• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[11/09/72] A disturbingly short time ago, in a land uncomfortably close by

[11/09/72] A disturbingly short time ago, in a land uncomfortably close by
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#6
23.05.2025, 13:30  ✶  
Siedział spokojnie na ławce na werandzie, wyprostowany tylko na tyle, by nie zsunąć się po oparciu. Powietrze było chłodne i przesycone wilgocią. Roise czuł ją nawet przez tkaninę swetra i cienki płaszcz, który zgarnął przelotnie zanim wyszedł na zewnątrz.
Nie spodziewał się, że spędzi tam dłużej niż kilkanaście minut a oto już od co najmniej pół godziny siedział niemal nieruchomo w jednym miejscu. Do tego stopnia, że na pierwszy rzut oka mógłby asymilować się z krajobrazem.
Z tyłu za jego plecami wrzosowiska zlewały się z ołowianym niebem. Powoli pogrążały się w coraz głębszej szarości z tą uporczywą północną cichością, która nigdy nie stawała się naprawdę nieprzyjemna, ale też nigdy nie dawała zapomnieć, gdzie się znajdowali. Wrzesień mógł być piękny, ale ten dzień wcale nie próbował taki być.
Przedtem to był zwykły, niepokojąco spokojny dzień. Po wszystkich wydarzeniach, jakie miały miejsce na przestrzeni ostatnich dni, naprawdę miło było móc odpocząć. Tyle tylko, że teraz... ...po tym, jak Prudence i Romulus rozpłynęli się w powietrzu... ...albo bardziej precyzyjnie: zniknęli po dotknięciu porannej gazety... ...ten dzień stracił miano dobrego.
Ambroise przeniósł spojrzenie z części ogrodu wyłaniającej się zza domu na przestrzeń obok siebie. Tuż przy nim siedział Fabian, z nogami dyndającymi nad ziemią, choć chłopiec bardzo  starał się udawać, że już do niej sięga. Chrześniak oparł mu się o bok, nie do końca wiadomo, kiedy przykrywając pledem kolana ich obojga. Teraz z zapałem obserwował bieg niedużego skorka po miękkiej fakturze koca, jednocześnie niemal przez cały czas snując historie na temat wszystkiego, co robili z Ursulą, zanim reszta domowników pojawiła się w Exmoor.
Lubił słuchać Fabiana. Mógłby to robić godzinami, nawet jeśli chłopiec zasypywał go pytaniami szybciej, niż dało się na nie odpowiadać. Było coś kojącego w tej obecności, może dlatego, że dziecko nie oczekiwało odpowiedzi, tylko uwagi. Opowiadało o szklarni, o swojej babci, o tym, jak biegał między skrzynkami, próbując złapać motyla, który na pewno miał misję szpiegowską.
Roise w tym czasie przypatrywał się to dziecku, to krajobrazowi, to palcom własnych dłoni, splecionym luźno na kolanach. Skórę miał bladą, jakby wypłukaną z mocnej letniej opalenizny, która choć nadal tam była, to w tym momencie wyglądała szaro i matowo. Zupełnie tak jak aura pogodowa na zewnątrz. Knykcie Greengrassa były nienaturalnie wyraźne, mimo że jego oczy wciąż niezupełnie łapały ostrość obrazu. W dalszym ciągu były lekko zamglone, szczególnie na peryferiach wzroku.
To działo się zawsze po widmowidzeniu. Nie to, że mdlał czy jęczał dramatycznie, ale przez jakiś czas miał wrażenie, że każda cząstka jego ciała tkwi na wpół zawieszona między tu i teraz a tym czymś, co dopiero minęło. Jego własne ciało wciąż było zresztą dla niego trochę obce, jakby jeszcze nie wróciło całkiem do siebie. W kościach miał wspomnienie kroków na wilgotnym szlaku, trawy, która lepiła się do butów, skóry, która pachniała nie jego wodą kolońską.
Czyją? Tego nie potrafił rozgryźć. Ale pamiętał tamten zapach: gorzki, trochę drzewny, z lekką nutą czegoś dymnego. Klasyczny. Nienachalny. Osobliwy przez to, że znajomy, ale jednocześnie zapomniany. Tym razem było inaczej. Nie była to obca przeszłość, więc pewnie prędzej czy później miał to skojarzyć, ale w tej chwili jeszcze miał trudność z łączeniem kropek.
