23.05.2025, 12:42 ✶
Z wnętrza płonącej kamienicy rozległ się głuchy trzask, natychmiast zagłuszony przez syk ognia i pękające szkło. Wiatr zmienił kierunek – płomienie, dotąd wznoszące się pionowo, wychyliły się w bok i objęły sąsiedni dach, gdzie suche dachówki zajęły się ogniem niemal natychmiast. Z dymu wystrzelił płonący skrawek materiału – zasłona albo firanka – i opadł na bruk, wzniecając kolejne małe ognisko wśród porzuconych papierów i śmieci. W powietrzu unosił się duszący zapach przypalonej farby i przypalonego tłuszczu. Ktoś upuścił plastikowe wiadro z wodą – turlało się bezładnie po chodniku, gubiąc zawartość - wodę, która z pewnością nie wystarczyłaby.
Trzeba przesunąć te wozy! Inaczej straż pożarna nie dojedzie! – krzyk dotarł do aurorki, spoglądającej na nieprzytomnego kierowcę. Jego głowa oparta o kierownicę wozu była zalana czerwienią. Mimo prób nawiązania kontaktu pozostawał nieprzytomny, nieobecny – jakby oddzielony od świata cienką zasłoną krwi. W samochodzie szczęśliwie nie było nikogo więcej. Za jej plecami, ludzie do których mówiła wcześniej automatycznie wykonywali jej polecenia, bo choć nie należała do mugolskich służb, jej postawa i ton trenowane latami doświadczeń pracy w terenie robiły swoje, a w przerażeniu łatwiej było podążać za autorytetem nawet jeśli nie był on poparty odznaką.
Nad dachami zaczęły krążyć ptaki – niektóre zdezorientowane, inne w popłochu uciekały w kierunku rzeki. Ile potrzeba by nad głowami panikujących ludzi zaczęli latać na miotłach magowie, próbujący zorientować się co się dzieje?
Od drugiej części ulicy - tej która jeszcze nie była naznaczona pożarem ryczała syrena wozu strażackiego, klakson próbował zmusić ludzi od zniwelowania zatoru. Część sąsiadów próbowała nieudolnie gasić pożar. Żadna z osób na miejscu nie wyglądała na zdolną do opanowania sytuacji. Ogień gasł na chwilę – tylko po to, by powrócić silniejszy. Jakby miał własną wolę. Jakby odpowiadał atakiem na atak. Rzut oka w tamtym kierunku, pozwolił Cassandrze dostrzec jeszcze jeden bardzo niepokojący omen. Na ścianie ciągu kamienic pojawiły się dziwaczne czarne smugi pełzające tak, jakby macki rodem wprost koszmaru. Tyle że dla wiedźmy, zwłaszcza takiej na co dzień walczącej z czarnoksiężnikami, ów koszmar był swego rodzaju normą choć nigdy na taką skalę. Beltane... rozdardło świat, otworzyło przejście do równoległego wymiaru w którym część jej kolegów walczyła o przetrwanie. Odbyło się to jednak z dala od oczu mugoli, gdzie tylko mieszkańcy Doliny Godryka utyskiwali wciąż po działalności amnezjatorów. Teraz jednak było inaczej... Teraz wszystkich spotykał gniew niebios, domowa wojna czarodziejów rozlała się poza granice magicznej części Londynu.
Trzeba przesunąć te wozy! Inaczej straż pożarna nie dojedzie! – krzyk dotarł do aurorki, spoglądającej na nieprzytomnego kierowcę. Jego głowa oparta o kierownicę wozu była zalana czerwienią. Mimo prób nawiązania kontaktu pozostawał nieprzytomny, nieobecny – jakby oddzielony od świata cienką zasłoną krwi. W samochodzie szczęśliwie nie było nikogo więcej. Za jej plecami, ludzie do których mówiła wcześniej automatycznie wykonywali jej polecenia, bo choć nie należała do mugolskich służb, jej postawa i ton trenowane latami doświadczeń pracy w terenie robiły swoje, a w przerażeniu łatwiej było podążać za autorytetem nawet jeśli nie był on poparty odznaką.
Nad dachami zaczęły krążyć ptaki – niektóre zdezorientowane, inne w popłochu uciekały w kierunku rzeki. Ile potrzeba by nad głowami panikujących ludzi zaczęli latać na miotłach magowie, próbujący zorientować się co się dzieje?
Od drugiej części ulicy - tej która jeszcze nie była naznaczona pożarem ryczała syrena wozu strażackiego, klakson próbował zmusić ludzi od zniwelowania zatoru. Część sąsiadów próbowała nieudolnie gasić pożar. Żadna z osób na miejscu nie wyglądała na zdolną do opanowania sytuacji. Ogień gasł na chwilę – tylko po to, by powrócić silniejszy. Jakby miał własną wolę. Jakby odpowiadał atakiem na atak. Rzut oka w tamtym kierunku, pozwolił Cassandrze dostrzec jeszcze jeden bardzo niepokojący omen. Na ścianie ciągu kamienic pojawiły się dziwaczne czarne smugi pełzające tak, jakby macki rodem wprost koszmaru. Tyle że dla wiedźmy, zwłaszcza takiej na co dzień walczącej z czarnoksiężnikami, ów koszmar był swego rodzaju normą choć nigdy na taką skalę. Beltane... rozdardło świat, otworzyło przejście do równoległego wymiaru w którym część jej kolegów walczyła o przetrwanie. Odbyło się to jednak z dala od oczu mugoli, gdzie tylko mieszkańcy Doliny Godryka utyskiwali wciąż po działalności amnezjatorów. Teraz jednak było inaczej... Teraz wszystkich spotykał gniew niebios, domowa wojna czarodziejów rozlała się poza granice magicznej części Londynu.