24.05.2025, 03:12 ✶
Nawet jeśli nie był do końca zadowolony z takiego a nie innego obrotu spraw, Ambroise nie był głupi. Tak po prawdzie, miał się za wyjątkowo światłego i inteligentnego człowieka. W momencie, w którym uznał, że jest już dostatecznie nawykły do tych wszystkich chaotycznych, mniej lub bardziej przypadkowych wizji (bo nie, nie do końca był do nich przyzwyczajony), zaczął podchodzić do tego raczej w dosyć zadaniowy sposób.
A przynajmniej własne tak starał się twierdzić. Jasne, wewnątrz nadal był rozedrgany w ten specyficzny sposób. W dalszym ciągu był zmęczony. Widmowidzenie nadwyrężało organizm, szczególnie wszelkie struktury poznawcze. Wywoływało ból z tyłu oczu, który często niósł za sobą coś w rodzaju migreny. Ciało stawało się cięższe i zarazem lżejsze: członki były jednocześnie niczym z kamienia i z waty.
Teoretycznie mógłby teraz wstać z ławki. W końcu podczas całej sesji transu utrzymał się na nogach. Stał w miejscu i nie wydawało mu się, żeby w którymś momencie chociaż trochę się wygiął. Raczej przypominał sztywny słup soli, co także nie zawsze było dobre, bowiem w przypadku dłuższych widmowidzeń przekładało się na ból dolnej części ciała.
Tym razem wizja była stosunkowo krótka. Nie trwała długo. Nie była wypełniona cierpieniem, strachem i umieraniem. Raczej wręcz przeciwnie. Przez większość czasu, jakie Roise spędził pod postacią Prue, dziewczyna czuła się całkiem przyjemnie. Była podekscytowana, dosyć szczęśliwa z powodu robienia tych swoich nieoczekiwanych, trochę buntowniczych planów.
Nie były to dla niego wyjątkowo niemiłe doznania. A to zdarzało się raczej rzadko, ponieważ większość ciężaru przeszłości była... ...no, właśnie tym: ciężarem. Prawdopodobnie dzięki nieoczekiwanej lekkości doznań Bletchley, Greengrass nie czuł się tak, jakby potrzebował przesadnie dużo czasu na dojście do siebie. Tym bardziej, że poniekąd już był sobą. Wrócił, tylko bardziej zamyślony. Nie czuł konieczności obchodzenia się ze sobą jak z jajkiem...
...i był cholernie wdzięczny za to, że takowego z niego nie robiono. Ale przecież mógł być tego pewien. Być może zaliczył półtoraroczną przerwę ze swoją ukochaną, jednak pod tym względem zawsze dogadywali się praktycznie bez słów. To była nieodzowna część ich więzi. Teraz już nieco lepiej wiedział, z czego to wynikało, jednak tak naprawdę od zawsze oboje wiedzieli, kiedy jest czas na co.
Nie stronili od wymiany czułości. Bywało wobec siebie ciepli równie często, co po prostu żarliwi. Całkiem często zdarzało się, że mieli trudności w trzymaniu rąk przy sobie. Wymykali się, żeby skraść sobie kilkanaście minut albo ulegali porywom chwili w inny sposób.
Nie sądził, żeby to zmieniło się przez te miesiące rozłąki. Nie, skoro już wielokrotnie udowodnili sobie, że pod tym względem wciąż jest tak samo. Czy to podczas pobytu w Piaskownicy, czy to później w Londynie, czy też pod wpływem tamtej niechlubnej porywczości wtedy w maju, gdy zdecydowanie ze sobą nie byli. Zawsze ich ku sobie ciągnęło. Nieważne, ile lat mieli czy ile przeżyli.
Tyle tylko, że nie potrzebowali udowadniać tego sobie w każdym możliwym momencie. Szczególnie nie wtedy, kiedy oboje byli pewni, że nie muszą tego robić. Jemu nic się nie stało. Nie doznał żadnej traumatycznej wizji. A Geraldine zdecydowanie zdawała sobie sprawę z tego, że nie potrzebował być teraz pocieszany. Mogli nie mieć jeszcze okazji rozmawiać o wpływie widmowidzenia na jego i ich życie, ale doskonale znali się pod wszystkimi innymi kątami.
Potrzebował chwili na przemyślenie tego, co widział i tego jednego krótkiego uścisku. Odrobiny ciepła, znajomego zapachu wypierającego z nozdrzy woń skóry, gumy i wody kolońskiej, której nadal nie potrafił przypisać do niczego ani nikogo konkretnego. Zresztą nawet nie próbował.
