23.05.2025, 12:55 ✶
Tak mi przykro - delikatnie skinął głową, skupiając się na cieple jej dłoni. Nie powiedział nic, nie, nie chciał. Czasami to co niewypowiedziane jest ważniejsze, gdyż słowa nie pasowały. Złośliwie nie chciały złożyć się w zdanie, szczypały i piekły, ciążyły niczym betonowe buty. Wiedział, że mu współczuje z pełnym znaczeniem tego słowa. Bo współczucie było czymś większym, aniżeli zwykły zrozumienie.
-Esme została na razie u dziadków we Włoszech, dopóki tutaj nie doprowadzę wszystkiego do porządku - westchnął cicho, zastanawiając się czy nie odwleka trochę tej chwili. Dom w LH stał urządzony, jej pokoik wykończony. Interesy szły dobrze. A jednak bał się wyciągać małą z Włoch, gdzie słońce świeciło inaczej, gdzie się wychowała. Pośród Włochów, włoskiej kultury i racji. Nie czuł się fair z tym, że wraz ze śmiercią matki miałby zabrać jej to wszystko. A jednak jakaś część jego uważała to za dobre, zmiany za na tyle duże, że wyjdą jej na dobre, mimo iż teraz mogłyby ją przerazić. Bo Ona też potrzebowała tych zmian, zmian dzięki którym nie będzie żyć przeszłością.
Spojrzał na siostrę, a na jego usta mimowolnie zaczął wpływać nieco rozbawiony uśmiech, gdy Sena podchwyciła temat pizzeri
-W rzeczy samej... - skinął głową. Miała racje, było to kontrowersyjne. W tym miejscu łatwiej było postawić bar, stary browar lub dyskotekę, ale byłoby to ciut sprzeczne - Chciałem mieć swoje małe Włochy... nawet tu - i oczywiście, że mógł otworzyć lokal na Horyzontalnej. Mógł, gdyby pizzeria nie była częściowo przykrywką i schodami prowadzącymi do Sei Bello. Pieniądze pod koniec dnia musiały się zgadzać, a sama pizzeria, nawet w najbardziej ekskluzywnej dzielnicy nie byłaby w stanie sprostać oczekiwaniom Greybacka, nie jedna. Może gdyby miał lokali kilka, rozsianych po całym Londynie, ale na starcie nikt nie gwarantuje sukcesu. Sukcesu na który nie musiałby czekać miesięcy.
-Bene - jego uśmiech się poszerzył, gdy obwieściła, że może, że wyjdzie, że dotrzyma mu towarzystwa. Bo tego chyba właśnie teraz potrzebował, chociaż nie mówił tego głośno. Potrzebował jej dotyku, jej uśmiechu, jej ciepła, która pozwalała oderwać myśli, odsunąć się i wtulić świadomość w siostrzane spojrzenie. Wciąż silne, wciąż waleczne, mimo wielu lat, mimo wielu krzywd, wciąż lśniła. Jej uśmiech wciąż pozostawał słodki niczym ociekające dojrzałością gruszę. I chciał, aby ten uśmiech zawsze był, zawsze istniał, aby któregoś dnia nie zgasnął bezpowrotnie. Bo o ile smutniej patrzyłoby się na jej urocze, acz zadziorne lica, bez tego uśmiechu - pamiętając, że on był. Znając go i czując się winnym, bo czuło się odpowiedzialnym za niego, gdy ten istniał.
-Brzmi wybornie - skinął głową, gdy ruszyli pod rękę do wyjścia, co chwilę zerkając w kierunku Aseny. Nie szukał jej uwagi, spojrzenia, pytania - on patrzył dla samego patrzenia. Aby zawiesić wzrok na czymś przyjemnym, a czymś takim z pewnością była jego siostra. Bo On patrząc na nią nie tylko jak na piękną kobietę, bo dla niego była czymś innym, czymś więcej, czymś bardziej eterycznym, nieuchwytnym. On patrzył na nostalgię, na część swojego życia, które się odbijało w jej oczach. Na złocistą jesień, którą skrywały jej kasztanowe włosy. Nosiła na sobie niewidzialną suknie uszytą ze wspomnień, tych gorzkich, ale również tych słodkich. Była słodko gorzką częścią jej życia i to nie ona winna była cierpkiego posmaku, lecz życia. Rzeczywistość w którą zostali strąceni, ale w której byli razem.
-Mam nadzieje, że ta ciepła pogoda utrzyma się jeszcze trochę czasu - przyznał z przekąsem. Dawno nie odczuwał zimy, dawno też nie przebywał zbyt długo w ponurym Londyńskim klimacie do którego na powrót będzie mu dane przywyknąć. Zerknął w kierunku lokalu, gdy z niego wyszli
-To coś więcej niż praca, co? - zagaił, przenosząc powoli wzrok na siostrę. Zdawało mu się, że Asena w jakiś sposób była nieodłączną częścią tego miejsca za każdym razem, gdy już postawił kroki w pobliżu.