Znał już smak takich wizji. Choć zajęło mu to wyjątkowo długo i było okupione wieloma chwilami, podczas których naprawdę zastanawiał się, na cholerę mu to było, Roise z czasem nauczył się ich nie odrzucać, nie brać za przekleństwo. Niosły coś cenniejszego niż tylko wiedzę. Niosły zrozumienie a czasem, jeśli miał szczęście, niosły też odpowiedź. Tym razem jeszcze jej nie miał, ale już wiedział, od czego powinien zacząć poszukiwania, żeby spróbować nie tyle rozwiązać tę zagadkę, co z dużym prawdopodobieństwem pomóc dwójce przyjaciół.
No, przyjacielowi i znajomej, jednak po tym, co miało miejsce zaledwie przez kilkoma minutami, znacznie łatwiej było mu myśleć o Bletchley w tych samych kategoriach, co o Potterze. W końcu niecodziennie miało się wgląd do jej historii, uczuć i emocji. Nie do końca na porządku dziennym było dla niego obserwowanie świata dosłownie oczami Prudence, nawet jeśli była ona jego wsparciem w zakresie opanowywania widmowidzenia.
Przymknął oczy, usiłując przetworzyć wszystko to, co widział do tej pory. Oparł się łokciami o uda a jego dłonie zsunęły się bezwładnie między kolana. To nie była wina Prue. Nie zaprosiła go tam celowo, nie wrzuciła go do własnych wspomnień. To był pierścionek zaręczynowy. Przedmiot nasączony nią, jej ciepłem, jej pamięcią. Ambroise sięgnął po niego z własnej woli. A że przeszłość odpowiedziała, cóż, taka była natura ich wspólnego daru. Jego i Bletchley. Albo przekleństwa, w zależności od dnia, ale dzisiaj nie był skłonny dramatyzować. Miał to już raczej daleko za sobą.
Zwykle takie wizje zostawiały w nim ślad pod postacią ciemnego, pustego i zimnego echa czegoś, co rozchodziło się w jego wnętrzu jeszcze długo po powrocie do rzeczywistości. Ale nie tym razem. Tym razem był spokojny. Nie zadowolony. Nie zaspokojony. Spokojny. W tym sensie, w jakim spokojny może być człowiek, który stara się poukładać swoje własne uczucia, powoli wyzbywając się cudzych.
Widmowidzenie miało to do siebie, że nie filtrowało emocji. Przekazywało je tak jak były: surowe, nienazwane, pełne sprzeczności. To był stan emocjonalny Prudence, ale rezonował z jego własnym, gdy znajdował się w jej wspomnieniach nie jako obserwator a pod postacią dziewczyny. W takich chwilach jego dusza stroiła się do częstotliwości jej frustracji, szczęścia, strachu, irytacji, rozbawienia i tak dalej. Odczuwał cały wachlarz uczuć i stanów.
Widmowidzenia miały tę upartą manierę, że pokazywały to, co było istotne dla emocji, nie dla informacji. Roise wiedział już, że czas w takich widzeniach nie układa się w szereg. On kluczy, kręci się w kółko, zgrywa odczucia z obrazami, nie fakty z datami.
W tym wypadku tych emocji było dużo. Kryły się tuż pod powierzchnią, drżały pod skórą wraz z delikatnym wibrowaniem pierścionka zaręczynowego dziewczyny. O dziwo, nie pokazującego mu nic, co mogłoby być związane z tym, kto wręczył go Bletchley. Mężczyzna, który był z nią na wzgórzu, zdecydowanie nie mógł być Bonesem. To było świeże wspomnienie, niedawne, powiązane z zakupem tych skórzanych butów z gumowaną podeszwą. No cóż, gdziekolwiek znajdowała się Prue, przynajmniej była lepiej obuta niż wtedy, nawet jeśli nie stanowiło to praktycznie żadnego pocieszenia.
Paradoksalnie, nawet jak na to nieprzewidziane, coraz bardziej niepokojące zaginięcie, te konkretne wizje były jednak znacznie przyjemniejsze niż zazwyczaj. Nie było w nich śladów śmierci, było tylko trochę irytacji i zgryzoty, co pozwoliło mu sądzić, że poprawnie zidentyfikował moment zaginięcia i słusznie powiązał go z Romulusem.
Ta dwójka zawsze miała napiętą relację. Może nie widział twarzy tamtego mężczyzny, który złapał za gazetę w tym samym momencie, co Prudence, ale skoro Benjy, którego też nie lubiła (choć przy okoliczności pożarów wyglądało to zgoła inaczej) stał obok, to musiał być Potter. Szczególnie, że jego też nigdzie nie było. Pierścionek był ostatnim śladem po obojgu.