Nie wymagał, nie oczekiwał, nie było mu konieczne nic więcej. Nie teraz, gdy Romulus i Prudence z dużym prawdopodobieństwem tkwili w jakimś bagnie. Czy to dosłownym, czy też metaforycznym. Nie mógł tego wiedzieć, bo pierścionek ukazał mu tylko to, co stało się do momentu, kiedy ich towarzysze rozpłynęli się w powietrzu. Nie to, co było po tym, gdy wyparowali.
Tego musieli się dowiedzieć. Najlepiej jak najszybciej. Nie powinni marnować czasu, szczególnie że wszyscy wiedzieli, że raczej nie dysponują nim w jakimś szerokim zakresie. Zbliżał się wieczór, później miała nadejść noc. Jasne, zaginiona dwójka mogła wrócić w każdej chwili, ale lepiej było sprawdzić wszystkie ślady.
Zresztą chyba wszyscy z nich w jakimś zakresie nie darowaliby sobie do końca, gdyby zupełnie nic nie zrobili. Mimo wszystko, to byli ich ludzie. Nawet jeśli Ambroisa zdecydowanie zaintrygował, może nawet nieco zaskoczył komentarz Benjy'ego dotyczący rzekomej schadzki Pottera i Bletchley. Raczej wydawało mu się, że przyjaciel potrafił wyczuwać ludzi. Obaj mieli też dosyć jasny ogląd na przeszłość, więc i to, co działo się jeszcze w czasach Hogwartu.
Już wtedy Romulus wykazywał ciągoty do męczenia Prudence swoimi zagrywkami, które raczej średnio dało się uznać za zaloty, nawet te końskie. Natomiast Prue nie lubiła go już praktycznie od pierwszej chwili. Z jej strony to była skrajna, wyjątkowo mocna antypatia od pierwszego wejrzenia. Nie, schadzki zdecydowanie nie wchodziły w grę.
- Możemy trzymać się jednej - stwierdził po kilku sekundach, przez ten cały czas kątem oka przypatrując się postawie Fenwicka. - Tej rzeczywistej - skwitował bez odrobiny skrupułów ani zawahania.
To nie było moment na przesadne kluczenie wokół odczuć a to on doświadczył tamtej chwili na własnej skórze. Oczywiście, że był pewien wydawanej opinii. Tyle tylko, że pozostali tu obecni niekoniecznie musieli zdawać sobie z tego sprawę. Prawdopodobnie powinien być bardziej szczegółowy, dodać coś do tego, co rzeczywiście nadałoby głębsze znaczenie wydawanemu przez niego osądowi.
- Takim wizjom towarzyszą odczucia. W tym wypadku należały do Prudence. Nie czuła wobec niego nic prócz frustracji i zniecierpliwienia - dopowiedział, nie zamierzając wdawać się w zbyt dogłębne nazywanie tych emocji.
Najważniejsze, że przeważały głównie takie, które można było wtłoczyć w ramy tych dwóch określeń. Co zaś tyczyło się kolejnego pytania, Ambroise mógł wyłącznie pokręcić głową i wzruszyć ramionami. Co prawda przymknął przy tym oczy, próbując przypomnieć sobie coś więcej, ale bez skutku. Nie miał zielonego pojęcia, czemu ci dwoje trafili na świstoklik ani co ten mógł robić na ganku wyjątkowo zabezpieczonego domu.
- Nie wiem. Gazeta była tutaj na długo przed tym jak oboje zjawili się na werandzie. Zdążyła zawilgotnieć, prawdopodobnie od porannej mgły - a więc leżała w tym miejscu od świtu, jeśli nie wcześniej. - To chyba było dzisiejsze wydanie - a przynajmniej miało dzisiejszą datę, którą przelotnie dostrzegł zanim wszystko rozpłynęło się w powietrzu.
Mieli naprawdę mało informacji. A on potrzebował jeszcze trochę czasu, żeby poukładać sobie to, co widział w tej chaotycznej, szarpanej wizji, zanim ci dwoje zniknęli. Jednakże zdecydowanie nie zamierzał tego robić na siedząco. Mówił o braku czarowania, nie o spędzaniu kolejnych pięciu minut na ławce.
Zresztą kto jak kto, ale Geraldine wiedziała, że rzadko kiedy odpoczywał w bezruchu. Oczywiście, że kiwnął głową, po czym wstał z miejsca, ruszając za pozostałymi. Może jeszcze nie wyciągnął różdżki, ale zdecydowanie wypatrywał wszelkich znaków tego, co mogło dać im nieco większy obraz sytuacji.
