25.05.2025, 17:00 ✶
Icarus pokiwał głową. Czasem nawet taki chamski ateista, jak on, który na co dzień wyśmiewał religię, w której był wychowany, powołując się na rzymskich bogów, modlił się do czegokolwiek, co możliwie może tam być, by jego rodzinie nic się nie działo. Martwił się o Basila, który zapewne został polowym medykiem lub miał zatrzęsienie głowy w Mungu. O Laurenta, Atreusa, Florence. Nawet o Millie Moody, z którą swego czasu chlał bimber. Cały świat drżał w posadach, a to trzęsienie zagrażało jego bliskim. Cieszył się jednak, że Electrze nic się nie stało. Była to choć częściowa ulga.
Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć siostrze, ktoś złapał go za poły marynarki i odciągnął od siostry. Cerber skoczył na ziemię i schował się za Electrą. Jednak nie był psem strażniczym... Icarus dostrzegł przed sobą faceta o opuchniętej ze wściekłości i załamania twarzy. Bogowie... ten człowiek musiał stracić tak wiele... Już Ari miał zacząć wygłaszać pełne współczucia słowa. Nie zdążył.
— Jebane czystki! Wszystko mi zabraliście! Kazirodcze, przeklęte przez Matkę ścierwo! — wściekły mężczyzna wyciągnął różdżkę i wycelował ją w Icarusa, który uniósł ręce w defensywnym geście. Czuł się jak zdrajca krwi. Nie czystej, bo za czystka się podawał. Zdradzał każdą osobę półkrwi. Każdego, kto naprawdę znosił dyskryminację, podczas gdy on cieszył się tyloma przywilejami.
— Wiem, że jesteś wściekły, ale jesteśmy z tobą. Nie popieramy Śmierciożerców — powiedział Icarus, choć wiedział, że nie miało to szczególnych szans na powodzenie. — Opuść różdżkę i pogadajmy normalnie. Potrzebujesz pieniędzy?
Cholera... przekupstwo przychodziło mu aż zbyt naturalnie. Cóż, w tym zakresie Ari stanowił sztandarowy przykład prawdziwego Prewetta. To jednak rozsierdziło mugolaka jeszcze bardziej. Tu nie chodziło o zadośćuczynienie, lecz o zemstę.
— Myślisz, że mnie przekupisz? Nie biorę kasy od tych, co mają krew na rękach! — krzyknął mężczyzna. — Macie krew na rękach, wy jebane czystki!
Icarus zacisnął powieki, przygotowując się na bycie trafionym jakąś paskudną klątwą. To się jednak nie stało. Nie było bólu, jedynie rozprysk jakiegoś płynu na twarzy i ubraniach, a także ostry zapach chemicznego specyfiku. Icarus otworzył oczy i zobaczył na swoim (markowym) garniturze ogromną plamę z czerwonej farby. Nic go jednak nie żarło po skórze. Mugolak nie przywołał żadnego kwasu, tylko najzwyczajniejszą w świecie farbę.
Symboliczne znaczenie tego gestu jeszcze bardziej bolało Ariego. Czy każdy reprezentant czystokrwistej rodziny powinien się wstydzić za Śmierciożerców? Kto był za nich odpowiedzialny? Jedynie Voldemort czy może cała, tworzona od wieków kultura supremacji czystokrwistych? Jako oczytana osoba, Icarus rozumiał, że dziejowo jego społeczność wyrządziła mugolakom wielką krzywdę. Tylko jak dało się nie być współodpowiedzialnym? Czy można było zmyć krew z rąk, czy każdy niezależny od Śmierciożerców czystek miał być jak Lady Makbet?
Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć siostrze, ktoś złapał go za poły marynarki i odciągnął od siostry. Cerber skoczył na ziemię i schował się za Electrą. Jednak nie był psem strażniczym... Icarus dostrzegł przed sobą faceta o opuchniętej ze wściekłości i załamania twarzy. Bogowie... ten człowiek musiał stracić tak wiele... Już Ari miał zacząć wygłaszać pełne współczucia słowa. Nie zdążył.
— Jebane czystki! Wszystko mi zabraliście! Kazirodcze, przeklęte przez Matkę ścierwo! — wściekły mężczyzna wyciągnął różdżkę i wycelował ją w Icarusa, który uniósł ręce w defensywnym geście. Czuł się jak zdrajca krwi. Nie czystej, bo za czystka się podawał. Zdradzał każdą osobę półkrwi. Każdego, kto naprawdę znosił dyskryminację, podczas gdy on cieszył się tyloma przywilejami.
— Wiem, że jesteś wściekły, ale jesteśmy z tobą. Nie popieramy Śmierciożerców — powiedział Icarus, choć wiedział, że nie miało to szczególnych szans na powodzenie. — Opuść różdżkę i pogadajmy normalnie. Potrzebujesz pieniędzy?
Cholera... przekupstwo przychodziło mu aż zbyt naturalnie. Cóż, w tym zakresie Ari stanowił sztandarowy przykład prawdziwego Prewetta. To jednak rozsierdziło mugolaka jeszcze bardziej. Tu nie chodziło o zadośćuczynienie, lecz o zemstę.
— Myślisz, że mnie przekupisz? Nie biorę kasy od tych, co mają krew na rękach! — krzyknął mężczyzna. — Macie krew na rękach, wy jebane czystki!
Icarus zacisnął powieki, przygotowując się na bycie trafionym jakąś paskudną klątwą. To się jednak nie stało. Nie było bólu, jedynie rozprysk jakiegoś płynu na twarzy i ubraniach, a także ostry zapach chemicznego specyfiku. Icarus otworzył oczy i zobaczył na swoim (markowym) garniturze ogromną plamę z czerwonej farby. Nic go jednak nie żarło po skórze. Mugolak nie przywołał żadnego kwasu, tylko najzwyczajniejszą w świecie farbę.
Symboliczne znaczenie tego gestu jeszcze bardziej bolało Ariego. Czy każdy reprezentant czystokrwistej rodziny powinien się wstydzić za Śmierciożerców? Kto był za nich odpowiedzialny? Jedynie Voldemort czy może cała, tworzona od wieków kultura supremacji czystokrwistych? Jako oczytana osoba, Icarus rozumiał, że dziejowo jego społeczność wyrządziła mugolakom wielką krzywdę. Tylko jak dało się nie być współodpowiedzialnym? Czy można było zmyć krew z rąk, czy każdy niezależny od Śmierciożerców czystek miał być jak Lady Makbet?