Ambroise kolejny raz wziął głęboki oddech, po czym przeciągnął dłonią po karku. Pierścionek nadal był zimny, ale już nie pulsował, już nie wołał. Leżał zawinięty w haftowaną chusteczkę, odsunięty od niego i Fabiana, kontrolowany przez Ambroisa kątem oka. Teraz milczał i to było najważniejsze.
Greengrass siedział więc spokojnie, nieruchomo, z łagodnie pochylonymi ramionami i dłońmi splecionymi między kolanami. Na razie pilnował Fabiana. Dzieciak potrzebował tylko obecności, nie zaangażowania. I to była jedna z tych rzeczy, za które był mu niewymownie wdzięczny.
Kochał tego malca nie tylko za jego inteligencję, której nie wypadało jeszcze nazywać błyskotliwością, ale za to, że młody Lestrange rozumiał rzeczy bez słów. Nie zawsze dosłownie, ale wystarczająco. Może dlatego, że sam był wyjątkowo gadatliwy jak na czterolatka i wykorzystywał przez to cały zasób słownictwa przewidziany na otoczenie. Dla wszystkich rozmówców.
- A potem babcia kazała mi nie dotykać tej jednej roślinki, bo podobno gryzie. Ale ja dotknąłem, ale tylko troszkę. I ona nic nie zrobiła. Myślisz, że babcia blefowała? A czy rośliny umieją blefować? Albo… Czy gryzą tylko, jak wiedzą, że ktoś się ich boi? - Wyrzucił z siebie młody, ignorując własne plątanie się języka.
Ambroise uniósł lekko brew, ale nie odpowiedział od razu. Widział jak chłopiec podskakuje na miejscu, jak przestawia stopy na drewnianych deskach, ale zanim zdążył otworzyć usta, temat przeskoczył dalej. Lestrange znów zmienił tok opowieści. Tym razem zaczął mówić o konewce, która rzekomo krzyczała do niego plask! w najbardziej strategicznych momentach podlewania ogrodu ciociobabci.
Był wdzięczny za obecność Fabiana. Dziecko nie potrzebowało zbyt wiele. Wystarczała mu obecność, jakieś okazjonalne mhm, tak, nie, prawdopodobnie, spojrzenie, kiwnięcie głową. Młody miał też ten rodzaj wyobraźni, który nie wymagał potwierdzenia. Zupełnie wystarczało mu, że coś brzmi dostatecznie dobrze, by uczynić z tego prawdę. Teraz zaś wpatrywał się w niego uważnie, jakby czekał na odpowiedź na jakieś pytanie, którego jeszcze nie zadał.
- A jak myślisz - powiedział nagle - czy gdyby paproć była bardzo, bardzo mądra to umiałaby sama chodzić do kuchni po wodę? - Spytał, wbijając w Roisa spojrzenie wyjątkowo błyszczących niebieskich oczu i świdrując go wzrokiem.
Zdecydowanie musiał otrzymać adekwatną reakcję. Tym razem zwykłe mhm nie mogłoby mu wystarczyć. Ambroise doskonale wiedział, kiedy pełna odpowiedź, choćby krótka, była niezbędnym elementem rozmowy z jego chrześniakiem.
- Tylko wtedy, jeśli byłaby wystarczająco spragniona - odpowiedział, właściwie to całkiem zgodnie z prawdą, bowiem niektóre rzadkie gatunki magicznych paproci rzeczywiście zachowywały się całkiem ludzko i potrafiły dostatecznie samodzielnie zadbać o swoje potrzeby.
Co prawda, były to rodzaje na ogół sadzone w ogrodzie, które po prostu przesuwały się w ziemi w kierunku kranu ogrodowego, szlaufa albo małych zbiorników wodnych, ale to byłby już temat na dłuższą opowieść a Fabian wyglądał na usatysfakcjonowanego tą odpowiedzią. Lestrange wciągnął powietrze z takim entuzjazmem, jakby właśnie planował kolejną serię przemyśleń, tym razem na temat botanicznych procesji w stronę zlewu, jednak wtedy w powietrzu zabrzmiało bardzo charakterystyczne skrzypnięcie drzwi.
Niemal jak na rozkaz, obaj przenieśli wzrok w kierunku wejścia do domu. Ambroise nie liczył czasu, odkąd Benjy postanowił zniknąć we wnętrzu budynku, żeby poszukać wsparcia w zakresie poszukiwań. Równie dobrze mogło minąć pięć, jak i piętnaście minut. Może nawet więcej. Nie było jeszcze ciemno, ale szarówka powoli rozlewała się nad wrzosowiskami. Dokładnie tak samo jak wieczorna mgła, która ostrożnie formowała się w zagłębieniach terenu.
