20.05.2025, 23:08 ✶
Hannibal dopiero teraz poczuł, zagłuszony wcześniej maścią i adrenaliną ból oparzeń. Uzdrowicielka kazała nie przebijać pęcherzy… cóż, miał nadzieję, że uda się uniknąć blizn. Skrzywił się, wstając i pozwolił leżącemu pod sobą mężczyźnie, mamroczącemu coś o szlamolubnych gówniarzach napadających na niewinnych obywateli, podnieść się. Zajął miejsce między nim a uratowaną kobietą, tak na wszelki wypadek i obojętnie patrzył, jak napastnik oddala się, czerwony na twarzy i przyciskając do siebie zmasakrowaną rękę.
- Co za buc, mam nadzieję, że naprawdę go obsmarują w Proroku! - mruknął. Miał tylko nadzieję, że koleś dwa razy się zastanowi zanim następnym razem postanowi skorzystać z okazji, by kogoś skrzywdzić.
Gdy “niewinny obywatel” zniknął za rogiem, Selwyn odwrócił się w stronę kobiety. Teraz mógł się jej przyjrzeć. Nie mogła być wiele starsza od nich, drobna, piegowata, o wielkich brązowych oczach łani. Śliczna. Rozmawiała z Henrym, ale patrzyła niemalże tylko na Hana, więc twardo ignorował mdlące wrażenie, że jego wnętrzności stały się płynne i fakt, że serce wali mu jak młotem.
Gdy zaczęła płakać, sięgnął do jej ramienia, a ona wczepiła się w niego, szlochając, hiperwentylując i najwyraźniej dając upust nagromadzonemu napięciu. Całe szczęście, zdążył ustawić się tak, że to zdrowa strona przyjęła ciężar dziewczyny, która teraz ukryła twarz w resztkach jego koszuli. Położył dłoń na jej plecach, głaszcząc uspokajająco. Podniósł wzrok na Henry'ego, na mgnienie oka unosząc kącik ust w zadowolonym z siebie półuśmiechu, bohater wieczoru, nim jego twarz przybrała wyraz troski.
Hannibal miał wyrobiony latami szkolenia aktorskiego i tanecznego odruch ukrywania swojego dyskomfortu. Nawyk, którego ciężko było się wyzbyć nawet poza sceną, szczególnie w obecności obcych ludzi. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego ciało woła o odpoczynek, o bezpieczeństwo, ale to było jak oglądanie kogoś krzyczącego zza szyby. Reakcja obronna na zmęczenie - wyrzut endorfin i dopaminy, jeszcze trochę siły, deliryczne, nieuzasadnione poczucie euforii.
Henry nie miał takiego warunkowania i chociaż robił, co mógł, przemawiając łagodnie do dziewczyny i ukrywając drżące ręce w kieszeniach, był blady jak ściana i oczywistym było, że konfrontacja wywarła na nim wrażenie.
Płacząca kobieta opanowała się po minucie czy dwóch, wypuściła go i zebrała dłonią rozdarty dekolt sukienki. Hannibal skupił uwagę na koledze.
- A ty, Bruce Lee? Trzymasz się? To było imponujące! - powiedział z uczciwym podziwem w głosie i przypomniał sobie coś jeszcze - Została nam różdżka pana agresora, może można zgłosić gdzieś napaść i dołożyć ją do twoich zdjęć, jako dowód?
Sięgnął do tylnej kieszeni i zaprezentował zdobyczną różdżkę, przy okazji dyskretnie upewniając się, że klucz do The Globe jest na swoim miejscu.
Dopiero, kiedy ruszyli w drogę, dotarł do niego chłód jesiennego wieczoru przechodzącego w noc. Teraz, kiedy bezpośrednie zagrożenie minęło, samo wrażenie gorąca płynące z poparzonej skóry nie wystarczyło, by go rozgrzać. Jego koszula nawet za czasów świetności była zbyt lekka na tę porę, a obecnie składała się w większości z dziur. Hannibal zadrżał - i to chyba nie tylko z zimna. Przypomniał sobie, że planował spędzić ten wieczór całkiem inaczej. Te plany były teraz tak absurdalnie odległe od rzeczywistości, że miał ochotę parsknąć śmiechem. Zamiast tego tylko zaszczękał zębami.
