25.05.2025, 13:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.05.2025, 13:44 przez Basilius Prewett.)
– Niczego nie przepierdalam! – Skłamał wierząc w to co właśnie mówi. Miało to zabrzmieć poważnie, tak aby nie było najmniejszych wątpliwości, że wiedział jak grać i głupio nie ryzykował. Do jego głosu wkradło się jednak sporo rozbawienia, widząc, że jego przyjaciółka się śmieje. Zaraz jednak spojrzał na nią dokładnie tak, jak każdy zmęczony życiem uzdrowiciel, patrzy na buntującego się pacjenta. – Nie pal – dodał już nieco poważniej, krzywiąc się gdy poczuł dym, nawet jeśli w jego oczach wciąż gościło rozbawienie, które nieskuteczne próbował ukryć.
– Obawiam się, że nikt na razie nie jest w stanie stwierdzić z pełną pewnością kto w tym siedzi, a kto nie – powiedział uśmiechając się do niej pocieszająco. Nieco ironiczne było w tym wszystkim to, że właśnie dowiedział się o drugiej tajnej organizacji, w której też mógł siedzieć każdy.
Millie z rozmazanym makijażem na twarzy, może i wyglądała trochę jak zrozpaczony dementor, który na siłę próbował poprawić sobie humor wizytą u kosmetyczki, ale… Chyba wolał ją taką, niż nie potrafiącą odnaleźć się w nowych ubraniach i fryzurze. – Świetnie. W takim razie proszę cię, starzej się do woli.
Posłał jej kolejny uśmiech. W przeciwieństwie do niej, wierzył że w kolejnym roku, Millie będzie obchodzić swoje kolejne urodziny. I jeszcze kolejne. I kolejne. Bo z ich dwójki to on chyba miał większe prawo gadać, że życie mu ucieka, a skoro tak nie gadał, to ona też nie powinna.
Nie umieraj. Proszę…
Naprawdę, ale to naprawdę nie zamierzał.
Zwłaszcza, że najwyraźniej dostał właśnie bardzo ciekawą propozycję. Uniósł jedną brew do góry, rozważając przez chwilę jej słowa. Zakładał, że za rok, dwa Millie będzie kogoś miała, a on? Sam nie wiedział. Pewnie dalej będzie pracował, a znając swojego pecha, pojawi się w jego życiu znowu ktoś kto doda mu wiele konfundujących myśli i nic więcej. To nie tak że nie chciał sobie kogoś znaleźć, ale też nigdy nie nastawiał się na ślub i rodzinę ciesząc się, że jednak był z bocznej linii rodu, co chociaż trochę ograniczało szanse na aranżowane śluby. I oczywiście była też kwestia ich krwi, która nie zaprzątałaby Basiliusowi głowy, gdyby nie to że kochał rodzinę, a potencjalne wydziedziczenia mogłoby się odbić na jego rodzeństwie, czy też właśnie narzeczonej, ale… Ale dziesięć lat to było dużo. Za dziesięć lat to mogło już nie mieć znaczenia. Za dziesięć lat mógłby woleć być wydziedziczony. Za dziesięć lat głową rodu mogła być Pandora, lub Laurent którzy co najwyżej kazaliby mu pewnie po prostu wziąć nazwisko żony. Jednak pomijając to, była też kwestia jego zdrowia, bo przecież po tym co dzisiaj usłyszał, nie miałby, hah, serca skazywać jej na martwienie się o jego chorobę, jako jego żona, ale dziesięć lat… Był skłonny zgodzić się na ten układ tylko po to, aby zobaczyć jak ich życia ułożą się w ciągu dziesięciu lat. Tak aby mieć jakiś punkt w tym chaosie, do którego się dąży, by potem z uśmiechem, lub nie, patrzeć jak bardzo wszystko się zmieniło w ciągu jednej dekady.
– Dobrze – oznajmił obejmując ją po przyjacielsku ramieniem. – Mogę być twoim narzeczonym, jeśli za dziesięć lat zostaną spełnione określone warunki. Ale oboje gotujemy. I nie obiecuję, że do tego czasu nie trafi mnie szlag i nie będziemy musieli zamieszkać gdzieś gdzie jest spokojniej.
