• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[10/09/1972] look at us now | Benjy & Prue

[10/09/1972] look at us now | Benjy & Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
22.05.2025, 14:52  ✶  
Nie wiem, co mnie bardziej zaskakiwało - to, że się otwieraliśmy, czy to, że nie miałem z tym żadnego problemu, ona też nie. Nigdy nie byłem typem, który lgnie do ludzi, nie potrzebowałem miękkich słów, wzruszeń czy spojrzeń, które miały coś znaczyć, a jednak, z nią… Wszystko przychodziło jakoś inaczej. Nie znacznie łatwiej - po prostu naturalniej, jakby to, co u innych mnie męczyło, u niej było do przełknięcia, może dlatego, że niczego nie wymuszała. Nie szukałem tego - jasne, pomogłem jej, ale nie dlatego, że czekałem na jakąś nagrodę czy że zamierzałem grać bohatera - po prostu pasowało mi to, dokładnie tak samo jak jej obecność, jej milczenie nawet, nie musiała się tłumaczyć, ja też nie zamierzałem, nie sądziłem, że kiedykolwiek z kimkolwiek będzie między mną a kimś taka cisza, w której obie strony czują się dobrze. Nawet nie próbowałem szukać w tym drugiego dna - jej bliskość nie była nachalna, była szczera. A to, cholera, rzadkość. Nigdy nie uważałem się za szczególnie wyrozumiałego człowieka - w mojej wersji świata większość spraw nie była czarno-biała, była szara, lecz te odcienie szarości były mi znane, ale ona nie wpasowywała się w żaden ze schematów, które znałem, mimo to nie czułem potrzeby, by ją klasyfikować - wystarczyło, że była obok, z tymi swoimi „mankamentami”, jak je nazywała, które dla mnie były po prostu elementem układanki. Prudence miała dziwactwa - nie, nie znałem ich wszystkich, ale znałem wystarczająco, żeby wiedzieć, że nie były żadnym problemem. Zresztą, kto z nas nie ma swoich osobliwości? Ja byłem chodzącą galerią rys i pęknięć - ludzie mają swoje dziwactwa, ja też miałem, nie robiłem z tego sensacji, bo nie było czemu i po co.
Prudence patrzyła na mnie, jakby miała pewność, że ją zrozumiem, i chyba miała rację. Znałem tę ciszę między słowami, w której człowiek decyduje, czy komuś zaufać, czy się wycofać, i nie zamierzałem jej tego odbierać ani wyśmiewać. Wystarczyło, że nie uciekłem, kiedy zaczęła mówić o swoich dziwactwach z tą mieszaniną dystansu i wyczekiwania, jakby nie do końca wiedziała, czy może liczyć na coś więcej niż grzecznościowe: „To musi być straszne.” Nie musiała się przede mną tłumaczyć, może dlatego, że znałem to uczucie - bycia odstawionym na bok tylko dlatego, że jest się „innym”, a może dlatego, że nie miałem potrzeby się wycofywać, póki nie żądała ode mnie zbyt wiele - byłem tu, i pasowało mi to. Cokolwiek to było, to nie był przypadek, a chociaż nie mówiłem tego na głos, czułem to w sobie bardzo wyraźnie. Gdyby nie to, że miałem ją teraz na plecach, zapewne zrobiłbym teatralny ukłon w ramach uznania dla tego, jak z wdziękiem - i nieco zaskakująco - zaakceptowała ten stan rzeczy, ten nasz stan rzeczy.
- No dopsze, skolo jusz jesteś tak miła i uznajes pełną winę w tej splawie, to s pszyswoitości znów weśmiemy ją na pół... - Uśmiechnąłem się półgębkiem - rzuciłem to z tym lekkim uśmiechem, który w moim świecie oznaczał: „Przyznaję się do winy, ale tylko trochę, bo niby sam się na to wszystko pisałem.” - Moszemy. Na pszykład zostawiś je jako dowód męczeństwa. - Mruknąłem teatralnie. - Ale jeśli chcesz je wykorzystaś, jako pletekst, szebyś mi coś osobiście na nie nałoszyła, delikatnie, w trosce o moje zdrowie, wies, jak w tych mugolskich filmach - komples i tloskliwe spojszenia, to nie będę cię powstszymuje.
Byliśmy dorośli, ale jednocześnie pozwalaliśmy sobie na taką dziecięcą zabawę słowami, jakby między nami wszystko było możliwe.
