22.05.2025, 09:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.05.2025, 09:35 przez Anthony Shafiq.)
Anthony ledwie już słyszał cokolwiek z końcówki wypowiedzi swojego byłego przyjaciela. Zapewne ktoś inny okreśił by jego położenie w bardzo malowniczy sposób wskazujący na to, że oczy zaszły mu czerwoną mgłą. W jego przypadku jednak mgła była szara. Dojmująca, ciężka, odejmująca oddech. Jak dym unoszący się wszędzie, otulający ciasno rozszalałą ulicę.
Ileż było w tym abstrakcji? Ile dojścia na sam kranic emocjonalnych granic, gdy Londyn płonął a jego świat również walił się jak domek z kart, choć pożar zaczął się nieco wcześniej. Jakiż dziwny to był czas w którym wszelkie maski ogłady i socjalizacji opadały, pozostawiając czystą i surową wściekłość. Wściekłości na nierówno ubrudzone ręce, na strach który odbierał pomyślunek. Wściekłość na siebie, na śmierciożerców, na dzisiejszy, wczorajszy dzień w całokształcie. Dzień nad którym absolutnie nie miał kontroli. Wcale. Oczywiście, że powinien być w Ministerstwie, oczywiście, że powinien zrobić wszystko żeby zaciągnąć tam Morpheusa. Oczywiście że tak! Kto jednak znał choć odrobinę Longbottoma, a Anthony szczycił się doktoratem z moprheusologii, doskonale zdawał sobie sprawę, że to TAK NIE DZIAŁA. Ostatecznie teraz jednak nie ten Longbottom wypełnił jego myśli.
Zacisnął pięści tak mocno, że jego wypielęgnowane paznokcie niemal sięgnęły kości, a kostki bieliły się niewidoczne spod warstwy brudu.
Woody
Widział w Ministerstwie brudnopis zaproszenia do teatru, uczyniony gdzieś pomiędzy jednym stosem dokumentów a drugim. Domyślał się po swojej wycieczce do Polski, że "cudze tajemnice" o których wspomniał mu Morpheus mogły byćt też tajemnicami jego starszego brata. Było to dla Anthony'ego bardziej prawdopodobne niż udział w całym przedsięwzięciu Selwyna.
Był wściekły podwójnie. Potrójnie. Poczwórnie! Był wściekły na to jak prymitywne zagranie przeciwko niemu wystosował Jonathan. Jak żałosną miernotą trzeba było być, żeby dać się na to złapać? Jak bardzo on był żałosny... Głowa rozsadzała go od wewnętrznej furii właśnie dlatego, że miał pełnię świadomości jak realnie działało nań to co mówił Selwyn. Chciał go zranić. I robił to. Równie dobrze mógł wymierzyć mu na środku ulicy policzek. Efekt byłby ten sam, albo nawet nieco lżejszy, wszak policzek kiedyś przestanie boleć, a słowa... słowa potrafią zostać w człowieku bardzo długo.
— Och jakże wspaniale słyszeć, że dzielicie z Clemensem nie tylko miłość do mody i sztuki teatralnej. Jakże wspaniale słyszeć jak wybitnie się dogadujecie, w wolnych chwilach zapewne biegając po lesie i szlifując swoje łowcze umiejętności — Czy tak właśnie czuł się Woody, kiedy widział jak Anthony rusza pod rękę z Quintessą na kolejną licytację, jak prowadzi ją w tańcu, jak giętko kłania się przed nią, całuje dłonie i śmieje się z kolejnej wyjątkowo celnej i ciętej wagi dotyczącej otaczającego świata? Czy stąd te wszystkie obelgi, docinki, czy i on chciał wydrapać oponentowi oczy, zgnieść go i zniszczyć, wymazać ze świadomości świata. Nie miałby szans w bezpośrednim starciu z byłym aurorem, kruchy i niedoświadczony w boju. Ale och, jakże bardzo go teraz nienawidził. Jakże nienawidził ich oboje.
— Taka przyjaźń dobrze rokuje na dalszą współpracę, — cedził dalej przez zduszone gardło —myślę, że z powodzeniem mógłbyś go zarekomendować na swojego zastępcę, jak w końu będziesz mieć spokój, jak wreszcie odejdę z biura żeby zająć się ... — umilkł bo drzwi znów się otworzyły, a w nich pojawił się umartwiony Morpheus, który dzisiejszą noc przeżywał po raz drugi.
Shafiq zacisnął szczękę i podszedł szybko do Longbottoma wymijając Selwyna, jakby był duchem. Podszedł do niego szybko tak, jakby szalony Niewymowny był jedynym gwarantem, zabezpieczeniem chroniącym resztki świadomości. Sprawczości. Resztki żałosnego honoru.
Jak nisko dziś upadł... Fizycznie i metaforycznie szorował już swoim policzkiem bruk, a północ jeszcze nie wybiła.
— Myślałem, że nigdy stamtąd nie wyjdziesz Somnia, — próbował powiedzieć to milej, ale głos trząsł mu się z bezsilnej wściekłości,. Odetchnął gryząc do krwi wnętrze policzka. — Chodźmy. Przeznaczenie wzywa. — dodał przynaglając go. Nie chciał tu dalej stać, nie chciał tu być, nie chciał czuć już tej goryczy w ustach. Nie obchodziło go co Jonathan zrobi, czy z nimi pójdzie czy tu zostanie. Właściwie wolałby, żeby sobie poszedł i zostawił ich na pastwę płomieni. Niech wraca do swojego najlepszego przyjaciela Woody'ego.
