24.05.2025, 22:00 ✶
Wiedziała, że powinna odwiedzić Munga. Ale wiedziała też, że klinika będzie przepełniona, a ci, którym groziła śmierć i kalectwo mieli pierwszeństwo. I poza tym zwyczajnie nie miała czasu – wpadła tutaj sprawdzić, czy Cedric miał jakieś zapasy, by zabrać je ze sobą na zebranie oraz dać się jako tako opatrzeć, ale nie mogła spędzić u Lupina więcej niż kwadrans. Nawet jeżeli wydawało się, że płomienie już nie szalały w całym Londynie, miasto leżało teraz w gruzach. Myśli Brenny uciekały do tych, co do których nie była pewna, czy żyją – i do kolejnych godzin, które wypełnią szaleńcze próby udzielania pomocy rannym, szukania bliskich, ratowania dobytku.
– Na razie to tylko załatwmy to tak polowo, dobrze? Ogarnij tę rękę i tyle. Żebym dała radę dotrzeć… – urwała, bo nie zauważyła wcześniej, że ktoś był obok, więc teraz, gdy to zauważyła, postanowiła nie wspominać, że celem była klubokawiarnia, i zniżyła głos, kolejne słowa wypowiadając tak, by na pewno tylko on ją usłyszał. – Po prostu jeszcze podziałać. Jeśli masz jakieś wolne eliksiry, to pewnie się przydadzą, dziewczyny pracują jak szalone, ale… – Urwała, nie kończąc, bo Lupin na pewno sam wiedział, o co chodziło. To było za mało: nawet gdyby mieli szwadron alchemików, to byłoby za mało. Bo ofiar było zbyt dużo, tych, które umknęły do klubokawiarni czy antykwariatu, ale też wielu, wielu innych.
Niekoniecznie mugolaków, po prawdzie. Brenna miała wrażenie, że płonęło tego dnia wszystko, że ogień wcale nie rozpoznawał swoich – chociaż na pewno bardzo starał się sięgnąć tych „nieswoich”, i ludzie po prostu szukali w panice dowolnego schronienia.
– Ktoś to opatrzył? Wypiłeś jakiś eliksir, mam nadzieję? – spytała podejrzliwie, wskazując na jego głowę. Lupin opanował fale dużo lepiej niż ona i posługiwał się nimi od dawna, wołała więc do niego już wcześniej – wiedziała, że żył, że pomagał, i że kiedy sytuacja się uspokoiła, zaczął przygotować trochę rzeczy dla potrzebujących i zdecydowała się tu wpaść po szybki opatrunek… ale nie wiedziała nic o tym, że był ranny. – Uzdrowiciel nikomu nie pomoże, jeśli sam jest ranny, czy jakoś tak to szło. Jak to się stało? – zapytała, spoglądając na Cedrica z troską. Miała cholerną nadzieję, że po prostu ucierpiał w wyniku pecha, próbując komuś pomagać, nie że wpadł gdzieś na ulicach na śmierciożerców.
Cegła w głowę.
Tej nocy aż za łatwo dało się taką oberwać.
- Nie widziałam jej - odparła cicho, kręcąc głową. Może powinna się tego wstydzić, ale w tym całym szaleństwie nawet nie pomyślała, aby spróbować sprawdzić konkretnie mieszkanie Vior. - Jest rozsądna i umie się teleportować. Na pewno złapała najcenniejszą biżuterię i znikła, kiedy to się zaczęło - dodała, mając nadzieję, że nie wypowiada fałszywych słów pocieszenia. Viorica nie była mugolaczką, nie była kimś, kto powinien zwrócić uwagę śmierciożerców i nie należała też do tych ludzi, którzy nie dbali o swoje bezpieczeństwo: Brenna naprawdę sądziła, że jej ucieczka z Londynu jest prawdopodobna.
Pytanie brzmiało, czy gdzieś po drodze jubilerka nie miała pecha.
– Na razie to tylko załatwmy to tak polowo, dobrze? Ogarnij tę rękę i tyle. Żebym dała radę dotrzeć… – urwała, bo nie zauważyła wcześniej, że ktoś był obok, więc teraz, gdy to zauważyła, postanowiła nie wspominać, że celem była klubokawiarnia, i zniżyła głos, kolejne słowa wypowiadając tak, by na pewno tylko on ją usłyszał. – Po prostu jeszcze podziałać. Jeśli masz jakieś wolne eliksiry, to pewnie się przydadzą, dziewczyny pracują jak szalone, ale… – Urwała, nie kończąc, bo Lupin na pewno sam wiedział, o co chodziło. To było za mało: nawet gdyby mieli szwadron alchemików, to byłoby za mało. Bo ofiar było zbyt dużo, tych, które umknęły do klubokawiarni czy antykwariatu, ale też wielu, wielu innych.
Niekoniecznie mugolaków, po prawdzie. Brenna miała wrażenie, że płonęło tego dnia wszystko, że ogień wcale nie rozpoznawał swoich – chociaż na pewno bardzo starał się sięgnąć tych „nieswoich”, i ludzie po prostu szukali w panice dowolnego schronienia.
– Ktoś to opatrzył? Wypiłeś jakiś eliksir, mam nadzieję? – spytała podejrzliwie, wskazując na jego głowę. Lupin opanował fale dużo lepiej niż ona i posługiwał się nimi od dawna, wołała więc do niego już wcześniej – wiedziała, że żył, że pomagał, i że kiedy sytuacja się uspokoiła, zaczął przygotować trochę rzeczy dla potrzebujących i zdecydowała się tu wpaść po szybki opatrunek… ale nie wiedziała nic o tym, że był ranny. – Uzdrowiciel nikomu nie pomoże, jeśli sam jest ranny, czy jakoś tak to szło. Jak to się stało? – zapytała, spoglądając na Cedrica z troską. Miała cholerną nadzieję, że po prostu ucierpiał w wyniku pecha, próbując komuś pomagać, nie że wpadł gdzieś na ulicach na śmierciożerców.
Cegła w głowę.
Tej nocy aż za łatwo dało się taką oberwać.
- Nie widziałam jej - odparła cicho, kręcąc głową. Może powinna się tego wstydzić, ale w tym całym szaleństwie nawet nie pomyślała, aby spróbować sprawdzić konkretnie mieszkanie Vior. - Jest rozsądna i umie się teleportować. Na pewno złapała najcenniejszą biżuterię i znikła, kiedy to się zaczęło - dodała, mając nadzieję, że nie wypowiada fałszywych słów pocieszenia. Viorica nie była mugolaczką, nie była kimś, kto powinien zwrócić uwagę śmierciożerców i nie należała też do tych ludzi, którzy nie dbali o swoje bezpieczeństwo: Brenna naprawdę sądziła, że jej ucieczka z Londynu jest prawdopodobna.
Pytanie brzmiało, czy gdzieś po drodze jubilerka nie miała pecha.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.