Brenna dosyć szybko odpowiedziała na jej wiadomość, co uspokoiło Rudą. Wiedziała, że będzie bezpieczna, że przyjaciółka nie pozostawi jej tutaj na pastwę losu. Nie musiała się już niczym martwić, jakoś uda jej się stąd ewakuować.
Nie wiedziała dlaczego uzdrowiciel jeszcze stał przed nią, chociaż powiedziała mu, że nie potrzebuje jego pomocy, przecież już ją ustabilizował, mógł w tym czasie przydać się gdzieś indziej. Nie skomentowała tego jednak, nie odezwała się ani słowem, żeby nie wyjść na niewdzięczną. To nie była jej sprawa, no, może trochę była, bo naprawdę zależało jej na tym, aby jak najwięcej osób otrzymało wsparcie.
Minęła chwila, a zauważyła zbliżającą się w ich stronę postać. Nie spodziewała się tego, że Longbottomówna dotrze tutaj tak szybko, cóż, Brenna miała swoje sprawdzone metody, które zawsze działały, najwyraźniej i w tej chwili jej one nie zawiodły. Naprawdę ucieszyła się, że znowu ją zobaczyła, chociaż trochę było jej głupio, że skończyła w ten sposób, ze złamaną nogą i atakiem klątwy nad którym nie mogła zapanować.
- Dom. - Nie była to łatwa decyzja, ale wydawała się jej być najbardziej słuszna. Musiała sprawdzić, czy kamienica jej rodziców stała, musiała zobaczyć, czy wszystko jest z nimi w porządku, zwłaszcza, że podczas pierwszych ataków śmierciożerców ich dom stał się jednym z celów, który postanowili zniszczyć, nie mogła mieć pewności, że to się nie powtórzyło. Tyle, że jeszcze nie zdążyła dzisiaj znaleźć się w okolicy ich kamienicy, nie miała szansy tego sprawdzić, może to był odpowiedni moment, no lepszy na pewno się nie trafi.
Mężczyzna, który jej pomógł odszedł dopiero, kiedy porozmawiał z jej przyjaciółką, właściwie to rzucił informacje na temat kolejnej grupy podpalaczy. - Dzięki! - Krzyknęła jeszcze, kiedy zaczął się oddalać, pewna, że to usłyszał.
- Ruszajmy. - Powiedziała jeszcze do Brenny i pozwoliła się przetransportować do domu. Nie było sensu tutaj dłużej siedzieć, nie kiedy pożary nadal trawiły Londyn.