25.05.2025, 12:37 ✶
Wciąż nie byliśmy naprawdę. Miałem jeżynową krew, słodką krew, krew z soku... Czy to tak właśnie czuły to wampiry?
Ugh. Nie chciałem nawet przez ułamek sekundy utożsamiać się z nimi, ale... jeśli naprawdę odbierały to tak, jak coś miękkiego, ciepłego i lepko-apetycznego, to... Nie. Nie, nie, nie. Nie zamierzam myśleć pozytywnie o krwiopijcach. Nawet o tym, pożal się Matko Natura, wampirycznym bracie Geraldine. I choć był zamknięty, choć trzymano go z dala, to samo jego istnienie wystarczyło, bym chciał spalić całą piwnicę, w której pomieszczeniu mieszkał.
Odrzuciłem myśl. Jak niepotrzebny rekwizyt w sztuce, którą sam reżyseruję. Oddałem się aktorstwu – jedynej rzeczy, którą miałem jeszcze pod kontrolą. A przynajmniej tak mi się wydawało. Bo może to wszystko tylko ślizgało się po powierzchni? Może już dawno powinienem krzyczeć o pomoc? Albo płakać?
Nie wiem. Niczego nie byłem już pewien.
Trochę mnie zemdliło. To uczucie... przeskoku. Mdłe, lepkie. Jakby ktoś przestawił rzeczywistość o jeden bok i zostawił nas pomiędzy. Jakby świat zadrżał, ale nie zdążył się ustabilizować. Było wilgotno. Było duszno. Było cicho. Cisza nie była ciszą. Była czymś. Jakby coś czekało...?
Czy byliśmy w lesie? Może. Czy byliśmy w czymś? Bardziej prawdopodobne. Mogłem przysiąc, że słyszę swój puls. Nie w głowie. Nie w klatce piersiowej. W ziemi. Pod stopami. Jakby ziemia oddychała. Albo coś pod nią.
Zacząłem mieć paranoję. Ale z paranoją było mi do twarzy, czyż nie?
Działo się ze mną coś dziwnego. Z nami coś dziwnego. Coś... czego nie mogłem nazwać. A ja byłem przecież specjalistą od nazywania rzeczy. To było moje narzędzie. Ale to coś wymykało się słowom. I, co gorsza, próbowało się dobrać do mnie od środka...? Od strony mojej głowy. Chciało sprawić bym oszalał, stracił całkowicie zmysły.
Nie chciałem porównywać zapachu mojej krwi do czegoś kuszącego, ale... Nie mogłem go zignorować. Był słodki. Miękki. Jak mleko i miód. Jak... NIE! Skupiłem się na otoczeniu. Na gruncie. Na chrzęstach. Uparcie nie chciałem wpatrywać się w swoje pokaleczone dłonie.
– Jesteśmy w pułapce. Schematy nie pomagają. Brak schematów również – powiedziałem głośno. Sam do siebie? Do Prudence? Do tej rzeczy, która nas może słuchała? Nie miałem pojęcia. Może do drzew? A może drzew tu nie było?
Spojrzałem na nią. Prudence. Moje towarzystwo w tej nienazwanej otchłani. Usłyszałem te dziwne chrzęsty pod jej nogami. Zbliżające się do mnie.
Za szybko.
Zbyt rytmiczne.
Zbyt gwałtowne, by były przypadkiem.
Jakby coś już nas widziało. Już wybrało. Już planowało... Coś było nie tak. Podpowiadał mi to instynkt magipsychiatry. Było za cicho, za spokojnie.
Kątem oka dostrzegłem jej sylwetkę, zbliżającą się z różdżką. Szła na mnie. Zdecydowanie nie miała dobrych zamiarów.
– O nie, tylko nie dzisiaj – mruknąłem pod nosem i spróbowałem się uchylić, zanim jej intencje zdążą nabrać kształtu. Może to był ruch w moją stronę? Może nie? Może coś mi się przywidziało? Ale lepiej żyć z paranoją niż nie żyć wcale, prawda?
I wtedy coś do mnie dotarło. To miejsce nie miało kierunku. Nie miało podłogi. Ani sufitu. Nie miało czasu. Ani dnia, ani nocy.
Było jak czyjeś gardło. Jakbyśmy weszli do wnętrza stworzenia, które jeszcze nie zdecydowało, czy nas strawi, czy tylko obejrzy.