Percepcja (II) - również na ślady, tropy, itd.
A przynajmniej własne tak starał się twierdzić. Jasne, wewnątrz nadal był rozedrgany w ten specyficzny sposób. W dalszym ciągu był zmęczony. Widmowidzenie nadwyrężało organizm, szczególnie wszelkie struktury poznawcze. Wywoływało ból z tyłu oczu, który często niósł za sobą coś w rodzaju migreny. Ciało stawało się cięższe i zarazem lżejsze: członki były jednocześnie niczym z kamienia i z waty.
Teoretycznie mógłby teraz wstać z ławki. W końcu podczas całej sesji transu utrzymał się na nogach. Stał w miejscu i nie wydawało mu się, żeby w którymś momencie chociaż trochę się wygiął. Raczej przypominał sztywny słup soli, co także nie zawsze było dobre, bowiem w przypadku dłuższych widmowidzeń przekładało się na ból dolnej części ciała.
Tym razem wizja była stosunkowo krótka. Nie trwała długo. Nie była wypełniona cierpieniem, strachem i umieraniem. Raczej wręcz przeciwnie. Przez większość czasu, jakie Roise spędził pod postacią Prue, dziewczyna czuła się całkiem przyjemnie. Była podekscytowana, dosyć szczęśliwa z powodu robienia tych swoich nieoczekiwanych, trochę buntowniczych planów.
Nie były to dla niego wyjątkowo niemiłe doznania. A to zdarzało się raczej rzadko, ponieważ większość ciężaru przeszłości była... ...no, właśnie tym: ciężarem. Prawdopodobnie dzięki nieoczekiwanej lekkości doznań Bletchley, Greengrass nie czuł się tak, jakby potrzebował przesadnie dużo czasu na dojście do siebie. Tym bardziej, że poniekąd już był sobą. Wrócił, tylko bardziej zamyślony. Nie czuł konieczności obchodzenia się ze sobą jak z jajkiem...
...i był cholernie wdzięczny za to, że takowego z niego nie robiono. Ale przecież mógł być tego pewien. Być może zaliczył półtoraroczną przerwę ze swoją ukochaną, jednak pod tym względem zawsze dogadywali się praktycznie bez słów. To była nieodzowna część ich więzi. Teraz już nieco lepiej wiedział, z czego to wynikało, jednak tak naprawdę od zawsze oboje wiedzieli, kiedy jest czas na co.
Nie stronili od wymiany czułości. Bywało wobec siebie ciepli równie często, co po prostu żarliwi. Całkiem często zdarzało się, że mieli trudności w trzymaniu rąk przy sobie. Wymykali się, żeby skraść sobie kilkanaście minut albo ulegali porywom chwili w inny sposób.
Nie sądził, żeby to zmieniło się przez te miesiące rozłąki. Nie, skoro już wielokrotnie udowodnili sobie, że pod tym względem wciąż jest tak samo. Czy to podczas pobytu w Piaskownicy, czy to później w Londynie, czy też pod wpływem tamtej niechlubnej porywczości wtedy w maju, gdy zdecydowanie ze sobą nie byli. Zawsze ich ku sobie ciągnęło. Nieważne, ile lat mieli czy ile przeżyli.
Tyle tylko, że nie potrzebowali udowadniać tego sobie w każdym możliwym momencie. Szczególnie nie wtedy, kiedy oboje byli pewni, że nie muszą tego robić. Jemu nic się nie stało. Nie doznał żadnej traumatycznej wizji. A Geraldine zdecydowanie zdawała sobie sprawę z tego, że nie potrzebował być teraz pocieszany. Mogli nie mieć jeszcze okazji rozmawiać o wpływie widmowidzenia na jego i ich życie, ale doskonale znali się pod wszystkimi innymi kątami.
Potrzebował chwili na przemyślenie tego, co widział i tego jednego krótkiego uścisku. Odrobiny ciepła, znajomego zapachu wypierającego z nozdrzy woń skóry, gumy i wody kolońskiej, której nadal nie potrafił przypisać do niczego ani nikogo konkretnego. Zresztą nawet nie próbował.
Nie wymagał, nie oczekiwał, nie było mu konieczne nic więcej. Nie teraz, gdy Romulus i Prudence z dużym prawdopodobieństwem tkwili w jakimś bagnie. Czy to dosłownym, czy też metaforycznym. Nie mógł tego wiedzieć, bo pierścionek ukazał mu tylko to, co stało się do momentu, kiedy ich towarzysze rozpłynęli się w powietrzu. Nie to, co było po tym, gdy wyparowali.
