26.05.2025, 08:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.05.2025, 08:42 przez Gabriel Montbel.)
On milczał.
Ona nie wychodziła.
– Nie mogą – burknął w pewnym momencie, burknął w swoje kolana, będąc rozdrażnionym, że po dwakroć jej powiedział, że ona ma sobie pójść i został tak zignorowany we własnym domu! Dobrze, że posłuchała go wtedy, gdy był na to czas. Uparta bestia. – Nie mogą i nie będą – dodał defensywnie, wciąż zaciśnięty, zirytowany, jakby to była jej wina.
Oczywiście Lucy była winna — była Angielką, a on miał wybitnego pecha do Anglików. Nie rozumiała – choć tu akurat on sam nie rozumiał tego, co się z nim działo.
Sapnął wściekle i podniósł głowę ku górze, patrząc się zeszklonymi oczyma w szary, monotonny w swoim wymiarze sufit. Gdyby mógł, też by go spalił.
Czy wtedy też nie chciałaby stąd wychodzić?
– Za każdym razem gdy patrzyłem na… gdy patrzyłem na zewnątrz, na moje utrzymywane przy życiu dekadami krzaki… – podjął cicho, chropowato, nie wierząc za bardzo w sens tego, że w ogóle otwierał tę skrzynię. A jednak miał takie poczucie, że to i tak nie będzie miało większego znaczenia, w końcu za kilka godzin i tak go nie będzie. Nie musiał udawać, utrzymywać pozy, w której by go to nie obchodziło, w której nie pokazywałby światu, jak bardzo poraniony i upokorzony wyszedł z tej sytuacji. Gdy razem zaczynali ten dziwaczny taniec wzajemnego poznawania się, wzajemnej fascynacji, wtedy nie wierzył, że wampiry są zdolne do miłości. Teraz oddałby wszystko, żeby okazało się to prawdą. – Za każdym razem, gdy przychodził nowy sezon, gdy kwiaty rodziły się z pąków, myślałem o nim. O chwilach spędzonych nocami przy roślinach, o tym jak opowiadałem mu o nich, a on opowiadał mi o teatrze i… – urwał, czując, jak wzbiera w nim żałość. Palce znów wylądowały między włosami w kojącym geście, w potrzebie utrzymania jakiejś linii tej historii. Byle jakiej, ale istniejącej.. – To nawet nie chodziło o to, że byłem wielkim fanem teatru. Albo on ogrodnictwa. Chodziło o czas kiedy… kiedy… kiedy myślałem, że można być szczęśliwym. Tak po prostu szczęśliwym. – Odetchnął głęboko, ale nie znalazł w tym geście rozluźnienia. – Dla mnie świat skończył się te sześć lat temu, po prostu potrzebowałem… może potrzebowałem aż tyle czasu, żeby to w końcu do mnie dotarło. – Tak dziwacznie brzmiało to teraz, gdy mówił swoje myśli na głos, gdy nie miał już czego niszczyć, nie miał sił rozpaczać, pieklić się. Została tylko smutna akceptacja.
Bezruch.
Ona nie wychodziła.
– Nie mogą – burknął w pewnym momencie, burknął w swoje kolana, będąc rozdrażnionym, że po dwakroć jej powiedział, że ona ma sobie pójść i został tak zignorowany we własnym domu! Dobrze, że posłuchała go wtedy, gdy był na to czas. Uparta bestia. – Nie mogą i nie będą – dodał defensywnie, wciąż zaciśnięty, zirytowany, jakby to była jej wina.
Oczywiście Lucy była winna — była Angielką, a on miał wybitnego pecha do Anglików. Nie rozumiała – choć tu akurat on sam nie rozumiał tego, co się z nim działo.
Sapnął wściekle i podniósł głowę ku górze, patrząc się zeszklonymi oczyma w szary, monotonny w swoim wymiarze sufit. Gdyby mógł, też by go spalił.
Czy wtedy też nie chciałaby stąd wychodzić?
– Za każdym razem gdy patrzyłem na… gdy patrzyłem na zewnątrz, na moje utrzymywane przy życiu dekadami krzaki… – podjął cicho, chropowato, nie wierząc za bardzo w sens tego, że w ogóle otwierał tę skrzynię. A jednak miał takie poczucie, że to i tak nie będzie miało większego znaczenia, w końcu za kilka godzin i tak go nie będzie. Nie musiał udawać, utrzymywać pozy, w której by go to nie obchodziło, w której nie pokazywałby światu, jak bardzo poraniony i upokorzony wyszedł z tej sytuacji. Gdy razem zaczynali ten dziwaczny taniec wzajemnego poznawania się, wzajemnej fascynacji, wtedy nie wierzył, że wampiry są zdolne do miłości. Teraz oddałby wszystko, żeby okazało się to prawdą. – Za każdym razem, gdy przychodził nowy sezon, gdy kwiaty rodziły się z pąków, myślałem o nim. O chwilach spędzonych nocami przy roślinach, o tym jak opowiadałem mu o nich, a on opowiadał mi o teatrze i… – urwał, czując, jak wzbiera w nim żałość. Palce znów wylądowały między włosami w kojącym geście, w potrzebie utrzymania jakiejś linii tej historii. Byle jakiej, ale istniejącej.. – To nawet nie chodziło o to, że byłem wielkim fanem teatru. Albo on ogrodnictwa. Chodziło o czas kiedy… kiedy… kiedy myślałem, że można być szczęśliwym. Tak po prostu szczęśliwym. – Odetchnął głęboko, ale nie znalazł w tym geście rozluźnienia. – Dla mnie świat skończył się te sześć lat temu, po prostu potrzebowałem… może potrzebowałem aż tyle czasu, żeby to w końcu do mnie dotarło. – Tak dziwacznie brzmiało to teraz, gdy mówił swoje myśli na głos, gdy nie miał już czego niszczyć, nie miał sił rozpaczać, pieklić się. Została tylko smutna akceptacja.
Bezruch.