W zdrowiu (hah), chorobie (haha) i najwyraźniej sekretnych klubach do walki ze Śmierciożercami. I czerstwych bułkach. Zawsze czerstwych bułkach.
– No dobrze. A z bliższych czasowo zobowiązań... Co mam właściwie teraz zrobić? By... No. Przypieczętować swoje członkostwo?
– Obawiam się, że nikt na razie nie jest w stanie stwierdzić z pełną pewnością kto w tym siedzi, a kto nie – powiedział uśmiechając się do niej pocieszająco. Nieco ironiczne było w tym wszystkim to, że właśnie dowiedział się o drugiej tajnej organizacji, w której też mógł siedzieć każdy.
Millie z rozmazanym makijażem na twarzy, może i wyglądała trochę jak zrozpaczony dementor, który na siłę próbował poprawić sobie humor wizytą u kosmetyczki, ale… Chyba wolał ją taką, niż nie potrafiącą odnaleźć się w nowych ubraniach i fryzurze. – Świetnie. W takim razie proszę cię, starzej się do woli.
Posłał jej kolejny uśmiech. W przeciwieństwie do niej, wierzył że w kolejnym roku, Millie będzie obchodzić swoje kolejne urodziny. I jeszcze kolejne. I kolejne. Bo z ich dwójki to on chyba miał większe prawo gadać, że życie mu ucieka, a skoro tak nie gadał, to ona też nie powinna.
Nie umieraj. Proszę…
Naprawdę, ale to naprawdę nie zamierzał.
Zwłaszcza, że najwyraźniej dostał właśnie bardzo ciekawą propozycję. Uniósł jedną brew do góry, rozważając przez chwilę jej słowa. Zakładał, że za rok, dwa Millie będzie kogoś miała, a on? Sam nie wiedział. Pewnie dalej będzie pracował, a znając swojego pecha, pojawi się w jego życiu znowu ktoś kto doda mu wiele konfundujących myśli i nic więcej. To nie tak że nie chciał sobie kogoś znaleźć, ale też nigdy nie nastawiał się na ślub i rodzinę ciesząc się, że jednak był z bocznej linii rodu, co chociaż trochę ograniczało szanse na aranżowane śluby. I oczywiście była też kwestia ich krwi, która nie zaprzątałaby Basiliusowi głowy, gdyby nie to że kochał rodzinę, a potencjalne wydziedziczenia mogłoby się odbić na jego rodzeństwie, czy też właśnie narzeczonej, ale… Ale dziesięć lat to było dużo. Za dziesięć lat to mogło już nie mieć znaczenia. Za dziesięć lat mógłby woleć być wydziedziczony. Za dziesięć lat głową rodu mogła być Pandora, lub Laurent którzy co najwyżej kazaliby mu pewnie po prostu wziąć nazwisko żony. Jednak pomijając to, była też kwestia jego zdrowia, bo przecież po tym co dzisiaj usłyszał, nie miałby, hah, serca skazywać jej na martwienie się o jego chorobę, jako jego żona, ale dziesięć lat… Był skłonny zgodzić się na ten układ tylko po to, aby zobaczyć jak ich życia ułożą się w ciągu dziesięciu lat. Tak aby mieć jakiś punkt w tym chaosie, do którego się dąży, by potem z uśmiechem, lub nie, patrzeć jak bardzo wszystko się zmieniło w ciągu jednej dekady.
– Dobrze – oznajmił obejmując ją po przyjacielsku ramieniem. – Mogę być twoim narzeczonym, jeśli za dziesięć lat zostaną spełnione określone warunki. Ale oboje gotujemy. I nie obiecuję, że do tego czasu nie trafi mnie szlag i nie będziemy musieli zamieszkać gdzieś gdzie jest spokojniej.
W zdrowiu (hah), chorobie (haha) i najwyraźniej sekretnych klubach do walki ze Śmierciożercami. I czerstwych bułkach. Zawsze czerstwych bułkach.
– No dobrze. A z bliższych czasowo zobowiązań... Co mam właściwie teraz zrobić? By... No. Przypieczętować swoje członkostwo?