Jeśli jeszcze mogłem, postanowiłem dodać:
– On nas chyba zjadł... – Co miało zabrzmieć naprawdę abstrakcyjnie. Chociaż... nigdy przecież nie miałem okazji zostać zjedzonym. Nie wiedziałem, jakie to uczucie. Od tego specjalistą już nie byłem.
| Rzucam na AF, by się uchylić przed atakiem Pru
Ugh. Nie chciałem nawet przez ułamek sekundy utożsamiać się z nimi, ale... jeśli naprawdę odbierały to tak, jak coś miękkiego, ciepłego i lepko-apetycznego, to... Nie. Nie, nie, nie. Nie zamierzam myśleć pozytywnie o krwiopijcach. Nawet o tym, pożal się Matko Natura, wampirycznym bracie Geraldine. I choć był zamknięty, choć trzymano go z dala, to samo jego istnienie wystarczyło, bym chciał spalić całą piwnicę, w której pomieszczeniu mieszkał.
Odrzuciłem myśl. Jak niepotrzebny rekwizyt w sztuce, którą sam reżyseruję. Oddałem się aktorstwu – jedynej rzeczy, którą miałem jeszcze pod kontrolą. A przynajmniej tak mi się wydawało. Bo może to wszystko tylko ślizgało się po powierzchni? Może już dawno powinienem krzyczeć o pomoc? Albo płakać?
Nie wiem. Niczego nie byłem już pewien.
Trochę mnie zemdliło. To uczucie... przeskoku. Mdłe, lepkie. Jakby ktoś przestawił rzeczywistość o jeden bok i zostawił nas pomiędzy. Jakby świat zadrżał, ale nie zdążył się ustabilizować. Było wilgotno. Było duszno. Było cicho. Cisza nie była ciszą. Była czymś. Jakby coś czekało...?
Czy byliśmy w lesie? Może. Czy byliśmy w czymś? Bardziej prawdopodobne. Mogłem przysiąc, że słyszę swój puls. Nie w głowie. Nie w klatce piersiowej. W ziemi. Pod stopami. Jakby ziemia oddychała. Albo coś pod nią.
Zacząłem mieć paranoję. Ale z paranoją było mi do twarzy, czyż nie?
Działo się ze mną coś dziwnego. Z nami coś dziwnego. Coś... czego nie mogłem nazwać. A ja byłem przecież specjalistą od nazywania rzeczy. To było moje narzędzie. Ale to coś wymykało się słowom. I, co gorsza, próbowało się dobrać do mnie od środka...? Od strony mojej głowy. Chciało sprawić bym oszalał, stracił całkowicie zmysły.
Nie chciałem porównywać zapachu mojej krwi do czegoś kuszącego, ale... Nie mogłem go zignorować. Był słodki. Miękki. Jak mleko i miód. Jak... NIE! Skupiłem się na otoczeniu. Na gruncie. Na chrzęstach. Uparcie nie chciałem wpatrywać się w swoje pokaleczone dłonie.
– Jesteśmy w pułapce. Schematy nie pomagają. Brak schematów również – powiedziałem głośno. Sam do siebie? Do Prudence? Do tej rzeczy, która nas może słuchała? Nie miałem pojęcia. Może do drzew? A może drzew tu nie było?
Spojrzałem na nią. Prudence. Moje towarzystwo w tej nienazwanej otchłani. Usłyszałem te dziwne chrzęsty pod jej nogami. Zbliżające się do mnie.
Za szybko.
Zbyt rytmiczne.
Zbyt gwałtowne, by były przypadkiem.
Jakby coś już nas widziało. Już wybrało. Już planowało... Coś było nie tak. Podpowiadał mi to instynkt magipsychiatry. Było za cicho, za spokojnie.
Kątem oka dostrzegłem jej sylwetkę, zbliżającą się z różdżką. Szła na mnie. Zdecydowanie nie miała dobrych zamiarów.
– O nie, tylko nie dzisiaj – mruknąłem pod nosem i spróbowałem się uchylić, zanim jej intencje zdążą nabrać kształtu. Może to był ruch w moją stronę? Może nie? Może coś mi się przywidziało? Ale lepiej żyć z paranoją niż nie żyć wcale, prawda?
I wtedy coś do mnie dotarło. To miejsce nie miało kierunku. Nie miało podłogi. Ani sufitu. Nie miało czasu. Ani dnia, ani nocy.
Było jak czyjeś gardło. Jakbyśmy weszli do wnętrza stworzenia, które jeszcze nie zdecydowało, czy nas strawi, czy tylko obejrzy.
Jeśli jeszcze mogłem, postanowiłem dodać:
– On nas chyba zjadł... – Co miało zabrzmieć naprawdę abstrakcyjnie. Chociaż... nigdy przecież nie miałem okazji zostać zjedzonym. Nie wiedziałem, jakie to uczucie. Od tego specjalistą już nie byłem.
| Rzucam na AF, by się uchylić przed atakiem Pru
Rzut N 1d100 - 66
Sukces!
Sukces!
Rzut N 1d100 - 20
Akcja nieudana
Akcja nieudana