24.05.2025, 19:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.05.2025, 01:00 przez Hannibal Selwyn.)
Zniósł oględziny ze stoickim spokojem. Poza oparzeniami i lekko obitym od upadku barkiem był cały i był tego raczej pewien, ale co szkodziło sprawdzić.
Złapał palcami za brzegi pozostałości koszuli.
- Mam się rozebrać, pani doktor? - zapytał z flirciarskim uśmiechem, nie pasującym do sytuacji, ale z pewnością oznaczającym, że Hannibal odzyskuje rezon. Widział powagę, wręcz zmartwienie na jej twarzy. Nie dziwił się jej, sam wiedział, że mało brakowało, a mógłby skończyć w jeszcze gorszym stanie. Gdyby ten - prawdopodobnie niepoczytalny w tamtej chwili - czarodziej trafił zaklęciem w jego głowę albo włożył w nie więcej mocy, gdyby ktoś szukający okazji do rabunku lub po prostu skrzywdzenia kogoś znalazł go pierwszy, gdyby wreszcie Hannibal nie był młody i sprawny na tyle, żeby ogień jedynie go powierzchownie poparzył i powalił. Jednak myślał sobie, że może dobrze by im obojgu zrobiło rozładowanie odrobiny napięcia, nawet, jeżeli miałoby to się stać za pomocą żarcików na pograniczu stosowności.
- Czyli nie pracujesz w Mungu? Jesteś… hm, ratownikiem?... - zapytał, starając się podtrzymać rozmowę i być może zdobyć informacje pozwalające jakoś podziękować swojej wybawicielce. Może wyśle jej kwiaty, później, kiedy to wszystko się już uspokoi?...
Uwolniony od zabiegów uzdrowicielki, dźwignął się na nogi - szczęśliwie już bez większych problemów - i otrzepał spodnie. Bez sensu, bo i tak wszystko było w popiele, który zaczął się już przyklejać do posmarowanej maścią klatki piersiowej. Gdy stanął przed nią, okazało się, że właściwie są tego samego wzrostu i Hannibal poczuł przebłysk wdzięczności za obecną mugolską modę, zachęcającą mężczyzn do noszenia butów na grubych podeszwach, które dawały dodatkowe - cenne niekiedy - centymetry.
Reakcja kobiety na propozycję połączenia sił, choć w pełni kontrolowana i profesjonalna, nie uszła uwadze Hannibala. Prawdę mówiąc, nigdy nie czuł się bohaterem i wcale nie ciągnęło go do ratowania świata, szczególnie, kiedy w trakcie tego ratowania można było oberwać, ale… po pierwsze w pamięci stanęły mu te wszystkie dyskusje z podobnie myślącymi kolegami, Mugolami - na temat równości białych, czarnych, homoseksualistów. Z Elektrą - że magia, czy nie magia, na koniec dnia wszyscy jesteśmy ludźmi. Alice, zgadzająca się z nim, że przemoc nie jest rozwiązaniem, że problemy powinno się rozwiązywać dyskusją. Nawet Baldwin, z właściwym sobie zblazowaniem oznajmiający, że ”On tam by się w szlamie nie taplał, ale jak ktoś ma na to ochotę, to co mu do tego?”
Czy to co się właśnie działo, to nie była okazja, żeby stanąć za swoimi słowami, za wyrażanymi wielokrotnie (czasami ku rozpaczy rodziny) poglądami? Czy równość i tolerancja nie powinny zaczynać się na własnym podwórku?
Czy nie byłoby dobrze dołożyć do ważących się najwyraźniej właśnie teraz losów czarodziejskiej społeczności swojej cegiełki, po tej słusznej stronie?
Po drugie, Guinevere patrzyła na niego tymi dziwnymi, niemal kocimi oczami. Pełnymi nieśmiałej nadziei, jak Lucyfer na widok ludzkiej puszki z tuńczykiem.
Hannibal wyprostował się na całą swoją (niezbyt imponującą w porównaniu z Ginny) wysokość i wzruszył nonszalancko ramionami.
- Przynajmniej tyle mogę zrobić, żeby ci się odwdzięczyć za ratunek. Poza tym, jaki byłby ze mnie gentleman, gdybym wypuścił kobietę samą w taki wieczór?
