24.05.2025, 22:53 ✶
Bletchley odkaszlnął, starając się wypluć pył i popiół, ale miał wrażenie, że jego płuca już dawno zostały wypchane sadzą. Ulice magicznej dzielnicy Londynu nie przypominały niczego, co znał przez te wszystkie dekady służby. Spalone fasady sklepów jęczały, gdy ogień wżerał się w belki, a powietrze było gęste jak smoła.
Powinien był wtedy wrócić. Powinien uciec, zabrać dziewczyny, znaleźć Hestię, teleportować się w bezpieczne miejsce, jebać to wszystko na chrześcijańskie amen. Od zmierzchu szukał córki, błądząc między dymem a wrzaskami, tylko po to, aby w końcu teleportować się w sam środek gęstej, gryzącej chmury, spotkać Brennę, a potem natknąć się na Shafiqa i zamiast rzucić to wszystko w cholerę — uciec, odciąć, wyrwać się z tego bagna — coraz bardziej czuł, że to on był jebany.
I jeszcze była kwestia tego pierdolonego dymu i szmeru sączącego się z niego.
Szurał, pełzał, syczał. Śledził go Czarny pył. Miał smak, ciężar, wolę. Gryzł w oczy jak żrąca ciecz, drapał gardło ostrymi pazurami sadzy. Ktoś przeciągał paznokciem po czaszce od środka.
Powietrze oskarżyło go samo z siebie. Nie był szalony! Nie wymyślił sobie szeptów i nie był kolejnym czarodziejem, który nie potrafił rozróżnić koszmaru od jawy. Więc dlaczego nie mógł się ruszyć?
Zbierz ocalałych. Zabezpiecz teren. Ustal przyczynę. Żadna z tych zasad nie miała już zastosowania, kiedy stare kości oraz mięśnie stały w miejscu. Oddziałowe odruchy zawiodły go tak samo, jak magia od godzin milczała bezradna. Dłonie drżały — nie wiedział, czy miał sięgnąć po różdżkę, czy papierosa. Coś w nim szarpało się jeszcze, żeby działać według znanych wzorców, ale z każdą minutą bardziej stawał się częścią tej cholernej martwoty.
Najwyraźniej ten ,,skurwiały lord Voldemort'' nie przepadał chyba za takimi jak Julek, prawda? Czy był na samym dole hierarchii? Niekoniecznie, mimo że mężczyzna nigdy nie pretendował do tytułu ulubieńca czarnoksięskiej arystokracji. Był odrobinę czysty na szlamę, ale z pewnością zbyt skażony żeby dorównać czystokrwistym. Granica dzielnic, nazwisk i krwi. Mięso armatnie z ładnie wypełnionym kwestionariuszem aurorskim.
Ano więc stał tak sobie, nie będący w stanie zarejestrować tego, co się działo wokół: żaru liżącego mu czerwony od farby kark, dymu drażniącego oczy. Wystarczyłoby jedno spojrzenie w górę, aby zrozumieć, że konstrukcja była o włos od runięcia w dół. Belki były nadpalone i ogień sięgnął w głąb drewnianych szczelin. Ktoś obok krzyknął ostrzegawczo, ale auror nawet nie drgnął. Coś (a raczej ktoś mu znany od upicia mu córki!) natomiast najwyraźniej postanowiło, że jeszcze nie dzisiaj, skurwysynu, szarpnęło, a zgodnie z nieubłaganą zasadą Newtona, że co w górę, to w końcu w dół, osiemdziesiąt kilogramów sparaliżowanego ciała poszybowało z impetem prosto na młodą brygadzistkę.
!Strach przed imieniem
Powinien był wtedy wrócić. Powinien uciec, zabrać dziewczyny, znaleźć Hestię, teleportować się w bezpieczne miejsce, jebać to wszystko na chrześcijańskie amen. Od zmierzchu szukał córki, błądząc między dymem a wrzaskami, tylko po to, aby w końcu teleportować się w sam środek gęstej, gryzącej chmury, spotkać Brennę, a potem natknąć się na Shafiqa i zamiast rzucić to wszystko w cholerę — uciec, odciąć, wyrwać się z tego bagna — coraz bardziej czuł, że to on był jebany.
I jeszcze była kwestia tego pierdolonego dymu i szmeru sączącego się z niego.
ZZZZDRRRRRRRRRRRRAJCY… ZZZZDRRRRRRRRRRRRAJCY…
Szurał, pełzał, syczał. Śledził go Czarny pył. Miał smak, ciężar, wolę. Gryzł w oczy jak żrąca ciecz, drapał gardło ostrymi pazurami sadzy. Ktoś przeciągał paznokciem po czaszce od środka.
SZLAAAAAAAAMY... SZLAAAAAAAA…
Powietrze oskarżyło go samo z siebie. Nie był szalony! Nie wymyślił sobie szeptów i nie był kolejnym czarodziejem, który nie potrafił rozróżnić koszmaru od jawy. Więc dlaczego nie mógł się ruszyć?
Zbierz ocalałych. Zabezpiecz teren. Ustal przyczynę. Żadna z tych zasad nie miała już zastosowania, kiedy stare kości oraz mięśnie stały w miejscu. Oddziałowe odruchy zawiodły go tak samo, jak magia od godzin milczała bezradna. Dłonie drżały — nie wiedział, czy miał sięgnąć po różdżkę, czy papierosa. Coś w nim szarpało się jeszcze, żeby działać według znanych wzorców, ale z każdą minutą bardziej stawał się częścią tej cholernej martwoty.
SZLAAAAAAAAMY…
SZLAAAAAAMY…
BÓJCIE SIĘ JEGO IMIENIA…
SZLAAAAAAMY…
BÓJCIE SIĘ JEGO IMIENIA…
Najwyraźniej ten ,,skurwiały lord Voldemort'' nie przepadał chyba za takimi jak Julek, prawda? Czy był na samym dole hierarchii? Niekoniecznie, mimo że mężczyzna nigdy nie pretendował do tytułu ulubieńca czarnoksięskiej arystokracji. Był odrobinę czysty na szlamę, ale z pewnością zbyt skażony żeby dorównać czystokrwistym. Granica dzielnic, nazwisk i krwi. Mięso armatnie z ładnie wypełnionym kwestionariuszem aurorskim.
Ano więc stał tak sobie, nie będący w stanie zarejestrować tego, co się działo wokół: żaru liżącego mu czerwony od farby kark, dymu drażniącego oczy. Wystarczyłoby jedno spojrzenie w górę, aby zrozumieć, że konstrukcja była o włos od runięcia w dół. Belki były nadpalone i ogień sięgnął w głąb drewnianych szczelin. Ktoś obok krzyknął ostrzegawczo, ale auror nawet nie drgnął. Coś (a raczej ktoś mu znany od upicia mu córki!) natomiast najwyraźniej postanowiło, że jeszcze nie dzisiaj, skurwysynu, szarpnęło, a zgodnie z nieubłaganą zasadą Newtona, że co w górę, to w końcu w dół, osiemdziesiąt kilogramów sparaliżowanego ciała poszybowało z impetem prosto na młodą brygadzistkę.
!Strach przed imieniem