- Siniaki to małe piwo. - Dodałem poważniej - uniosłem lekko brwi, wiedząc, że i tak nie widzi mojego spojrzenia, ale mając pełną świadomość, iż ton głosu wystarczy, by odczytała intencję. Nie musieliśmy o tym rozmawiać, to było prawdopodobnie najbardziej niesamowite - między nami nie było potrzeby wyjaśniania czegokolwiek, nie pytaliśmy, nie analizowaliśmy, nie rozrysowywaliśmy map emocjonalnych. Po prostu byliśmy - razem - cokolwiek się w nas działo, działo się w tym samym rytmie. - Nie pszyszło ci do głowy, sze mogę mieś fetysz obitych szebel? - Rzuciłem jeszcze, z udawaną nonszalancją, tylko po to, by poczuć, jak jej dłonie zaciskają się mocniej na moich ramionach.
- „Wsyscy w domu.” - Poprawiłem Prue. - Ale daj mi kilka godzin, a zwołam konfelensję plasową, pszecies zasługuję na pomnik pod Ministelstwem. - Parsknąłem cicho, na szczęście nie widziała mojego uśmiechu, albo widziała go tylko częściowo, z ukosa, ale już nauczyła się chyba nie traktować go całkiem poważnie. Tak, wydawało mi się, że zaczynała rozpoznawać te niuanse - i, ku własnemu zaskoczeniu, nie tylko jej na to pozwalałem, ale nawet nie próbowałem ich ukrywać. Wiedziała, że to nie kpina z niej, a z sytuacji, z samego siebie - jeśli bycie bohaterem polegało na tym, że człowiek po prostu jest w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie i nie spierniczy niczego po drodze, to może faktycznie, ale tak naprawdę nie miałem zamiaru pielęgnować tego tytułu - było, minęło - teraz liczyło się tylko to, że nie musieliśmy udawać.
- Ej. - Obejrzałem się lekko przez ramię. Pajęczyny, samotność, to uporczywe przekonanie, że nic ci się nie należy - nie chciałem, by uważała, że miałem ją za nieprzydatną pierdołę - może dlatego, że znałem to zbyt dobrze, sam już dawno przestałem oczekiwać czegokolwiek od ludzi - z wyjątkiem rozczarowań i wyrzutów. - Nie udawaj, sze nie wies, sze jesteś absolutnie pszelaszająso kompetentna, kiedy tylko chces. Tylko czasem... Dajesz szię zaskoczyś, zdasza szię najlepszym.
Prawda była taka, że ona sama sobie uratowała w większym stopniu, niż jej się wydawało, gdyby nie to, że dała mi się wtedy wciągnąć w tę cholerną szczelinę przy Horyzontalnej, nie byłoby tej chwili. Może i mogłem jej wmówić, że bez mojego udziału by tam została, ale nie miałem potrzeby tego robić - wydawało mi się, że znała mnie już na tyle, by wiedzieć, że nie będę tego rozdrapywał. Przestaliśmy rozmawiać w domyślnych trybach obronnych, zaczęliśmy mówić o sobie tak, jakbyśmy nigdy nie mieli już więcej okazji. Nie w dramatycznym sensie końca świata, ale w tym lekkim, łagodnym - to się już nie powtórzy, więc spróbujmy teraz.
- Nuda to stan umysłu, bycie nudnym tesz. - Odpowiedziałem. - A twój umysł, jak na kogoś takiego jak ty, jeszt zaskakująso… Balwny. - Zaskoczyło mnie to, bo przez cały czas myślałem, że to właśnie ja przychodzę tu z bagażem, z całym tym gruzem przeszłości i niespełnionych planów, a potem okazało się, że ona też ma walizkę pełną nieużywanych myśli, pełną dziwactw, których nikt nie chciał rozpakować. Nie wiedziała wszystkiego o mnie - i dobrze - nie wiedziała, ilu ludzi zostawiłem za sobą, ilu nie potrafiłem ochronić, ilu mnie zawiodło. Nie wiedziała też, że to jej obecność przywracała mi coś na kształt... Równowagi, po nieudanym powrocie do kraju, niewysłowionego poczucia, że można jeszcze raz komuś zaufać, nawet jeśli to tylko na chwilę - nawet jeśli to tylko kilkadziesiąt wspólnych godzin, nie trzeba było tego planować. Nie trzeba było zakładać wspólnej przyszłości, nie trzeba było deklarować wielkich rzeczy, ale mogliśmy być prawdziwi - tu, na wrzosowiskach, gdzie nikt nie zaglądał, nie trzeba było udawać. Tylko dwoje ludzi zbyt zmęczonych światem, by wciąż nosić zbroje. Mój kalendarz też nie pękał w szwach, a nawet gdyby - znalazłbym w nim miejsce. Ujmując rzecz obrazowo - oto człowiek: środek lokomocji, mag bitewny, do wynajęcia na godziny, z opcją pełnego zrozumienia i bezgranicznej cierpliwości dla tego, co wydarzyło się w kromlechu. Czego chcieć więcej? Ryby z frytkami? Też bym pewnie zrobił, gdyby tylko o to poprosiła. Chciałem, żeby czuła się dobrze.
