Fakt, nie był to odpowiedni czas i miejsce na taki flirciarski ton, jaki usłyszała od młodego Hannibala, ale i tak uśmiechnęła się do niego ciepło, mrużąc w tym uśmiechu swoje dziwne oczy. Guinevere miała tę… umiejętność, albo raczej po prostu cechę, że gdy się uśmiechała – to robiła to całą sobą; była jak to słońce zamknięte pod postacią człowieka i ciemniejsza skóra odziedziczona po matce nie miała tu nic do rzeczy.
– Tak, poproszę – rzeczywiście sposób w jaki Han się odezwał, w pewien sposób rozładował napięcie. A McGonagall nie była też z gatunku kobiet, które przed takim flirtem uciekają speszone. Zazwyczaj odpowiadała tym samym i choć być może w tym momencie nie dało się tego wyczuć przez ogólne nerwy i zdenerwowanie, to z pewnością nie brzmiała, jakby była niezadowolona, albo zamierzała robić wykład na temat wyczucia chwili.
– Nie – nie pracowała w Mungu. Ale gdy w kwietniu przeprowadziła się do Anglii ze względu na propozycje pracy ze swoim starym zespołem archeologicznym, złożyła w Ministerstwie wszystkie potrzebne papiery – te związane z legalizacją animagii, jak i te związane z działalnością uzdrowicielską, nawet jeśli nie miała swojej oficjalnej prywatnej praktyki, a była zatrudniona, w pewnym sensie, przez osoby prywatne. – Pracuję na wykopaliskach archeologicznych w Walii*, jako archeolog i uzdrowiciel – była klasycznym magimedykiem po studiach uzdrowicielskich, z certyfikatem i w ogóle, ale przy tym wykształcona była z historii magii oraz wróżbiarstwa. Było to połączenie, które pozornie mogło się wydawać do siebie zupełnie nie pasować – a jednak grało i wcale sobie nie przeczyło, chociaż Ginny miała czasami problem w jednym słowie zawrzeć to wszystko, czym się zajmuje i jakie jest jej wykształcenie. – Więc praca w terenie i warunkach polowych to dla mnie coś… normalnego – nie w sterylnych warunkach szpitala, gdzie wszystko było na wyciągnięcie ręki, a ewentualny operowany pacjent był jedyną osobą w niebezpieczeństwie. Zresztą… Nie dalej jak tydzień temu mieli na wykopaliskach wypadek, wybuch, przez który musiała operować kolegę po tym, jak go już pozbierała z miejsca, które przysypywało się ziemią i piaskiem.
Nie chciała Hannibala ciągnąć ze sobą na siłę. Doskonale rozumiała, że to, że ona czuje, że ma jakąś misję do wykonania, nie znaczyło, że mają tak wszyscy napotykani ludzie (a większość z nich była zdecydowanie temu przeciwna). Nie chciała go narażać i wcale nie oczekiwała, że pójdzie wraz z nią w nieznane, w ciemną, wypełnioną strachem i nieznanym noc. Nie znali się długo, ale życzyła mu dobrze: by przetrwał bezpiecznie. Nie była jednak również kimś, kto zakazałby drugiemu człowiekowi tego, że chce nieść dobro i pomoc. Ginevra uważała, że każdy powinien być kowalem swojego losu oraz że każdy, niezależnie od wszystkiego, ma prawo do godnego życia, więc… oto byli. I słowa Hana rzeczywiście robiły wrażenie. Wlewały to ciepło w serce. Nie wiedziała, czy taki po prostu był, czy odnalazł w sobie te siły teraz, przy niej – ale nie miało to większego znaczenia.
– Racja – przytaknęła, wcale nie uważając, że Selwyn musi się bawić w gentlemana (prawdę mówiąc miała nawet lekką słabość do mężczyzn, którzy tej cechy wcale nie przejawiali), ale odebrała to jako kolejny z zaczepnych tekstów Hannibala, które miały za zadanie rozładować atmosferę. Narzuciła sobie pasek skrzynki z przyborami na ramię i poprawiła uścisk na różdżce. – Ten dym się chyba szybko nie skończy… – mruknęła i odchrząknęła lekko, czując znowu to lekkie drapanie w gardle. – No dobrze… Han. Mogę mówić Han? – zagaiła. – Sprawdźmy, czy nie masz jakichś zaników pamięci, to się czasami zdarza. Pamiętasz co się działo tuż przed tym, zanim zostałeś zaatakowany?
Poszli w kierunku przeciwnym do tego, z którego tutaj przyszła.
*związany z tematem artykuł