25.05.2025, 17:32 ✶
Nocne siedzenie w ciemni fotograficznej miało w sobie pewien urok. Henry czasami spędzał tak późne wieczory, nadgodziny, które były dla niego czymś absolutnie niezbędnym, by mieć potem kasę na prąd i gaz (w mugolskich dzielnicach były to nie tylko udogodnienia, ale konieczne aspekty życia). Nie, żeby obróbka zdjęć nie była przyjemna. Drukował je, a potem, za pomocą magicznych odczynników i odpowiedniego światła, powoływał do życia. To była jedna z niewielu prawdziwych przewag czarodziejskiego świata: ruch uchwycony w tak doskonały sposób. Nie do końca chłopak wiedział, czy aby postacie na zdjęciach nie miały swoich własnych żyć zamkniętych w pojedynczych chwilach, bez możliwości uwolnienia się. Egzystencjalny horror.
Chciało mu się trochę spać. Czynność była monotonna, choć nie nieprzyjemna. Większość zdjęć już wisiała porozpinana na sznurku, nabierając w ciemności odpowiednich tonów. Potem zostaną zabrane przez redakcję, umieszczone w odpowiednim układzie w stosunku do tekstu i przekopiowane w gigantycznym nakładzie. Przecież wszyscy czarodzieje czytali Proroka.
Wszystko szło świetnie, dopóki do pokoju nie zajrzała recepcjonistka, May. Ku zgrozie Henry'ego, wpuściła do ciemnego pokoju światło, które mogło przecież zniszczyć zdjęcia.
– Henry, ktoś do ciebie! – zawołała, po czym szybko zamknęła drzwi.
Chłopak zdziwił się. Co ktokolwiek mógł od niego chcieć? Czy miał kłopoty? A może ktoś mu chciał złożyć ofertę zostania prawdziwym dziennikarzem? Nie... to już by było zbyt naiwne z jego strony.
Wymknął się jednak z pokoju, starając się w miarę możliwości nie wpuszczać tam światła, i udał się do kantyny, gdzie zauważył dwójkę nieznajomych mu osób. Jedną z nich był mężczyzna wyglądający trochę, jakby dopiero co wstał z grobu. Przypominał Henry'emu bohaterów z opowiadań Lovecrafta: badaczy tajemnic, którzy widzieli rzeczy zostawiające stały ślad na ludzkiej psychice. Była też kobieta, której kompletnie nie mógł odczytać. W skrzywieniu jej ust było coś lekko pogardliwego, jakby coś w kantynie nieprzyjemnie pachniało.
– Oczywiście, że państwo nie przeszkadzają – odparł Henry, starając się brzmieć na wyluzowanego. Średnio mu to wyszło. Nie należał obecnie do najbardziej wypoczętych ludzi. – W czym mogę pomóc?
Chciało mu się trochę spać. Czynność była monotonna, choć nie nieprzyjemna. Większość zdjęć już wisiała porozpinana na sznurku, nabierając w ciemności odpowiednich tonów. Potem zostaną zabrane przez redakcję, umieszczone w odpowiednim układzie w stosunku do tekstu i przekopiowane w gigantycznym nakładzie. Przecież wszyscy czarodzieje czytali Proroka.
Wszystko szło świetnie, dopóki do pokoju nie zajrzała recepcjonistka, May. Ku zgrozie Henry'ego, wpuściła do ciemnego pokoju światło, które mogło przecież zniszczyć zdjęcia.
– Henry, ktoś do ciebie! – zawołała, po czym szybko zamknęła drzwi.
Chłopak zdziwił się. Co ktokolwiek mógł od niego chcieć? Czy miał kłopoty? A może ktoś mu chciał złożyć ofertę zostania prawdziwym dziennikarzem? Nie... to już by było zbyt naiwne z jego strony.
Wymknął się jednak z pokoju, starając się w miarę możliwości nie wpuszczać tam światła, i udał się do kantyny, gdzie zauważył dwójkę nieznajomych mu osób. Jedną z nich był mężczyzna wyglądający trochę, jakby dopiero co wstał z grobu. Przypominał Henry'emu bohaterów z opowiadań Lovecrafta: badaczy tajemnic, którzy widzieli rzeczy zostawiające stały ślad na ludzkiej psychice. Była też kobieta, której kompletnie nie mógł odczytać. W skrzywieniu jej ust było coś lekko pogardliwego, jakby coś w kantynie nieprzyjemnie pachniało.
– Oczywiście, że państwo nie przeszkadzają – odparł Henry, starając się brzmieć na wyluzowanego. Średnio mu to wyszło. Nie należał obecnie do najbardziej wypoczętych ludzi. – W czym mogę pomóc?