25.05.2025, 23:14 ✶
Było już dobrze po początku dnia, kiedy Ambroise wszedł do szklarni w ogrodzie domu letniego ciotki Ursuli. Bolały go nogi, ale to był ten rodzaj zmęczenia, który przypominał mu, że jego ciało jeszcze potrafi pulsować z wysiłku i zadowolenia jednocześnie. Zapomniał o Londynie. O tym, co musiał tam zostawić. O wszystkim, co działo się przez ostatnie doby aż do tej pory.
To był pierwszy dzień od dawna, kiedy naprawdę czuł, że wraca do siebie. Nie w dosłownym, fizycznym sensie. Nie do Doliny Godryka, nie Londynu, nie do codzienności, nie do obowiązków. Nie. Do siebie. Tego metafizycznego, trochę metaforycznego bycia w pełni sobą. Do tej głębokiej, cichej części własnego jestestwa, która lubiła zmęczyć się dla samej radości bycia we własnym ciele, gdy po aktywnym dniu niemal przez cały czas na nogach, Roise mógł zagrzebać się w miękkiej, chłodnej pościeli, dopalając ostatniego papierosa przed pójściem spać i prowadząc cichą rozmowę z ukochaną kobietą.
Nie potrzebował nic więcej. Po tym wszystkim, co działo się w jego życiu przez ostatnie miesiące, idące nawet w całe lata, tego dnia poczuł się naprawdę dobrze. Znacznie lepiej niż przez cały ostatni tydzień, choć w teorii i w trakcie tamtych siedmiu dni miał okazję poczuć się szczęśliwszy niż przez ostatnie półtora roku.
Wtedy jednak wciąż miał z tyłu głowy myśl o tym, jak bardzo ulotne są te chwile. O tym, że zaraz na horyzoncie pojawią się kolejne czarne chmury i rzeczywistość znowu upomni się o ich dwoje. O jego i jego dziewczynę. Wtedy już osobno, na powrót oddzielając go od Geraldine, bo przecież...
... nawet on sam był przy tym wręcz chorobliwie uparty. Praktycznie tak jak zawsze, gdy żywił swoje głęboko ugruntowane przekonania. A w tym wypadku zdecydowanie je miał. Nie chciał dopuścić do tego, czego gdzieś pod skórą cholernie mocno się obawiał. W rezultacie raz po raz sabotował wszystko to, na czym tak naprawdę mu zależało. Co prawda w imię wyższego dobra, ale...
...czy aby na pewno? Ostatnie wydarzenia udowodniły mu, że niekoniecznie. Czasami kurczowe trzymanie się czegoś, co powinno być słuszne w istocie okazywało się być jedną z najgorszych decyzji w życiu. Czasami usilne próby udowodnienia sobie, że nie popełniło się błędu w osądzie, wcale nie były mniej bolesne niż pogodzenie się z faktem, że zrobiło się coś ze wszech miar niesłusznego.
Nie mógł powiedzieć, że to było już jednak zupełnie za nim. Wszystkie tamte wybory nadal miały swoje konsekwencje. Miały mieć je jeszcze przez długi czas, ale nie próbował przed nimi uciekać. Zawsze brał odpowiedzialność za swoje czyny. Zwłaszcza, że tym razem stawka była wyjątkowo istotna. Oczywiście, że zamierzał się starać.
Wrócił z Londynu do domu letniego Lestrange'ów, umył się i złapał krótką drzemkę, po czym wraz z Yaxleyówną wyszli z psami na spacer na plażę. Później zaś zeszli do miasteczka, mając w planach coś zjeść, bowiem nawet jeśli w domu Ursuli zawsze podawano wyjątkowo wyrafinowane dania, czasami (a nawet częściej) oboje potrzebowali zrobić coś po swojemu. Bez angażowania w to reszty domowników i proszenia o pomoc skrzatów domowych. Po prostu pozwalając sobie na wszystko, czego chcieli i potrzebowali.
Planowali być może skusić się na świeżą rybę z frytkami posypanymi sporą ilością soli i zlanej octem a następnie przejrzeć stragany na lokalnym targowisku, które co niedzielę tętniło życiem od samego rana do późnego wieczora.
Jednak los miał dla nich zupełnie inne plany. Takie zgoła niespodziewane, ale jednocześnie zdecydowanie warte wszystkiego, co wydarzyło się w związku z tymi nagłymi zmianami. Zupełnie nie przeszkadzało mu, że teraz był przez to trochę niewyspany. Było warto.