Tego musieli się dowiedzieć. Najlepiej jak najszybciej. Nie powinni marnować czasu, szczególnie że wszyscy wiedzieli, że raczej nie dysponują nim w jakimś szerokim zakresie. Zbliżał się wieczór, później miała nadejść noc. Jasne, zaginiona dwójka mogła wrócić w każdej chwili, ale lepiej było sprawdzić wszystkie ślady.
Zresztą chyba wszyscy z nich w jakimś zakresie nie darowaliby sobie do końca, gdyby zupełnie nic nie zrobili. Mimo wszystko, to byli ich ludzie. Nawet jeśli Ambroisa zdecydowanie zaintrygował, może nawet nieco zaskoczył komentarz Benjy'ego dotyczący rzekomej schadzki Pottera i Bletchley. Raczej wydawało mu się, że przyjaciel potrafił wyczuwać ludzi. Obaj mieli też dosyć jasny ogląd na przeszłość, więc i to, co działo się jeszcze w czasach Hogwartu.
Już wtedy Romulus wykazywał ciągoty do męczenia Prudence swoimi zagrywkami, które raczej średnio dało się uznać za zaloty, nawet te końskie. Natomiast Prue nie lubiła go już praktycznie od pierwszej chwili. Z jej strony to była skrajna, wyjątkowo mocna antypatia od pierwszego wejrzenia. Nie, schadzki zdecydowanie nie wchodziły w grę.
- Możemy trzymać się jednej - stwierdził po kilku sekundach, przez ten cały czas kątem oka przypatrując się postawie Fenwicka. - Tej rzeczywistej - skwitował bez odrobiny skrupułów ani zawahania.
To nie było moment na przesadne kluczenie wokół odczuć a to on doświadczył tamtej chwili na własnej skórze. Oczywiście, że był pewien wydawanej opinii. Tyle tylko, że pozostali tu obecni niekoniecznie musieli zdawać sobie z tego sprawę. Prawdopodobnie powinien być bardziej szczegółowy, dodać coś do tego, co rzeczywiście nadałoby głębsze znaczenie wydawanemu przez niego osądowi.
- Takim wizjom towarzyszą odczucia. W tym wypadku należały do Prudence. Nie czuła wobec niego nic prócz frustracji i zniecierpliwienia - dopowiedział, nie zamierzając wdawać się w zbyt dogłębne nazywanie tych emocji.
Najważniejsze, że przeważały głównie takie, które można było wtłoczyć w ramy tych dwóch określeń. Co zaś tyczyło się kolejnego pytania, Ambroise mógł wyłącznie pokręcić głową i wzruszyć ramionami. Co prawda przymknął przy tym oczy, próbując przypomnieć sobie coś więcej, ale bez skutku. Nie miał zielonego pojęcia, czemu ci dwoje trafili na świstoklik ani co ten mógł robić na ganku wyjątkowo zabezpieczonego domu.
- Nie wiem. Gazeta była tutaj na długo przed tym jak oboje zjawili się na werandzie. Zdążyła zawilgotnieć, prawdopodobnie od porannej mgły - a więc leżała w tym miejscu od świtu, jeśli nie wcześniej. - To chyba było dzisiejsze wydanie - a przynajmniej miało dzisiejszą datę, którą przelotnie dostrzegł zanim wszystko rozpłynęło się w powietrzu.
Mieli naprawdę mało informacji. A on potrzebował jeszcze trochę czasu, żeby poukładać sobie to, co widział w tej chaotycznej, szarpanej wizji, zanim ci dwoje zniknęli. Jednakże zdecydowanie nie zamierzał tego robić na siedząco. Mówił o braku czarowania, nie o spędzaniu kolejnych pięciu minut na ławce.
Zresztą kto jak kto, ale Geraldine wiedziała, że rzadko kiedy odpoczywał w bezruchu. Oczywiście, że kiwnął głową, po czym wstał z miejsca, ruszając za pozostałymi. Może jeszcze nie wyciągnął różdżki, ale zdecydowanie wypatrywał wszelkich znaków tego, co mogło dać im nieco większy obraz sytuacji.
Percepcja (II) - również na ślady, tropy, itd.
Rzut N 1d100 - 95
Sukces!
Sukces!
Rzut N 1d100 - 35
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down