22.05.2025, 23:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.05.2025, 23:25 przez Rodolphus Lestrange.)
Uniósł brew kilka milisekund po tym, jak szkło rozprysnęło się na kawałki. Nie drgnęły jego mięśnie poza tymi, które odpowiadały za mięśnie twarzy. Cmoknął, niby to w trosce, przyjmując wyraz twarzy wielce współczujący, że taki skarb się rozprysnął w drobny mak.
Czy obchodziło go to, że była znudzona? Bynajmniej. Być może tego tak nie postrzegał, bo przecież delikatnie rozszerzyła te smukłe paluszki pianistki, tak jakby była w szoku. Czy grała teraz tak pięknie, jak potrafiła muskać klawisze fortepianu? Czy jej rozchylone wargi i rozszerzone źrenice były na pokaz, czy być może to była jedna z masek?
Lorraine Malfoy była niebezpieczna - zawsze to powtarzał. Zbyt piękna, zbyt eteryczna, by być prawdziwą. Zbyt nieoczywista, by mógł z całą pewnością siebie powiedzieć, że stoi tu przed nim - tu i teraz, w tej chwili. Owiewał ją dym i smród Nokturnu, który zawsze drażnił jego nozdrza, lecz w przypadku Lorraine łechtał każdy włosek i wciskał się do mózgu, szepcząc to iluzja.
Rzucam na Rozproszenie 4K plus oklumencja
Łabędź, papierowy łabędź, którego zaklął Rodolphus, tkwił w zgięciu jej szyi, w zagłębieniu obojczyka – tam, gdzie tak chętnie składała pocałunki Maeve, gdy sunęła ustami coraz to niżej i niżej.
Zbliżył się do Malfoyówny, czując nieprzyjemne łaskotanie w okolicy skroni. Czy robiła to świadomie? Och nie, nie mogłaby przecież robić czegoś takiego świadomie.
Krok miał powolny, ręce wciąż wciśnięte w kieszenie, a ruchy tak ślimacze, by nie miała żadnej pewności co do tego, że nie chce jej skrzywdzić. A mimo to wyciągnął w jej kierunku dłoń, by musnąć to zgięcie jej szyi, zagłębienie obojczyka. Tam, gdzie Maeve składała delikatne pocałunki, on teraz sunął zaskakująco ciepłym opuszkiem palca. Wydawać by się mogło, że będzie tak zimny, jak Victoria - lecz to była tylko ułuda.
- Chcę się upewnić, że Scarlett Mulciber jest w dobrych rękach - powiedział cicho, ledwo ruszając wargami. - Charles Mulciber jest tylko pionkiem na szachownicy, ale aspiruje do konia. Nie jestem brutalem, Lorraine, nie zmuszę go do tego, by zapomniał kim jest. Jego głowy nie zaprząta Baldwin per se, a właśnie Scarlett, która z Baldwinem się związała.
Westchnął cicho, zabierając dłoń. W jego geście nie było nic seksualnego, nic przyjemnego co mogłoby sugerować, że pragnąłby, by te palce wspięły się wyżej, zatonęły w blond kosmykach i lekko przekrzywiły głowę, zanim by się nachylił, owiewając jej blade usta gorącym oddechem. Jego gest był... Brutalnie mechaniczny, odruchowy.
- Charles chciałby wiedzieć, że Scarlett jest bezpieczna na tyle, na ile może być w jego rękach. Opisałaś Baldwina tak, jakbym miał go szukać. Nie, Lorraine - nachylił się jednak, by szepnąć jej te kilka słów do ucha. - Nie będę go szukać. Wystarczy mi twoje słowo, że jest w dobrych rękach. Twoje słowa są jak świętość w tym plugawym świecie.
Zamiast wspiąć palce wyżej, opuścił je. Ujął dłoń Lorraine tylko po to, by złożyć na grzbiecie jej dłoni pocałunek. Krótki, lekki, ledwo muśnięcie warg, lecz jakby było to przymierze.
Daj mi słowo, a pójdę za tobą w ogień, Lorraine Malfoy.
Czy obchodziło go to, że była znudzona? Bynajmniej. Być może tego tak nie postrzegał, bo przecież delikatnie rozszerzyła te smukłe paluszki pianistki, tak jakby była w szoku. Czy grała teraz tak pięknie, jak potrafiła muskać klawisze fortepianu? Czy jej rozchylone wargi i rozszerzone źrenice były na pokaz, czy być może to była jedna z masek?
Lorraine Malfoy była niebezpieczna - zawsze to powtarzał. Zbyt piękna, zbyt eteryczna, by być prawdziwą. Zbyt nieoczywista, by mógł z całą pewnością siebie powiedzieć, że stoi tu przed nim - tu i teraz, w tej chwili. Owiewał ją dym i smród Nokturnu, który zawsze drażnił jego nozdrza, lecz w przypadku Lorraine łechtał każdy włosek i wciskał się do mózgu, szepcząc to iluzja.
Rzucam na Rozproszenie 4K plus oklumencja
Rzut PO 1d100 - 95
Sukces!
Sukces!
Łabędź, papierowy łabędź, którego zaklął Rodolphus, tkwił w zgięciu jej szyi, w zagłębieniu obojczyka – tam, gdzie tak chętnie składała pocałunki Maeve, gdy sunęła ustami coraz to niżej i niżej.
Zbliżył się do Malfoyówny, czując nieprzyjemne łaskotanie w okolicy skroni. Czy robiła to świadomie? Och nie, nie mogłaby przecież robić czegoś takiego świadomie.
Krok miał powolny, ręce wciąż wciśnięte w kieszenie, a ruchy tak ślimacze, by nie miała żadnej pewności co do tego, że nie chce jej skrzywdzić. A mimo to wyciągnął w jej kierunku dłoń, by musnąć to zgięcie jej szyi, zagłębienie obojczyka. Tam, gdzie Maeve składała delikatne pocałunki, on teraz sunął zaskakująco ciepłym opuszkiem palca. Wydawać by się mogło, że będzie tak zimny, jak Victoria - lecz to była tylko ułuda.
- Chcę się upewnić, że Scarlett Mulciber jest w dobrych rękach - powiedział cicho, ledwo ruszając wargami. - Charles Mulciber jest tylko pionkiem na szachownicy, ale aspiruje do konia. Nie jestem brutalem, Lorraine, nie zmuszę go do tego, by zapomniał kim jest. Jego głowy nie zaprząta Baldwin per se, a właśnie Scarlett, która z Baldwinem się związała.
Westchnął cicho, zabierając dłoń. W jego geście nie było nic seksualnego, nic przyjemnego co mogłoby sugerować, że pragnąłby, by te palce wspięły się wyżej, zatonęły w blond kosmykach i lekko przekrzywiły głowę, zanim by się nachylił, owiewając jej blade usta gorącym oddechem. Jego gest był... Brutalnie mechaniczny, odruchowy.
- Charles chciałby wiedzieć, że Scarlett jest bezpieczna na tyle, na ile może być w jego rękach. Opisałaś Baldwina tak, jakbym miał go szukać. Nie, Lorraine - nachylił się jednak, by szepnąć jej te kilka słów do ucha. - Nie będę go szukać. Wystarczy mi twoje słowo, że jest w dobrych rękach. Twoje słowa są jak świętość w tym plugawym świecie.
Zamiast wspiąć palce wyżej, opuścił je. Ujął dłoń Lorraine tylko po to, by złożyć na grzbiecie jej dłoni pocałunek. Krótki, lekki, ledwo muśnięcie warg, lecz jakby było to przymierze.
Daj mi słowo, a pójdę za tobą w ogień, Lorraine Malfoy.