więc i teraz wyrwie nas z klatki?
Najgorzej, gdyż biorąc aktualne nasze położenie, powinienem być teraz rozważniejszy. Ale może właśnie nie o to w tym wszystkim chodziło? Oni przecież... chcieli nas zjeść! Kto o zdrowych zmysłach jada czarodziejów?! W całym moim błyskotliwym życiu nie spotkałem nikogo takiego. Może gdzieś daleko, w jakimś mniej cywilizowanym kraju, ale w Anglii? Nie, to by nie przeszło.
Może więc lepiej było być wariatem? Szaleńcem? Kimś kompletnie niepoczytalnym? Ale wiedziałem, że to akurat nie miało pomóc Prudence. Obawiałem się, że potrzebowała teraz silnej ręki, która poprowadzi nas dalej, a nie rozbawionego błazna, który będzie wykrzykiwał dziwne rzeczy w eter.
Ale czułem w kościach, że będzie dobrze. Musiałem tylko stworzyć sobie bezpieczną przestrzeń dla mojego performensu.
Zbliżyłem się powoli do Prudence. Nie chciałem, by zamknęła się jeszcze bardziej, więc każdy mój ruch był ostrożny. Usiadłem obok niej i powstrzymałem się przed przytuleniem. Jeszcze. Potrzebowałem wyczuć odpowiedni moment. Nawet nie stykałem się z nią ramieniem. Bezpieczna strefa. Zero dotyku. Sama wcześniej to podkreślała, więc to było ważne. Tym razem i dla mnie.
– Pru, jestem tutaj. Nie musisz sobie z tym radzić sama. Oddychaj ze mną, dobrze? Jeszcze nie czas na koniec – wyszeptałem tak, by tamci nas nie słyszeli. Nie mogli się zorientować, że jestem w pełni sił psychicznych. – Jeśli ktoś ma cię zjeść, to na pewno nie zanim ja skończę gadać. A zamierzam mówić długo, więc jesteśmy bezpieczni – dodałem pół-żartem, w swoim stylu. Może poczuła się przez to choć odrobinę bardziej swojo? Romek był znanym złem, więc Romek był Romkiem. Znane zło znanym złem, czyż nie?
– Powiedz mi, co się dzieje? Mogę ci jakoś pomóc...? - zapytałem łagodnie, już bez śmieszków.
Niestety, nie było z nią żadnego kontaktu. Wciąż wpatrywała się uparcie w czubki swoich butów. Zamknęła się totalnie. Potrzebowała więcej czasu dla siebie, a ja potrzebowałem jeszcze więcej czasu dla niej, żeby jakoś ją stamtąd wydostać.
Cóż, może więc wcale nie przerazi jej to, co zamierzałem zrobić? Prawdopodobnie nawet tego nie zarejestruje swoim umysłem. I dobrze. Kiedy już stąd wyjdziemy i wrócimy do domu cioci Ulki, nie opowie nikomu o tym, co tu zaszło. A ja? Wolałem nie stać się jedną z tych dziwacznych anegdotek, którymi raczyliśmy się w naszym hermetycznym, przyjacielskim gronie przy ognisku i alkoholu.
Huh.
Odsunąłem się powoli od Prudence, wracając na swoje wcześniejsze miejsce. Położyłem się tak, jak leżałem, gdy się przebudziłem. Wziąłem głęboki wdech… i długi wydech. Byłem władcą wszechświata, niezruszonym zdobywcą ludzkich i nieludzkich umysłów – z wyjątkiem tych wampirzych, blech – ale cała reszta należała do mnie, więc…
– EUEUEUEUEUEUEUEUEUE! — ryknąłem nagle, wydzierając się jak kompletny wariat. Usiadłem gwałtownie i zacząłem się śmiać. Głośno. Histerycznie. Dźwięcznie. Kaszląc przy tym jak stary wroni czarodziej, którego gardło próbowało się zemścić za każdy wypalony papieros. Kaszel był prawdziwy. Zaschnięte gardło i suchy śmiech robiły swoje, ale brzmiało to wyjątkowo realistycznie. –
HAHAHAHAHAHAAAAAHAHAHAHA! EKHE! EKHE! ARGH! HA! HA! MWOHOHHO!
Dawałem z siebie wszystko, chcąc zwrócić na siebie uwagę tych dwóch... mężczyzn? O ile jeszcze tam stali. Przez chwilę miałem nawet ochotę zaproponować im galeony, ale wiedziałem, że je po prostu wezmą, a potem zrobią to, co i tak zamierzali zrobić. A tak? Kto chciałby jeść wariata?! Może mam wściekliznę! Może mam robaki pod skórą! Może jestem zakaźny, niepoczytalny, niehigieniczny, nie do strawienia! – EUEUEUEUEUE! ŚMIERĆ PRZYCHODZI NA CHRUPKACH!!! — zawyłem, nie wiadomo czy do księżyca, czy do Matki Natury, czy bezpośrednio do tych dwóch gości. Może do wszystkich naraz? Nikt tego nie wiedział. Oprócz mnie. A Matka Natura... zapewne właśnie się zastanawiała, czy nie przepisać mojego przeznaczenia na nowo.
Pochyliłem się i zacząłem szeptać do własnych palców. Szeptem podniesionym, teatralnym, ledwo powstrzymując się przed śmiechem. A potem... cyk. Szarpnąłem klatką. Zaszamotałem nią z całych sił, zapewne raniąc się o kolce i ciernie, ale co z tego? Warto było. Bawiłem się przednio. Spektakl trwał.
– PAMIĘTAJ! ZABIERZ TO DO CIEPŁA! INACZEJ SIĘ WYKLUJE! – wykrzyczałem ostrzegawczo, w stronę losu, świata lub tych dwóch potencjalnych kanibali. Niech się martwią. Może pomyślą, że noszę w sobie jajo zagłady, zarazę, tajemnicę, której nie da się pogryźć. – ZABIERZ TO DO CIEPŁA! ZABIERAJ!!! - wrzeszczałem w najlepsze, jak gdyby już mnie kroili.