Nie chciał mieć z nim nic wspólnego.
Ileż było w tym abstrakcji? Ile dojścia na sam kranic emocjonalnych granic, gdy Londyn płonął a jego świat również walił się jak domek z kart, choć pożar zaczął się nieco wcześniej. Jakiż dziwny to był czas w którym wszelkie maski ogłady i socjalizacji opadały, pozostawiając czystą i surową wściekłość. Wściekłości na nierówno ubrudzone ręce, na strach który odbierał pomyślunek. Wściekłość na siebie, na śmierciożerców, na dzisiejszy, wczorajszy dzień w całokształcie. Dzień nad którym absolutnie nie miał kontroli. Wcale. Oczywiście, że powinien być w Ministerstwie, oczywiście, że powinien zrobić wszystko żeby zaciągnąć tam Morpheusa. Oczywiście że tak! Kto jednak znał choć odrobinę Longbottoma, a Anthony szczycił się doktoratem z moprheusologii, doskonale zdawał sobie sprawę, że to TAK NIE DZIAŁA. Ostatecznie teraz jednak nie ten Longbottom wypełnił jego myśli.
Zacisnął pięści tak mocno, że jego wypielęgnowane paznokcie niemal sięgnęły kości, a kostki bieliły się niewidoczne spod warstwy brudu.
Woody
Widział w Ministerstwie brudnopis zaproszenia do teatru, uczyniony gdzieś pomiędzy jednym stosem dokumentów a drugim. Domyślał się po swojej wycieczce do Polski, że "cudze tajemnice" o których wspomniał mu Morpheus mogły byćt też tajemnicami jego starszego brata. Było to dla Anthony'ego bardziej prawdopodobne niż udział w całym przedsięwzięciu Selwyna.
Był wściekły podwójnie. Potrójnie. Poczwórnie! Był wściekły na to jak prymitywne zagranie przeciwko niemu wystosował Jonathan. Jak żałosną miernotą trzeba było być, żeby dać się na to złapać? Jak bardzo on był żałosny... Głowa rozsadzała go od wewnętrznej furii właśnie dlatego, że miał pełnię świadomości jak realnie działało nań to co mówił Selwyn. Chciał go zranić. I robił to. Równie dobrze mógł wymierzyć mu na środku ulicy policzek. Efekt byłby ten sam, albo nawet nieco lżejszy, wszak policzek kiedyś przestanie boleć, a słowa... słowa potrafią zostać w człowieku bardzo długo.
— Och jakże wspaniale słyszeć, że dzielicie z Clemensem nie tylko miłość do mody i sztuki teatralnej. Jakże wspaniale słyszeć jak wybitnie się dogadujecie, w wolnych chwilach zapewne biegając po lesie i szlifując swoje łowcze umiejętności — Czy tak właśnie czuł się Woody, kiedy widział jak Anthony rusza pod rękę z Quintessą na kolejną licytację, jak prowadzi ją w tańcu, jak giętko kłania się przed nią, całuje dłonie i śmieje się z kolejnej wyjątkowo celnej i ciętej wagi dotyczącej otaczającego świata? Czy stąd te wszystkie obelgi, docinki, czy i on chciał wydrapać oponentowi oczy, zgnieść go i zniszczyć, wymazać ze świadomości świata. Nie miałby szans w bezpośrednim starciu z byłym aurorem, kruchy i niedoświadczony w boju. Ale och, jakże bardzo go teraz nienawidził. Jakże nienawidził ich oboje.
— Taka przyjaźń dobrze rokuje na dalszą współpracę, — cedził dalej przez zduszone gardło —myślę, że z powodzeniem mógłbyś go zarekomendować na swojego zastępcę, jak w końu będziesz mieć spokój, jak wreszcie odejdę z biura żeby zająć się ... — umilkł bo drzwi znów się otworzyły, a w nich pojawił się umartwiony Morpheus, który dzisiejszą noc przeżywał po raz drugi.
Shafiq zacisnął szczękę i podszedł szybko do Longbottoma wymijając Selwyna, jakby był duchem. Podszedł do niego szybko tak, jakby szalony Niewymowny był jedynym gwarantem, zabezpieczeniem chroniącym resztki świadomości. Sprawczości. Resztki żałosnego honoru.
Jak nisko dziś upadł... Fizycznie i metaforycznie szorował już swoim policzkiem bruk, a północ jeszcze nie wybiła.
— Myślałem, że nigdy stamtąd nie wyjdziesz Somnia, — próbował powiedzieć to milej, ale głos trząsł mu się z bezsilnej wściekłości,. Odetchnął gryząc do krwi wnętrze policzka. — Chodźmy. Przeznaczenie wzywa. — dodał przynaglając go. Nie chciał tu dalej stać, nie chciał tu być, nie chciał czuć już tej goryczy w ustach. Nie obchodziło go co Jonathan zrobi, czy z nimi pójdzie czy tu zostanie. Właściwie wolałby, żeby sobie poszedł i zostawił ich na pastwę płomieni. Niech wraca do swojego najlepszego przyjaciela Woody'ego.
Nie chciał mieć z nim nic wspólnego.