Roise zamrugał. Raz, potem drugi, lekko marszcząc przy tym brwi na widok obu osób, ale kąciki jego ust uniosły się automatycznie. Głównie na widok Geraldine. Oczywiście, że mógł spodziewać się jej obecności. W końcu była najlepszą możliwą tropicielką. Jeśli ktoś miał znacząco przyspieszyć czynności poszukiwawcze to była to właśnie jego dziewczyna. Poza tym na widok Yaxleyówny praktycznie zawsze robiło mu się ciepło, nawet jeśli sam był teraz dosyć wychłodzony, choć tego jeszcze nie czuł.
Wbił wzrok w twarz ukochanej, mimowolnie unosząc brwi. Spojrzenie Riny było ostre i badawcze. Stała przez chwilę w progu, jakby usiłowała sprawdzić, czy nie rozpadł się w międzyczasie. Patrzyła na niego w ten sposób, który znał wyjątkowo dobrze: pół zawodowo, pół prywatnie, jakby dziewczyna oceniała, czy powinien już leżeć z eliksirem w ustach, czy jeszcze może utrzymać pion. Wzruszył ramionami. To było wszystko, co mógł jej odpowiedzieć.
Najwyraźniej Fenwick opowiedział o całej sytuacji, ale przecież oboje wiedzieli, że Greengrass praktycznie nigdy nie chciał specjalnego traktowania. Nie oczekiwał głaskania go po głowie. Nie lubił, gdy obchodzono się z nim jak z jajkiem, kiedy to było zupełnie niepotrzebne. Być może nie miał jeszcze okazji porozmawiać z ukochaną odnośnie wszystkich aspektów swojego popapranego, mulciberowego dziedzictwa. To dopiero ich czekało, ale w tym konkretnym wypadku raczej rozumieli się bez słów.
Siedział wyprostowany, nie dygotał niczym osika na wietrze. Zachowywał względną trzeźwość umysłu. Był zamyślony, ale nie nieobecny. Nigdy nie pozwoliłby sobie na utratę koncentracji w obecności ich syna chrzestnego, będąc z nim sam na sam. Celowo odsunął od nich pierścionek, nie doszukiwał się nic więcej w biżuterii. Musiał dojść do siebie, ale robił to już na własnych warunkach a doznana wizja nie była najgorszą, jaką miał.
Może nie wszystko było zupełnie w porządku, ale Roise nie czuł się ani roztrzęsiony, ani przesadnie słaby. To nie on znalazł się w sytuacji potencjalnego zagrożenia zdrowia albo życia. Priorytety leżały gdzieś indziej. Wiedział to on, zdecydowanie wiedziała to jego dziewczyna, Benjy także. Musieli zająć się konkretami.
Geraldine pochyliła się do Fabiana, szepnęła mu coś na ucho a chłopiec uśmiechnął się szeroko i bez protestu zeskoczył z ławki. Przemknął do domu z błyskiem zadowolenia na twarzy, jakby właśnie powierzono mu jakąś supertajną misję. Nie zapytał, nie zatrzymał się. Zupełnie tak, jakby wiedział, że jego czas na scenie już się skończył.
Roise nie zapytał, co Rina powiedziała chłopcu. Nie zamierzał tego robić. To nie miało znaczenia. Cokolwiek to było, Yaxleyówna miała naturalny talent do zajmowania uwagi chrześniaka, więc mogli być spokojni. Młody zniknął we wnętrzu domu. Mogli spokojnie rozmawiać.
Wpierw jednak, dostrzegając ruch ze strony dziewczyny jeszcze zanim pochyliła się nad nim, odpowiedział na uścisk. Pozwolił sobie objąć Rinę ramionami, odpowiadając na dotyk i odruchowo kiwając głową. To było miłe, naprawdę miłe. Brakowało mu tego przez niemal półtora roku, wewnątrz naprawdę cieszył się ze zmiany ich sytuacji, nawet jeśli nie przyszła im łatwo i wciąż mieli dosyć dużo do omówienia. Między innymi tę nieszczęsną kwestię widmowidzenia.
Yaxleyówna powinna wiedzieć więcej, bo z pewnością nie miała pojęcia, czego się spodziewać. Widział, że była nieswoja, nawet jeśli reagowała tą typową dla siebie podskórną czułością. Z zewnątrz może wypadającą blado, bez głębokich, teatralnych gestów, ale Rina tak już miała. Oboje tak mieli. To w zupełności wystarczało. Zwłaszcza w takich sytuacjach, gdy coś innego było ważniejsze.