Usiadł na drewnianym stołku, z rękawami już ubrudzonymi ziemią i z palcami pachnącymi południowowschodnim magicznym cyprysem, o który ledwo otarł się po drodze w ten zakątek szklarni, ale to w zupełności wystarczyło. Takie były uroki zajmowania się roślinami, czyż nie? A Ambroise naprawdę lubił zajmować się botanicznymi wyzwaniami.
Czuł się jak ktoś, kto nareszcie rozciągnął napięte mięśnie. Oddychał głęboko pełną piersią, nawet jeśli wewnątrz szklarni pachniało wilgotną ziemią, rozgniecionymi liśćmi i czymś, co przypominało zgniłe mango zmieszane z cynamowym kadzidłem. Zresztą z tego ostatniego powodu się tu pojawił. Niemal wszystkie krzaki ciotki, które Ursula miała pojutrze wykorzystać do swoich eliksirów zaczęły pluć sokami. Te zaś wydzielały wyjątkowo parszywy, paskudny odór, gdy zbyt długo się utleniały.
Całe szczęście, Greengrass miał zatkany nos. W ustach w dalszym ciągu czuł resztki posmaku rumu i soli morskiej, pozostałości po dniu, który zakończył się dosłownym weselem: śmiechem, tańcem i pijackim piosenkami na cudzej, zupełnie przypadkowej fecie. Na czymś zupełnie nieplanowanym, ale przez to tym bardziej żywym.
Zresztą, Roise w dalszym ciągu był po tym całkiem nieźle wstawiony, stąd zresztą podejrzewał u siebie wspomniany katar. Nie aż tak, by się zataczać, ale wystarczająco, żeby każda podejmowana decyzja wydawała mu się dobra.
W jednej ręce trzymał więc różdżkę, zaś w drugiej niedopałek skręta, który tlił się leniwie, dogasając mu między palcami. Nie pił już ognistej ani lokalnego rumu, który dostali od weselników na drogę, ale obok jego nóg stała butelka po piwie. Opróżnionym w zaledwie kilka minut, jednak nie chciało mu się wychodzić po kolejne, więc jedynym, jakie zamierzał pić w szklarni. Zresztą nie potrzebował więcej, żeby czuć się dobrze.
Cały miniony dzień pozwalał mu na rozluźnienie się i relaks, jednak nie dało się ukryć, że podczas samotnej pracy z roślinami, Greengrass odnajdywał w sobie ten zupełnie inny rodzaj odprężenia. Taki, jakiego jeszcze dziś nie zaznał. Wczoraj też nie, ale tak po prawdzie, to te dwa dni na ten moment zalewały mu się w jeden.
O ile Roise akurat nie miał dyżuru, jutro było dla niego dopiero wtedy, gdy wstawał po drzemce. A tej jeszcze nie miał okazji zaliczyć, toteż nadal było dla niego tamto poprzednie dziś.
Wbrew wcześniejszym planom położenia się spać przed północą, wrócili z Riną do domu praktycznie ze wschodem słońca. Szli pod ramię przez wrzosowiska, zataczając się to w jedną, to w drugą. To na prawo, to na lewo, jednak całkiem sprawnie kierując swe kroki we właściwą stronę i ani razu nie gubiąc się we mgle (mhm, ani razu), która jeszcze wtedy w dalszym ciągu unosiła się nad polami.
Po czymś takim wydawałoby się naturalne, że Roise powinien niemal od razu walnąć się spać, ale niestety tak się nie stało. Rzeczywiście: chciał tylko położyć się na łóżku i patrzeć w sufit, który w dalszym ciągu trochę wirował mu nad głową (albo przed oczami; to już były detale), ale wtedy znalazła go Ursula.
Nie mógł jej odmówić. To znaczy: oczywiście, że mógł, ale nie chciał, więc teraz podwinął rękawy, pochylił się nad donicą i zajął się swoją robotą. Ursula już zniknęła. Zostawiła go samego z rośliną, która nie chciała przestać syczeć ostrzegawczo, najpewniej szykując się do kolejnego wściekłego ataku. Nie słyszał skrzypiących drzwi. Szklarnia była całkiem rozległa a rośliny doskonale tłumiły dźwięki. Zresztą nikt nie wchodził tu bez konieczności, każdy raczej pilnował granic wyznaczanych przez Ursulę, więc Roise był raczej spokojny o swoje kilka chwil ciszy.
Och, jakże naiwnie.
To był pierwszy dzień od dawna, kiedy naprawdę czuł, że wraca do siebie. Nie w dosłownym, fizycznym sensie. Nie do Doliny Godryka, nie Londynu, nie do codzienności, nie do obowiązków. Nie. Do siebie. Tego metafizycznego, trochę metaforycznego bycia w pełni sobą. Do tej głębokiej, cichej części własnego jestestwa, która lubiła zmęczyć się dla samej radości bycia we własnym ciele, gdy po aktywnym dniu niemal przez cały czas na nogach, Roise mógł zagrzebać się w miękkiej, chłodnej pościeli, dopalając ostatniego papierosa przed pójściem spać i prowadząc cichą rozmowę z ukochaną kobietą.
Nie potrzebował nic więcej. Po tym wszystkim, co działo się w jego życiu przez ostatnie miesiące, idące nawet w całe lata, tego dnia poczuł się naprawdę dobrze. Znacznie lepiej niż przez cały ostatni tydzień, choć w teorii i w trakcie tamtych siedmiu dni miał okazję poczuć się szczęśliwszy niż przez ostatnie półtora roku.
Wtedy jednak wciąż miał z tyłu głowy myśl o tym, jak bardzo ulotne są te chwile. O tym, że zaraz na horyzoncie pojawią się kolejne czarne chmury i rzeczywistość znowu upomni się o ich dwoje. O jego i jego dziewczynę. Wtedy już osobno, na powrót oddzielając go od Geraldine, bo przecież...
... nawet on sam był przy tym wręcz chorobliwie uparty. Praktycznie tak jak zawsze, gdy żywił swoje głęboko ugruntowane przekonania. A w tym wypadku zdecydowanie je miał. Nie chciał dopuścić do tego, czego gdzieś pod skórą cholernie mocno się obawiał. W rezultacie raz po raz sabotował wszystko to, na czym tak naprawdę mu zależało. Co prawda w imię wyższego dobra, ale...
...czy aby na pewno? Ostatnie wydarzenia udowodniły mu, że niekoniecznie. Czasami kurczowe trzymanie się czegoś, co powinno być słuszne w istocie okazywało się być jedną z najgorszych decyzji w życiu. Czasami usilne próby udowodnienia sobie, że nie popełniło się błędu w osądzie, wcale nie były mniej bolesne niż pogodzenie się z faktem, że zrobiło się coś ze wszech miar niesłusznego.
Nie mógł powiedzieć, że to było już jednak zupełnie za nim. Wszystkie tamte wybory nadal miały swoje konsekwencje. Miały mieć je jeszcze przez długi czas, ale nie próbował przed nimi uciekać. Zawsze brał odpowiedzialność za swoje czyny. Zwłaszcza, że tym razem stawka była wyjątkowo istotna. Oczywiście, że zamierzał się starać.
Wrócił z Londynu do domu letniego Lestrange'ów, umył się i złapał krótką drzemkę, po czym wraz z Yaxleyówną wyszli z psami na spacer na plażę. Później zaś zeszli do miasteczka, mając w planach coś zjeść, bowiem nawet jeśli w domu Ursuli zawsze podawano wyjątkowo wyrafinowane dania, czasami (a nawet częściej) oboje potrzebowali zrobić coś po swojemu. Bez angażowania w to reszty domowników i proszenia o pomoc skrzatów domowych. Po prostu pozwalając sobie na wszystko, czego chcieli i potrzebowali.
Planowali być może skusić się na świeżą rybę z frytkami posypanymi sporą ilością soli i zlanej octem a następnie przejrzeć stragany na lokalnym targowisku, które co niedzielę tętniło życiem od samego rana do późnego wieczora.
Jednak los miał dla nich zupełnie inne plany. Takie zgoła niespodziewane, ale jednocześnie zdecydowanie warte wszystkiego, co wydarzyło się w związku z tymi nagłymi zmianami. Zupełnie nie przeszkadzało mu, że teraz był przez to trochę niewyspany. Było warto.
Usiadł na drewnianym stołku, z rękawami już ubrudzonymi ziemią i z palcami pachnącymi południowowschodnim magicznym cyprysem, o który ledwo otarł się po drodze w ten zakątek szklarni, ale to w zupełności wystarczyło. Takie były uroki zajmowania się roślinami, czyż nie? A Ambroise naprawdę lubił zajmować się botanicznymi wyzwaniami.
Czuł się jak ktoś, kto nareszcie rozciągnął napięte mięśnie. Oddychał głęboko pełną piersią, nawet jeśli wewnątrz szklarni pachniało wilgotną ziemią, rozgniecionymi liśćmi i czymś, co przypominało zgniłe mango zmieszane z cynamowym kadzidłem. Zresztą z tego ostatniego powodu się tu pojawił. Niemal wszystkie krzaki ciotki, które Ursula miała pojutrze wykorzystać do swoich eliksirów zaczęły pluć sokami. Te zaś wydzielały wyjątkowo parszywy, paskudny odór, gdy zbyt długo się utleniały.
Całe szczęście, Greengrass miał zatkany nos. W ustach w dalszym ciągu czuł resztki posmaku rumu i soli morskiej, pozostałości po dniu, który zakończył się dosłownym weselem: śmiechem, tańcem i pijackim piosenkami na cudzej, zupełnie przypadkowej fecie. Na czymś zupełnie nieplanowanym, ale przez to tym bardziej żywym.
Zresztą, Roise w dalszym ciągu był po tym całkiem nieźle wstawiony, stąd zresztą podejrzewał u siebie wspomniany katar. Nie aż tak, by się zataczać, ale wystarczająco, żeby każda podejmowana decyzja wydawała mu się dobra.
W jednej ręce trzymał więc różdżkę, zaś w drugiej niedopałek skręta, który tlił się leniwie, dogasając mu między palcami. Nie pił już ognistej ani lokalnego rumu, który dostali od weselników na drogę, ale obok jego nóg stała butelka po piwie. Opróżnionym w zaledwie kilka minut, jednak nie chciało mu się wychodzić po kolejne, więc jedynym, jakie zamierzał pić w szklarni. Zresztą nie potrzebował więcej, żeby czuć się dobrze.
Cały miniony dzień pozwalał mu na rozluźnienie się i relaks, jednak nie dało się ukryć, że podczas samotnej pracy z roślinami, Greengrass odnajdywał w sobie ten zupełnie inny rodzaj odprężenia. Taki, jakiego jeszcze dziś nie zaznał. Wczoraj też nie, ale tak po prawdzie, to te dwa dni na ten moment zalewały mu się w jeden.
O ile Roise akurat nie miał dyżuru, jutro było dla niego dopiero wtedy, gdy wstawał po drzemce. A tej jeszcze nie miał okazji zaliczyć, toteż nadal było dla niego tamto poprzednie dziś.
Wbrew wcześniejszym planom położenia się spać przed północą, wrócili z Riną do domu praktycznie ze wschodem słońca. Szli pod ramię przez wrzosowiska, zataczając się to w jedną, to w drugą. To na prawo, to na lewo, jednak całkiem sprawnie kierując swe kroki we właściwą stronę i ani razu nie gubiąc się we mgle (mhm, ani razu), która jeszcze wtedy w dalszym ciągu unosiła się nad polami.
Po czymś takim wydawałoby się naturalne, że Roise powinien niemal od razu walnąć się spać, ale niestety tak się nie stało. Rzeczywiście: chciał tylko położyć się na łóżku i patrzeć w sufit, który w dalszym ciągu trochę wirował mu nad głową (albo przed oczami; to już były detale), ale wtedy znalazła go Ursula.
Nie mógł jej odmówić. To znaczy: oczywiście, że mógł, ale nie chciał, więc teraz podwinął rękawy, pochylił się nad donicą i zajął się swoją robotą. Ursula już zniknęła. Zostawiła go samego z rośliną, która nie chciała przestać syczeć ostrzegawczo, najpewniej szykując się do kolejnego wściekłego ataku. Nie słyszał skrzypiących drzwi. Szklarnia była całkiem rozległa a rośliny doskonale tłumiły dźwięki. Zresztą nikt nie wchodził tu bez konieczności, każdy raczej pilnował granic wyznaczanych przez Ursulę, więc Roise był raczej spokojny o swoje kilka chwil ciszy.
Och, jakże naiwnie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down