24.05.2025, 22:51 ✶
Prawdopodobnie ci, którzy za tym stali, celowo rozciągnęli działania, odciągając służby w przeciwne strony. Prawdziwe starcia już toczyły się w kilku punktach jednocześnie. Tyle że żeby to dostrzec, trzeba było znaleźć wzór, dostrzec schemat, złapać sens w splątanej nici wydarzeń. Wydawało się natomiast inaczej — czy coraz częściej nie działał nią tylko chaos?
Julek słuchał jej słów w milczeniu, jednocześnie klęcząc przy resztkach wypalonego znaku na bruku. Niestety, samym wzrokiem nie mógł wydobyć z kamienia prawdę o tym, co tu się wydarzyło. Podejrzewał również, co Brennę rozdzierało. Wyłapał w niej napięcie zrodzone z chęci do działania, ale świat wciąż przecież musiał rzucać kłody pod nogi! Zniecierpliwienie. Frustracja.
— Możliwe — przyznał, zerkając przez ramię w stronę ciemniejącej chmury, która niknęła już za budynkami. Mężczyzna westchnął. — Co ja gadam, pewnie masz rację, nie wiem czego próbuję się doszukiwać. Klątwy rzadko mają tak szeroki promień działania i pewnie rzadko są aż tak niestabilne, prawda? Nie widzę też żadnych śladów po zabezpieczeniach — przesunął dłonią po nierównej powierzchni. Pył osiadły w pęknięciach był świeży, jeszcze nie zdążył nasiąknąć wilgocią z powietrza. Jeśli tu była pułapka, to jednorazowa, aby zrobić hałas i wywołać panikę. — Chodźmy dalej. Jak niczego nie znajdziemy w trzech kolejnych przecznicach, prześlę raport i wrócimy do głównej osi. Może damy radę wesprzeć najbliższe ulice, zależy co znajdziemy.
Auror zatrzymał się przy jednej z bram. Przez moment wpatrywał się w kierunek, z którego bił blask łuny. Jego ręka zadrżała lekko nim ponownie wsunął ją na rękojeść różdżki. Bletchley wiedział, co powinien zrobić — przeszukać tę część Pokątnej, tak jak kazano. Sprawdzić ludzi. Upewnić się, że nie było tu nic, co mogło eksplodować im za plecami. Odwrócił głowę, spojrzał w kierunku dymu jakby go kusił. — Jeśli zauważysz u siebie jakiekolwiek pogarszające się objawy od tej chmury… Duszności, zawroty głowy, rozbiegany puls, mów od razu, dobrze? Nie udawaj, że to tylko zmęczenie – jego wzrok zmiękł, zniknęło z niego napięcie. Julian nie musiał patrzeć na Brennę, żeby wiedzieć, że się zatrzymała tylko na moment. Słyszał tę charakterystyczną pauzę, która dla niego po tylu latach w terenie była jak przecinek między jedną decyzją a drugą. Każdy młody funkcjonariusz miewał takie zawahania. Różnica polegała na tym, że kobieta nie była już świeżakiem. Przynajmniej nie w jego oczach.
Zaufaj procedurom, chciał jej powiedzieć, ale było to łatwiej powiedzieć niż zrobić, gdy serce waliło jak młot, a każdy rozsądny wybór śmierdział zdradą. Bletchley ponownie posłał spojrzenie w kierunku jasnego odcienia nieba. Spojrzał raz jeszcze w stronę nieba rozjaśnionego niepokojącym światłem.
— Gdybyś była moją córką, powiedziałbym ci: nie biegnij za ogniem. Zostań tu — tak działali ojcowie… I aurorzy, jeśli mieli trochę rozsądku. — Jeśli chcesz tam iść… Nie będę cię zatrzymywał. Znasz teren, znasz siebie. Powiem, że to ja ci kazałem zostać w tyle, że miałaś inne rozkazy. Pokryję cię w raporcie, a tę uliczkę sam już zabezpieczę, aby nikt się nie napotoczył — rzucił z zmartwionym uśmiechem.
Julek słuchał jej słów w milczeniu, jednocześnie klęcząc przy resztkach wypalonego znaku na bruku. Niestety, samym wzrokiem nie mógł wydobyć z kamienia prawdę o tym, co tu się wydarzyło. Podejrzewał również, co Brennę rozdzierało. Wyłapał w niej napięcie zrodzone z chęci do działania, ale świat wciąż przecież musiał rzucać kłody pod nogi! Zniecierpliwienie. Frustracja.
— Możliwe — przyznał, zerkając przez ramię w stronę ciemniejącej chmury, która niknęła już za budynkami. Mężczyzna westchnął. — Co ja gadam, pewnie masz rację, nie wiem czego próbuję się doszukiwać. Klątwy rzadko mają tak szeroki promień działania i pewnie rzadko są aż tak niestabilne, prawda? Nie widzę też żadnych śladów po zabezpieczeniach — przesunął dłonią po nierównej powierzchni. Pył osiadły w pęknięciach był świeży, jeszcze nie zdążył nasiąknąć wilgocią z powietrza. Jeśli tu była pułapka, to jednorazowa, aby zrobić hałas i wywołać panikę. — Chodźmy dalej. Jak niczego nie znajdziemy w trzech kolejnych przecznicach, prześlę raport i wrócimy do głównej osi. Może damy radę wesprzeć najbliższe ulice, zależy co znajdziemy.
Auror zatrzymał się przy jednej z bram. Przez moment wpatrywał się w kierunek, z którego bił blask łuny. Jego ręka zadrżała lekko nim ponownie wsunął ją na rękojeść różdżki. Bletchley wiedział, co powinien zrobić — przeszukać tę część Pokątnej, tak jak kazano. Sprawdzić ludzi. Upewnić się, że nie było tu nic, co mogło eksplodować im za plecami. Odwrócił głowę, spojrzał w kierunku dymu jakby go kusił. — Jeśli zauważysz u siebie jakiekolwiek pogarszające się objawy od tej chmury… Duszności, zawroty głowy, rozbiegany puls, mów od razu, dobrze? Nie udawaj, że to tylko zmęczenie – jego wzrok zmiękł, zniknęło z niego napięcie. Julian nie musiał patrzeć na Brennę, żeby wiedzieć, że się zatrzymała tylko na moment. Słyszał tę charakterystyczną pauzę, która dla niego po tylu latach w terenie była jak przecinek między jedną decyzją a drugą. Każdy młody funkcjonariusz miewał takie zawahania. Różnica polegała na tym, że kobieta nie była już świeżakiem. Przynajmniej nie w jego oczach.
Zaufaj procedurom, chciał jej powiedzieć, ale było to łatwiej powiedzieć niż zrobić, gdy serce waliło jak młot, a każdy rozsądny wybór śmierdział zdradą. Bletchley ponownie posłał spojrzenie w kierunku jasnego odcienia nieba. Spojrzał raz jeszcze w stronę nieba rozjaśnionego niepokojącym światłem.
— Gdybyś była moją córką, powiedziałbym ci: nie biegnij za ogniem. Zostań tu — tak działali ojcowie… I aurorzy, jeśli mieli trochę rozsądku. — Jeśli chcesz tam iść… Nie będę cię zatrzymywał. Znasz teren, znasz siebie. Powiem, że to ja ci kazałem zostać w tyle, że miałaś inne rozkazy. Pokryję cię w raporcie, a tę uliczkę sam już zabezpieczę, aby nikt się nie napotoczył — rzucił z zmartwionym uśmiechem.