- Co za buc, mam nadzieję, że naprawdę go obsmarują w Proroku! - mruknął. Miał tylko nadzieję, że koleś dwa razy się zastanowi zanim następnym razem postanowi skorzystać z okazji, by kogoś skrzywdzić.
Gdy “niewinny obywatel” zniknął za rogiem, Selwyn odwrócił się w stronę kobiety. Teraz mógł się jej przyjrzeć. Nie mogła być wiele starsza od nich, drobna, piegowata, o wielkich brązowych oczach łani. Śliczna. Rozmawiała z Henrym, ale patrzyła niemalże tylko na Hana, więc twardo ignorował mdlące wrażenie, że jego wnętrzności stały się płynne i fakt, że serce wali mu jak młotem.
Gdy zaczęła płakać, sięgnął do jej ramienia, a ona wczepiła się w niego, szlochając, hiperwentylując i najwyraźniej dając upust nagromadzonemu napięciu. Całe szczęście, zdążył ustawić się tak, że to zdrowa strona przyjęła ciężar dziewczyny, która teraz ukryła twarz w resztkach jego koszuli. Położył dłoń na jej plecach, głaszcząc uspokajająco. Podniósł wzrok na Henry'ego, na mgnienie oka unosząc kącik ust w zadowolonym z siebie półuśmiechu, bohater wieczoru, nim jego twarz przybrała wyraz troski.
Hannibal miał wyrobiony latami szkolenia aktorskiego i tanecznego odruch ukrywania swojego dyskomfortu. Nawyk, którego ciężko było się wyzbyć nawet poza sceną, szczególnie w obecności obcych ludzi. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego ciało woła o odpoczynek, o bezpieczeństwo, ale to było jak oglądanie kogoś krzyczącego zza szyby. Reakcja obronna na zmęczenie - wyrzut endorfin i dopaminy, jeszcze trochę siły, deliryczne, nieuzasadnione poczucie euforii.
Henry nie miał takiego warunkowania i chociaż robił, co mógł, przemawiając łagodnie do dziewczyny i ukrywając drżące ręce w kieszeniach, był blady jak ściana i oczywistym było, że konfrontacja wywarła na nim wrażenie.
Płacząca kobieta opanowała się po minucie czy dwóch, wypuściła go i zebrała dłonią rozdarty dekolt sukienki. Hannibal skupił uwagę na koledze.
- A ty, Bruce Lee? Trzymasz się? To było imponujące! - powiedział z uczciwym podziwem w głosie i przypomniał sobie coś jeszcze - Została nam różdżka pana agresora, może można zgłosić gdzieś napaść i dołożyć ją do twoich zdjęć, jako dowód?
Sięgnął do tylnej kieszeni i zaprezentował zdobyczną różdżkę, przy okazji dyskretnie upewniając się, że klucz do The Globe jest na swoim miejscu.
Dopiero, kiedy ruszyli w drogę, dotarł do niego chłód jesiennego wieczoru przechodzącego w noc. Teraz, kiedy bezpośrednie zagrożenie minęło, samo wrażenie gorąca płynące z poparzonej skóry nie wystarczyło, by go rozgrzać. Jego koszula nawet za czasów świetności była zbyt lekka na tę porę, a obecnie składała się w większości z dziur. Hannibal zadrżał - i to chyba nie tylko z zimna. Przypomniał sobie, że planował spędzić ten wieczór całkiem inaczej. Te plany były teraz tak absurdalnie odległe od rzeczywistości, że miał ochotę parsknąć śmiechem. Zamiast tego tylko zaszczękał zębami.