- Zniknęli po tym, jak sięgnęli po gazetę, chcąc ją sobie wydrzeć. Oboje wyparowali w tym samym momencie. To nie była ich wspólna decyzja, uwierz mi, Bruyère, nie ma takiej siły, która sprawiłaby, że Prudence z własnej woli telepotowałaby się gdziekolwiek z Romulusem. To był świstoklik - stwierdził cicho, ale na tyle pewnie i poważnie, żeby nie pozostawić cienia wątpliwości. - Bletchley zgubiła przy tym pierścionek, przez który mniej więcej wiemy, co się stało - dodał w razie, gdyby Fenwick o tym nie wspomniał, jednocześnie kiwając głową w stronę odsuniętej chusteczki z zawiniętą biżuterią.
Nie, ci dwoje nie zrobili tego z zamysłem. Roisee znał ich zbyt dobrze (zarówno osobno, jak i razem), by uwierzyć, że wspólnie zaplanowali jakąkolwiek eskapadę. Ostatni raz widział ich zgodnych… ...nie, właściwie nigdy nie widział ich zgodnych. Może cierpliwych wobec siebie, z grymasem wyrozumiałości, ale nie zgodnych.
Świstoklik. To musiał być świstoklik. I to taki przygotowany z pełną perfidią, zakamuflowany w czymś tak banalnym, jak poranna prasa. Wszystko na to wskazywało. Zresztą nie pierwszy raz ktoś używał takiego fortelu: przedmiot, który wyglądał na zupełnie zwykły, aktywował się przy dotyku, wciągając nieświadomych w podróż magiczną. Tyle że tym razem nie wiadomo było, gdzie. I po co. I kto za tym stał.
Gazeta. Zwykłe, codzienne wydanie Proroka pachnące wilgocią i farbą drukarską. Wystarczyło jedno mocniejsze dotknięcie, żeby zniknąć. To było eleganckie. Ciche. Skuteczne. I bardzo, bardzo celowe.
- Myślę, że w dalszym ciągu możemy spróbować namierzyć ślady teleportacji, ale... - Przerwał na chwilę, rozcierając skronie i biorąc wdech, żeby powiedzieć coś, co niekoniecznie mu się podobało. - To już prawdopodobnie wasze zadanie. Ja nie ruszę z magią przez najbliższe pięć minut, może dłużej. Potrzebuję całkiem odzyskać równowagę - nie lubił tego, wręcz nie cierpiał przyznawać się do słabości, ale w tym momencie musiał to jakoś przełknąć, bo nie chodziło o niego.
Im szybciej zaczną, tym lepiej. Już i tak stracili naprawdę cenne godziny a powoli zbliżał się wieczór.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (5245), Benjy Fenwick (6570), Geraldine Greengrass-Yaxley (4428), Pan Losu (29)




Wiadomości w tym wątku
[11/09/72] A disturbingly short time ago, in a land uncomfortably close by - przez Benjy Fenwick - 19.05.2025, 16:25
RE: [11/09/72] A disturbingly short time ago, in a land uncomfortably close by - przez Pan Losu - 19.05.2025, 16:25
RE: [11/09/72] A disturbingly short time ago, in a land uncomfortably close by - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 19.05.2025, 20:48
RE: [11/09/72] A disturbingly short time ago, in a land uncomfortably close by - przez Benjy Fenwick - 20.05.2025, 00:09
RE: [11/09/72] A disturbingly short time ago, in a land uncomfortably close by - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 20.05.2025, 19:11
RE: [11/09/72] A disturbingly short time ago, in a land uncomfortably close by - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.05.2025, 13:30
RE: [11/09/72] A disturbingly short time ago, in a land uncomfortably close by - przez Benjy Fenwick - 23.05.2025, 19:00
RE: [11/09/72] A disturbingly short time ago, in a land uncomfortably close by - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.05.2025, 00:46
RE: [11/09/72] A disturbingly short time ago, in a land uncomfortably close by - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.05.2025, 03:12
RE: [11/09/72] A disturbingly short time ago, in a land uncomfortably close by - przez Benjy Fenwick - 24.05.2025, 14:33
RE: [11/09/72] A disturbingly short time ago, in a land uncomfortably close by - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.05.2025, 09:31
RE: [11/09/72] A disturbingly short time ago, in a land uncomfortably close by - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.05.2025, 01:28
RE: [11/09/72] A disturbingly short time ago, in a land uncomfortably close by - przez Benjy Fenwick - 27.05.2025, 22:02
RE: [11/09/72] A disturbingly short time ago, in a land uncomfortably close by - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.05.2025, 22:55

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa