21.05.2025, 18:51 ✶
Wszystko się waliło, ale uśmiech musiał być. Klasyka u Pottera w sytuacjach stresowych. Jeśli nie urządzałem teatralnego dramatu, to wjeżdżałem z komedią… W tym przypadku wyszło chyba bardziej romantycznie niż błazeńsko, choć nie będę się tu sam przed sobą wychwalał. W piórkach to ja już byłem wystarczająco obrośnięty.
Kiedy usłyszałem Cassandrę odpowiadającą tym swoim suchym, podszytym błyskiem inteligencji tonem – tak idealnie pasującym do mojego poczucia humoru!!! – uśmiech sam z siebie się rozszerzył. Jakbyśmy byli dla siebie stworzeni, serio. Nawet w takiej chujni. Teraz, choćbym miał pluć krwią i zgubić głowę, postawię ją na nogi. I zaproszę na randkę. Tym razem NORMALNĄ, PRAWDZIWĄ randkę, a nie na dogorywanie pośród gruzów. I bez jej płonącego mieszkania w tle, byłbym wdzięczny.
– Nie martw się mieszkaniem. Pomogę ci – rzuciłem na luzie, bo jeśli chodziło o kasę, to nie był mój problem. Ze wspomnieniami było gorzej… – Od dawna tam mieszkałaś? – dodałem, próbując podtrzymać rozmowę i choć trochę odciągnąć jej uwagę od bólu. Tego fizycznego.
– Jesteśmy w dzielnicy mugolskiej, więc sprawdzę twoje ciało ręcznie... Wolę uprzedzić, chociaż nie mam nic przeciwko macaniu na pierwszej randce – zacząłem niby poważnie, ale końcówkę już z klasycznym Potterem Podrywaczem, który nawet w sytuacji granicznej nie traci refleksu. No cóż, dla mnie randki też były poważną sprawą. Potrzebowałem ich do życia… Ale najpierw postawmy pannę Cavendish na nogi. Tak. Krok po kroku.
Zacząłem od głowy. Ostrożnie, badając wzrokiem jej reakcje, czy gdzieś się nie krzywi mocniej. Patrzyłem jej w oczy, uśmiechając się zadziornie, trochę jakbym prowokował ją, żeby była twarda, nieugięta. Nie księżniczka, tylko wojowniczka. A mimo tego moje ruchy były delikatne, raczej z zawodowego nawyku niż łóżkowego. Choć w łóżku też potrafiłem być delikatny. Wszystko zależało od sytuacji, partnerki, fazy księżyca i tego, o której wstałem... Dobra, koloryzuję. Ale serio, trochę żartu, trochę sarkazmu i szczypta fantazji trzymały mnie z reguły przy życiu.
Żebra… cóż. Były blisko piersi, więc to było delikatne terytorium. Postanowiłem nie zatrzymywać się tam zbyt długo, bo i okoliczności, i myśli nie zachęcały do grzechu.
Biodro – początek tej najtrudniejszej części. Mam obsesję na punkcie nóg. Fetysz, i to nielekki. Zagryzłem dolną wargę, przesuwając się niżej. To było trudne. Nie dotknąłem uda, kolana ani łydki. Zatrzymałem się dopiero na kostce – zgrabnej, subtelnej, ładnie zarysowanej. Kostki wiele mówią o właścicielce, przysięgam. Niektóre nogi są po prostu... nogami. A te, te miały klasę. Mógłbym się ślinić, ale w tej chwili zadławiłem się własną śliną i zakaszlałem. Choć była to bardziej wina gryzącego pyłu w przełyku.
Zasłoniłem usta przedramieniem. Nie wyglądało to dobrze.
– Powinniśmy się stąd ewakuować. Dasz radę przejść... niestety spory kawałek z tymi ranami i obtłuczeniami? Musimy się schować przed tym dymem i cię opatrzyć – powiedziałem niechętnie, choć w myślach marzyłem, żeby wezwać złotą karocę i zabrać ją do jakiegoś diamentowego pałacu pełnego eliksirów i najlepszych uzdrowicieli. Niestety – nie ten budżet, nie ten rejon. Byliśmy w mugolskiej części Londynu, a teleportacja… no cóż. Ryzyko rozszczepienia było ostatnią rzeczą, jakiej dziś potrzebowaliśmy. Obstawiałem, że setki czarodziejów używają dziś nieodpowiedzialnie tej metody podróży. Teleportując się w tę i w tamtą.
Kiedy usłyszałem Cassandrę odpowiadającą tym swoim suchym, podszytym błyskiem inteligencji tonem – tak idealnie pasującym do mojego poczucia humoru!!! – uśmiech sam z siebie się rozszerzył. Jakbyśmy byli dla siebie stworzeni, serio. Nawet w takiej chujni. Teraz, choćbym miał pluć krwią i zgubić głowę, postawię ją na nogi. I zaproszę na randkę. Tym razem NORMALNĄ, PRAWDZIWĄ randkę, a nie na dogorywanie pośród gruzów. I bez jej płonącego mieszkania w tle, byłbym wdzięczny.
– Nie martw się mieszkaniem. Pomogę ci – rzuciłem na luzie, bo jeśli chodziło o kasę, to nie był mój problem. Ze wspomnieniami było gorzej… – Od dawna tam mieszkałaś? – dodałem, próbując podtrzymać rozmowę i choć trochę odciągnąć jej uwagę od bólu. Tego fizycznego.
– Jesteśmy w dzielnicy mugolskiej, więc sprawdzę twoje ciało ręcznie... Wolę uprzedzić, chociaż nie mam nic przeciwko macaniu na pierwszej randce – zacząłem niby poważnie, ale końcówkę już z klasycznym Potterem Podrywaczem, który nawet w sytuacji granicznej nie traci refleksu. No cóż, dla mnie randki też były poważną sprawą. Potrzebowałem ich do życia… Ale najpierw postawmy pannę Cavendish na nogi. Tak. Krok po kroku.
Zacząłem od głowy. Ostrożnie, badając wzrokiem jej reakcje, czy gdzieś się nie krzywi mocniej. Patrzyłem jej w oczy, uśmiechając się zadziornie, trochę jakbym prowokował ją, żeby była twarda, nieugięta. Nie księżniczka, tylko wojowniczka. A mimo tego moje ruchy były delikatne, raczej z zawodowego nawyku niż łóżkowego. Choć w łóżku też potrafiłem być delikatny. Wszystko zależało od sytuacji, partnerki, fazy księżyca i tego, o której wstałem... Dobra, koloryzuję. Ale serio, trochę żartu, trochę sarkazmu i szczypta fantazji trzymały mnie z reguły przy życiu.
Żebra… cóż. Były blisko piersi, więc to było delikatne terytorium. Postanowiłem nie zatrzymywać się tam zbyt długo, bo i okoliczności, i myśli nie zachęcały do grzechu.
Biodro – początek tej najtrudniejszej części. Mam obsesję na punkcie nóg. Fetysz, i to nielekki. Zagryzłem dolną wargę, przesuwając się niżej. To było trudne. Nie dotknąłem uda, kolana ani łydki. Zatrzymałem się dopiero na kostce – zgrabnej, subtelnej, ładnie zarysowanej. Kostki wiele mówią o właścicielce, przysięgam. Niektóre nogi są po prostu... nogami. A te, te miały klasę. Mógłbym się ślinić, ale w tej chwili zadławiłem się własną śliną i zakaszlałem. Choć była to bardziej wina gryzącego pyłu w przełyku.
Zasłoniłem usta przedramieniem. Nie wyglądało to dobrze.
– Powinniśmy się stąd ewakuować. Dasz radę przejść... niestety spory kawałek z tymi ranami i obtłuczeniami? Musimy się schować przed tym dymem i cię opatrzyć – powiedziałem niechętnie, choć w myślach marzyłem, żeby wezwać złotą karocę i zabrać ją do jakiegoś diamentowego pałacu pełnego eliksirów i najlepszych uzdrowicieli. Niestety – nie ten budżet, nie ten rejon. Byliśmy w mugolskiej części Londynu, a teleportacja… no cóż. Ryzyko rozszczepienia było ostatnią rzeczą, jakiej dziś potrzebowaliśmy. Obstawiałem, że setki czarodziejów używają dziś nieodpowiedzialnie tej metody podróży. Teleportując się w tę i w tamtą.