– Może powinnam – odparła gorzko. Akurat Atreus nie trafił kulą w płot, bo takie myśli Victoria miała już od jakiegoś czasu, choć nie spowiadała się z nich nikomu w pracy. Wzmogły na sile zwłaszcza po śmierci Caina, która zabolała ją bardziej, niż można było się spodziewać, ale tu też – miała swoje prywatne powody. – Babcia była bardzo niepocieszona, kiedy odmówiłam pracy w szpitalu. Naprawdę sądzisz, że gdybym chciała być uzdrowicielem, to pracowałabym jako auror? – dodała z przekąsem, bo obliczone na złośliwość słowa Bulstrode’a przeleciały gdzieś obok. Co on mógł na ten temat wiedzieć? Raczej niewiele. – Mój ojciec jest uzdrowicielem, siostra też. Babcia, kuzynka, kuzyn, jeszcze jeden kuzyn. Nie chce mi się wymieniać dalej. Nie poszłam na staż do Akademii z wyboru. I też z wyboru wytwarzam eliksiry prywatnie, a nie w Mungu do użytku uzdrowicieli – czasami robiła zapasy dla ojca, nie dlatego, że sam nie potrafił, w końcu to on uczył jej tej sztuki, ale dlatego, że czasami brakowało mu czasu, albo sił po dyżurach, a dla niej to była forma relaksu. Wiedziała więc jak to działa w Mungu – niektórzy uzdrowiciele sami robili swoje eliksiry, a jeśli się na tym nie znali, to korzystali z eliksirów wytwarzanych przez zatrudnionych w Mungu twórców. Sama jednak nie miała absolutnie żadnych aspiracji do pracy w szpitalu, nawet jako pełnoprawny alchemik.
Zaklęcie jej się udało, bąbel głowy się wytworzył, ale Victoria wiedziała, że nie dokładnie tak, jak sobie tego życzyła. Chciała, by bąbel powietrza wytworzył się wokół całej jej głowy, ale tak naprawdę udało się to zrobić jedynie na ustach i nosie, tak, że przynajmniej była w stanie normalnie oddychać, ale i tak musiała mrużyć oczy i wycierać mimowolnie ich kąciki od łez, jakie się zbierały od ciągle szczypiącego, drażniącego wszystko dymu. Zwłaszcza, gdy zagłębili się w ten gęsty kłąb skoncentrowanej chmury w jednym miejscu. Ona ognia się nie bała, ale doskonale wiedziała, że nie wszyscy są na niego odporni.
Zmrużyła oczy, gdy gdzieś przed nimi zamajaczyła postać. Atreus się odezwał, a w odpowiedzi z początku usłyszeli kolejną salwę kaszlu i charakterystycznych odgłosów duszenia się. Victoria doskonale pamiętała o tym, gdzie teraz są, na Nokturnie i jaki element tutaj mieszka i przebywa, ale choć bywalcy lubili uprzykrzać życie funkcjonariuszom, którzy próbowali coś tu załatwić, pluli im pod nogi inne tego typu, to w otwartą walkę nie wdawali się aż tak często. A przynajmniej nie wtedy, gdy funkcjonariuszy było dwóch, albo więcej. Ale teraz… Kaszel i duszenie się nie zwiastowało tego, że zaraz dostaną jakąś klątwą między oczy, tym niemniej… Victoria również była gotowa się bronić i znacznie ostrożniej zbliżała się teraz do źródła hałasu. Sylwetka była teraz znacznie lepiej widoczna i rzeczywiście, te charakterystyczne ruchy nie wskazywały na to, że zaraz zostaną zaatakowani. Bardziej, że mężczyzna (bo teraz dało się to już rozpoznać) zwyczajnie potrzebuje pomocy.
Nokturn czy nie – cywil to cywil.
Nie zastanawiała się nad tym specjalnie, bo nie było za dużo czasu. Nie wiedziała, jak mężczyzna zareaguje, jeśli wyceluje w niego różdżkę i będzie rzucała zaklęcie na niego, ani czy w ogóle ich zauważył (chociaż liczyła, że przynajmniej usłyszał), dlatego machnęła nią, by w swojej ręce wyczarować chustę, którą następnie chciała przekazać mężczyźnie, żeby mógł zakryć sobie usta i nos, skoro do tej pory tego nie zrobił.
// Kształtowanie ◉◉◉◉○ – wyczarowanie chusty dla cywila
Akcja nieudana
Chusty jednak nie było, bo w trakcie, gdy kobieta plotła zaklęcie, mężczyzna osunął się na kolana, a Lestrange całkowicie się rozproszyła i zaklęcie nie wyszło.