// Odgrywam: Kokieteria, Wysoka stawka - Hanni decyduje się ryzykować obicie paszczy po części po to, żeby zaimponować Guinevere
Złapał palcami za brzegi pozostałości koszuli.
- Mam się rozebrać, pani doktor? - zapytał z flirciarskim uśmiechem, nie pasującym do sytuacji, ale z pewnością oznaczającym, że Hannibal odzyskuje rezon. Widział powagę, wręcz zmartwienie na jej twarzy. Nie dziwił się jej, sam wiedział, że mało brakowało, a mógłby skończyć w jeszcze gorszym stanie. Gdyby ten - prawdopodobnie niepoczytalny w tamtej chwili - czarodziej trafił zaklęciem w jego głowę albo włożył w nie więcej mocy, gdyby ktoś szukający okazji do rabunku lub po prostu skrzywdzenia kogoś znalazł go pierwszy, gdyby wreszcie Hannibal nie był młody i sprawny na tyle, żeby ogień jedynie go powierzchownie poparzył i powalił. Jednak myślał sobie, że może dobrze by im obojgu zrobiło rozładowanie odrobiny napięcia, nawet, jeżeli miałoby to się stać za pomocą żarcików na pograniczu stosowności.
- Czyli nie pracujesz w Mungu? Jesteś… hm, ratownikiem?... - zapytał, starając się podtrzymać rozmowę i być może zdobyć informacje pozwalające jakoś podziękować swojej wybawicielce. Może wyśle jej kwiaty, później, kiedy to wszystko się już uspokoi?...
Uwolniony od zabiegów uzdrowicielki, dźwignął się na nogi - szczęśliwie już bez większych problemów - i otrzepał spodnie. Bez sensu, bo i tak wszystko było w popiele, który zaczął się już przyklejać do posmarowanej maścią klatki piersiowej. Gdy stanął przed nią, okazało się, że właściwie są tego samego wzrostu i Hannibal poczuł przebłysk wdzięczności za obecną mugolską modę, zachęcającą mężczyzn do noszenia butów na grubych podeszwach, które dawały dodatkowe - cenne niekiedy - centymetry.
Reakcja kobiety na propozycję połączenia sił, choć w pełni kontrolowana i profesjonalna, nie uszła uwadze Hannibala. Prawdę mówiąc, nigdy nie czuł się bohaterem i wcale nie ciągnęło go do ratowania świata, szczególnie, kiedy w trakcie tego ratowania można było oberwać, ale… po pierwsze w pamięci stanęły mu te wszystkie dyskusje z podobnie myślącymi kolegami, Mugolami - na temat równości białych, czarnych, homoseksualistów. Z Elektrą - że magia, czy nie magia, na koniec dnia wszyscy jesteśmy ludźmi. Alice, zgadzająca się z nim, że przemoc nie jest rozwiązaniem, że problemy powinno się rozwiązywać dyskusją. Nawet Baldwin, z właściwym sobie zblazowaniem oznajmiający, że ”On tam by się w szlamie nie taplał, ale jak ktoś ma na to ochotę, to co mu do tego?”
Czy to co się właśnie działo, to nie była okazja, żeby stanąć za swoimi słowami, za wyrażanymi wielokrotnie (czasami ku rozpaczy rodziny) poglądami? Czy równość i tolerancja nie powinny zaczynać się na własnym podwórku?
Czy nie byłoby dobrze dołożyć do ważących się najwyraźniej właśnie teraz losów czarodziejskiej społeczności swojej cegiełki, po tej słusznej stronie?
Po drugie, Guinevere patrzyła na niego tymi dziwnymi, niemal kocimi oczami. Pełnymi nieśmiałej nadziei, jak Lucyfer na widok ludzkiej puszki z tuńczykiem.
Hannibal wyprostował się na całą swoją (niezbyt imponującą w porównaniu z Ginny) wysokość i wzruszył nonszalancko ramionami.
- Przynajmniej tyle mogę zrobić, żeby ci się odwdzięczyć za ratunek. Poza tym, jaki byłby ze mnie gentleman, gdybym wypuścił kobietę samą w taki wieczór?
// Odgrywam: Kokieteria, Wysoka stawka - Hanni decyduje się ryzykować obicie paszczy po części po to, żeby zaimponować Guinevere