Zawiesił się na ów myśli, a chwilę później spojrzał na nią
-A powiesz mi co tam u naszego kochanego rodzeństwa? - zapytał w końcu, gdy powoli przemierzali jedną z ulic.
-Esme została na razie u dziadków we Włoszech, dopóki tutaj nie doprowadzę wszystkiego do porządku - westchnął cicho, zastanawiając się czy nie odwleka trochę tej chwili. Dom w LH stał urządzony, jej pokoik wykończony. Interesy szły dobrze. A jednak bał się wyciągać małą z Włoch, gdzie słońce świeciło inaczej, gdzie się wychowała. Pośród Włochów, włoskiej kultury i racji. Nie czuł się fair z tym, że wraz ze śmiercią matki miałby zabrać jej to wszystko. A jednak jakaś część jego uważała to za dobre, zmiany za na tyle duże, że wyjdą jej na dobre, mimo iż teraz mogłyby ją przerazić. Bo Ona też potrzebowała tych zmian, zmian dzięki którym nie będzie żyć przeszłością.
Spojrzał na siostrę, a na jego usta mimowolnie zaczął wpływać nieco rozbawiony uśmiech, gdy Sena podchwyciła temat pizzeri
-W rzeczy samej... - skinął głową. Miała racje, było to kontrowersyjne. W tym miejscu łatwiej było postawić bar, stary browar lub dyskotekę, ale byłoby to ciut sprzeczne - Chciałem mieć swoje małe Włochy... nawet tu - i oczywiście, że mógł otworzyć lokal na Horyzontalnej. Mógł, gdyby pizzeria nie była częściowo przykrywką i schodami prowadzącymi do Sei Bello. Pieniądze pod koniec dnia musiały się zgadzać, a sama pizzeria, nawet w najbardziej ekskluzywnej dzielnicy nie byłaby w stanie sprostać oczekiwaniom Greybacka, nie jedna. Może gdyby miał lokali kilka, rozsianych po całym Londynie, ale na starcie nikt nie gwarantuje sukcesu. Sukcesu na który nie musiałby czekać miesięcy.
-Bene - jego uśmiech się poszerzył, gdy obwieściła, że może, że wyjdzie, że dotrzyma mu towarzystwa. Bo tego chyba właśnie teraz potrzebował, chociaż nie mówił tego głośno. Potrzebował jej dotyku, jej uśmiechu, jej ciepła, która pozwalała oderwać myśli, odsunąć się i wtulić świadomość w siostrzane spojrzenie. Wciąż silne, wciąż waleczne, mimo wielu lat, mimo wielu krzywd, wciąż lśniła. Jej uśmiech wciąż pozostawał słodki niczym ociekające dojrzałością gruszę. I chciał, aby ten uśmiech zawsze był, zawsze istniał, aby któregoś dnia nie zgasnął bezpowrotnie. Bo o ile smutniej patrzyłoby się na jej urocze, acz zadziorne lica, bez tego uśmiechu - pamiętając, że on był. Znając go i czując się winnym, bo czuło się odpowiedzialnym za niego, gdy ten istniał.
-Brzmi wybornie - skinął głową, gdy ruszyli pod rękę do wyjścia, co chwilę zerkając w kierunku Aseny. Nie szukał jej uwagi, spojrzenia, pytania - on patrzył dla samego patrzenia. Aby zawiesić wzrok na czymś przyjemnym, a czymś takim z pewnością była jego siostra. Bo On patrząc na nią nie tylko jak na piękną kobietę, bo dla niego była czymś innym, czymś więcej, czymś bardziej eterycznym, nieuchwytnym. On patrzył na nostalgię, na część swojego życia, które się odbijało w jej oczach. Na złocistą jesień, którą skrywały jej kasztanowe włosy. Nosiła na sobie niewidzialną suknie uszytą ze wspomnień, tych gorzkich, ale również tych słodkich. Była słodko gorzką częścią jej życia i to nie ona winna była cierpkiego posmaku, lecz życia. Rzeczywistość w którą zostali strąceni, ale w której byli razem.
-Mam nadzieje, że ta ciepła pogoda utrzyma się jeszcze trochę czasu - przyznał z przekąsem. Dawno nie odczuwał zimy, dawno też nie przebywał zbyt długo w ponurym Londyńskim klimacie do którego na powrót będzie mu dane przywyknąć. Zerknął w kierunku lokalu, gdy z niego wyszli
-To coś więcej niż praca, co? - zagaił, przenosząc powoli wzrok na siostrę. Zdawało mu się, że Asena w jakiś sposób była nieodłączną częścią tego miejsca za każdym razem, gdy już postawił kroki w pobliżu.
Zawiesił się na ów myśli, a chwilę później spojrzał na nią
-A powiesz mi co tam u naszego kochanego rodzeństwa? - zapytał w końcu, gdy powoli przemierzali jedną z ulic.