Chociaż z początku brzmiało to jak żart - nie żeby większość tego, co mówię, nie miała formy żartu - zaskakująco szybko uderzyło mnie, że nie mam nic przeciwko byciu właśnie tym dla niej.  Dźwiganiem, słuchaniem, trwaniem obok - nie pytałem, dokąd to wszystko zmierza, nie wtedy - to nie był ten moment na pytania. To był moment na kroki - moje, niosące ją przez wzgórza i wrzosowiska, przez ciszę, która między nami zapadła i która była, do cholery, jedną z najprzyjemniejszych, jakich doświadczyłem od lat. Nie miałem w zwyczaju przyjmować ludzi tak po prostu, zazwyczaj zbyt dużo ważyli - nie w kilogramach, a w oczekiwaniach, domysłach, głośnych potrzebach, które próbowałem spełniać tylko po to, żeby ostatecznie ktoś rzucił mi, że to wszystko i tak nie wystarcza. A ona? Ona siedziała na moich plecach, mówiła półgłosem, czasem się uśmiechała, czasem milczała, i wystarczało to w pełni, bo nie wymagała. Przypominała mi przez to zapomniane uczucie - nie bycia potrzebnym, tylko bycia chcianym. Subtelna różnica, ale wystarczająco mocna, żeby człowiekowi zaczęło się od niej kręcić w głowie.
- Wies, nie wiem, jakim cudem wpakowałaś szię na moją listę pliolytetów, ale najwylaśniej siedzi ci się tam całkiem wygodnie... - Odezwałem się cicho, bardziej do siebie niż do niej, słowa padły za szybko, zbyt nagle, zanim zdążyłem je przefiltrować, nie planowałem ich - gdybym powiedział to głośniej, bezpośrednio do Prudence, pewnie bym się zażenował, słysząc je wypowiedziane na pełen głos. Może brzmiały jak tandetny fragment romansu, ale były prawdziwe. Los czasem naprawdę miał poczucie humoru. - Jutlo, w samo południe, landka, odhasz w tym swoim czystym telminaszu, to umowa. -  Powiedziałem lekko, jakby nie chodziło o nic poważnego. - Albo nie, to za póśno, niech bęsie dziesiąta. Ty, ja i wsystko, czego się nie spodziewamy, szeby folklolowi stało szię zadoś.
Nie powiedziałem jej, że czułem się przy niej... Dobrze - ta bliskość, chociaż nieplanowana, nie była mi nie na rękę, a jej sposób bycia, trochę niedopasowany do świata, dziwnie pasował do mojego. Może właśnie to nas ratowało - ten milczący pakt ludzi po przejściach, dwoje czarodziejów, którzy nie musieli udawać, że są bardziej lśniący niż w rzeczywistości. Żadne z nas nie potrzebowało idealnego zakończenia, wystarczył kawałek zwyczajnego teraz. Nie musiałem tego mówić - wiedziała. Tak samo jak ja wiedziałem, że to, co się między nami działo, nie wymagało podpisów, obietnic ani wielkich słów. Po prostu było, nie jako preludium do czegoś większego, i to w zupełności wystarczyło. Szarlotka w miasteczku, do którego właśnie docieraliśmy, i mało określone plany na jutro.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (5859), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (6650)




Wiadomości w tym wątku
[10/09/1972] look at us now | Benjy & Prue - przez Prudence Fenwick - 17.05.2025, 18:46
RE: [10/09/1972] look at us now | Benjy & Prue - przez Benjy Fenwick - 18.05.2025, 00:44
RE: [10/09/1972] look at us now | Benjy & Prue - przez Prudence Fenwick - 18.05.2025, 16:19
RE: [10/09/1972] look at us now | Benjy & Prue - przez Benjy Fenwick - 18.05.2025, 23:28
RE: [10/09/1972] look at us now | Benjy & Prue - przez Pan Losu - 18.05.2025, 23:28
RE: [10/09/1972] look at us now | Benjy & Prue - przez Prudence Fenwick - 19.05.2025, 16:04
RE: [10/09/1972] look at us now | Benjy & Prue - przez Benjy Fenwick - 19.05.2025, 22:50
RE: [10/09/1972] look at us now | Benjy & Prue - przez Prudence Fenwick - 20.05.2025, 11:01
RE: [10/09/1972] look at us now | Benjy & Prue - przez Benjy Fenwick - 22.05.2025, 14:52
RE: [10/09/1972] look at us now | Benjy & Prue - przez Prudence Fenwick - 23.05.2025, 20:27

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa