Prudence uważnie rozglądała się wokół, kiedy znaleźli się w miasteczku. Starała się zarejestrować jak najwięcej szczegółów, bo nie była tutaj nigdy wcześniej. Chciała zapamiętać miejsca, które mijali, kto bowiem wiedział, ile faktycznie czasu przyjdzie jej spędzić w okolicy, a nuż przyda się jej do czegoś wiedza o tym, gdzie i co można znaleźć. Nie było sensu z byle pierdołą teleportować się do Londynu, szczególnie, że aktualnie miejsce, które jeszcze niedawno nazywała domem stało się zupełnie obce, nie przypominało tego, gdzie spędziła niemalże całe życie. Ktoś bowiem postanowił je zniszczyć, i prawie mu się to udało.
Bletchley przez całe życie skrupulatnie obserwowała swoje otoczenie, starannie składała w pamięci to, co mówili i robili inni, starała się dostosować. Próbowała ich naśladować, upodobniać się, ale nigdy jej się to do końca nie udawało. Prue wiedziała, że wypadało lubić lato, nie znosić jesieni, ale jakoś tak, bez względu na wszystko oddychała z ulgą za każdym razem, kiedy przychodził wrzesień. Kiedy dni stawały się krótsze, noce chłodniejsze, liście zaczynały mienić się tysiącem barw. Jesień przynosiła spokój, melancholię, odpoczynek po bardzo intensywnych miesiącach. Nie trzeba było na siłę próbować wychodzić do ludzi, można było zaszywać się w swoich mieszkaniach bez wyrzutów sumienia, albo odwiedzać miejsca, jak to, przed którym właśnie się znaleźli. Wyglądało jakby miało za sobą swoje lata świetności, ale może właśnie to był jego urok. Zapewne przetrwało wiele podobnych miesięcy, czy tygodni, nadal stało i zachęcało do odwiedzenia go. Takie kawiarenki na pewno były miejscem, w których zaczynało się wiele historii, mogły sporo opowiedzieć o ludziach, którzy kiedyś w nich bywali, miały swój klimat. Była ciekawa, co zastaną w środku.
Gdy przeszła przez drzwi uderzył w nią zapach cynamonu, kawy, właściwie niczego innego nie powinna się spodziewać po podobnym miejscu. Kojarzył jej się z jesienią, pasował do tej aury, która panowała na zewnątrz. Odetchnęła głęboko, chcąc zapamiętać ten zapach, różnił się od tego na zewnątrz, gdzie zdecydowanie przeważała specyficzna woń wiatru wymieszanego z morzem i piaskiem. Nadmorskie miejscowości zawsze się nim charakteryzowały.
Sezon, który przyciągał do takich miejsc ludzi już się kończył, nie było więc nic dziwnego w tym, że niezbyt wiele osób znajdowało się w środku. Jesienią zostawali w nich zazwyczaj lokalni mieszkańcy, przez co uliczki wydawały się być niemalże opuszczone, tak samo było z tą kawiarenką.
Dostrzegła ten gest, który wskazywał, gdzie powinna się udać. Benjy znał to miejsce, bez słowa więc ruszyła w tamtym kierunku. Schody były wąskie, w jej przypadku jednak nie było to problemem, powoli, aby się nie potknąć pokonywała stopień za stopniem, aż w końcu znalazła się na antresoli. Otaksowała wzrokiem pomieszczenie, zwróciła uwagę na balkon, zawiesiła nawet na nim na chwilę wzrok. Musiał być z niego piękny widok na morze, kiedy pogoda nieco bardziej dopisywała, aktualnie bowiem nie dało się dostrzec zbyt wiele, poza chmurami, które zawisły na niebie. Zbyt szybko pewnie nie będzie można dostrzec niczego więcej, bowiem zaczynał się sezon na niepogodę.
Siedziała po drugiej stronie stołu, wzrok jakoś tak mimowolnie, odruchowo zawiesiła na oknie, wpatrując się w krople deszczu, które powoli się na niej pojawiały. Nie było to jakieś ogromne oberwanie chmury, raczej jeszcze jeden z tych przyjemnych, pierwszych deszczów zwiastujących początek jesieni. Niedługo pewnie się to zmieni, a wszystkie dni zaczną być szare i ponure. Kiedy była młodsza potrafiła godzinami wpatrywać się w podobny widok, obstawiając to, która z kropel jako pierwsza znajdzie się na dole szyby. Ignorowała wszystko to, co działo się za oknem.
Z tego krótkiego zawieszenia wyrwał ją dźwięk gotującej się wody, a właściwie to świst czajnika, który świadczył o tym, że czas było już go zdjąć z palnika. Wtedy przeniosła wzrok na swojego towarzysza, który siedział na przeciwko niej. Nie mówił nic, tak jak i ona, pozwalał aby ta chwila trwała. Nie ciążyło im milczenie, raczej przynosiło spokój. Ta cisza wydawała się być miękka i oswojona. Nie trzeba było w niej nic udowadniać, niczego dopowiadać.
Intensywny zapach kawy rozprzestrzenił się po wnętrzu, kiedy kelnerka wniosła na antresolę tacę z zamówieniem. Bletchley skinęła jej jedynie głową, czekając aż odstawi wszystko na stole, nie do końca chyba chciała przerywać ciszę. Wpatrywała się w precyzyjne ruchy kobiety, zdecydowanie wiedziała, co robi.
W końcu sięgnęła spokojnym ruchem po filiżankę, ujęła ją w obie dłonie i przysunęła do swoich ust, upijając niewielki łyk. Przyjemne ciepło zaczęło rozchodzić się po jej ciele. Chyba tego właśnie potrzebowała, szczególnie po tym alkoholu, który rano w siebie wlała, była nieco zmęczona tym dniem, jednak nie było to nieprzyjemnym uczuciem.
Nie wydawało jej się, aby w tej chwili mogło ją spotkać coś lepszego, była we właściwym miejscu, z właściwą osobą, chociaż nie miała pojęcia, co to oznaczało. Wiedziała, że w tym momencie nie trzeba było mówić nic. Wystarczyło to, że po prostu tutaj byli, razem.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control