• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[11/09/72] I'm no cactus expert, but I know a prick when I see one | Benjy, Ambroise

[11/09/72] I'm no cactus expert, but I know a prick when I see one | Benjy, Ambroise
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
26.05.2025, 10:44  ✶  
Szedłem szybko przez ogród, próbując nie zwracać uwagi na skrzypienie żwiru pod stopami, które urealniało tę scenę, dając mi do zrozumienia, że to nie zły sen. Każdy krok zbliżał mnie do szklarni, i choć zwykle ten widok koił - lubiłem obcować z naturą - dziś był tylko niepokojącym przypomnieniem, że mam coś rosnącego na głowie, co nie chce przestać. Drzwi nie były zamknięte na zamek, więc zajrzałem ostrożnie, wzbudziwszy ruch powietrza w gorącym, wilgotnym, zatęchłym budynku. Kaptur zsunął mi się lekko, ale nie naciagnąłem go z powrotem na głowę - bałem się poprawić go ręką, bo to, co tam rosło, teraz sprawiało wrażenie większego i bardziej żywego. Nie chciałem sprawdzać, jak dużego, bo chyba bym ocipiał, gdybym to dodatkowo analizował, zamiast tego wślizgnąłem się do środka, czując, jak kaktus się rusza. Wzdrygnąłem się... Tak - on się naprawdę ruszał, jakby próbował znaleźć najlepsze miejsce do zakorzenienia się. Z każdym krokiem czułem, jak kolce na mojej głowie drżą, jakby reagowały na nawet najmniejszy impuls - to nie było tylko kuriozum kosmetyczne, to było coś więcej - ten bydlak miał w sobie wolę przetrwania i podejrzaną siłę witalną, co gorsza, pulsował delikatnie, i podejrzewałem, że próbował wyczuć wilgotność powietrza. Możliwe, że była do bani, zbyt duża dla tego gatunku, przyczyniając się do jego natychmiastowego zdechnięcia, bo jego reakcje były dalekie od entuzjastycznych. Oczywiście sam mógłbym sięgnąć po różdżkę i spróbować jakiegoś delikatnego zaklęcia manipulacyjnego, ale z moim szczęściem zadziałałbym odwrotnie, niż zamierzałem i skończyłbym, lewitując w powietrzu z kaktusem nadal przyspawanym do skalpu i czaszki. Potrzebowałem pomocy specjalisty.
Zobaczyłem go z daleka - znaczy - z daleka, jak na szklarnię, która nie miała nawet trzydziestu stóp długości i była zapchana roślinami tak, że czasem człowiek musiał przeciskać się bokiem, ale jednak go zobaczyłem. Siedział na stołku, oparty łokciami o kolana, z różdżką w jednej dłoni, a niedopałkiem w drugiej, i gdyby nie fakt, że miał na sobie ciemną koszulę, mokrą już od tej parnej duchoty, to pewnie bym go nie zauważył. Mógłby wrosnąć w tło, niczym przerośnięty kameleon, bo po prostu tu był, jakby szklarnia należała do niego, nie do Ursuli. Nie chciałem mu przeszkadzać - miał w twarzy ten rodzaj rozluźnienia, który pojawia się dopiero wtedy, gdy człowiek nie musi nikogo udawać, nie gra już nikomu na nosie, nie pręży się ani nie wygłupia - tylko jest w swoim optymalnym środowisku naturalnym.
Zatrzymałem się przy zardzewiałym regale, opierając łokieć o jedno z jego przeżartych przez czas ramion, i wciągnąłem w nozdrza powietrze, które tu zawsze miało ten sam aromat - trochę zbyt mokry, niepokojąco słodki, podszyty czymś gorzkim i obrzydliwym. Skrzywiłem się - mango... Zepsute mango, przejrzałe i zgniłe, i cynamon, ale nie ten, który kojarzył się z kramami z przyprawami, tylko ten inny - od jego intensywności kręciło mnie w nosie. Od razu przypomniało mi się, że akurat tej szklarni nigdy nie lubiłem, ale... Jakie miałem wyjście? Dziś to nie była kwestia lubienia - potrzebowałem pomocy, nie mogłem wybrzydzać.
Stałem tak dobrych kilka minut, nie bardzo wiedząc, jak się za to zabrać. Zaleta bezszelestnego pojawiania się w pomieszczeniu i umiejętności pozostania tam niezauważonym - nie? Musiałem się ruszyć, prędzej czy później, ale całkiem nie wiedziałem, jak mam przedstawić mój problem w taki sposób, żeby nie czuć zażenowania. Ambroise był moim przyjacielem - wiedziałem, że mi pomoże, ale przy okazji miałem wrażenie, iż mnie bezlitośnie wyśmieje - teraz lub później - albo gorzej - zamilknie i zacznie notować obserwacje, jak przy okazji dostrzeżenia jakiegoś groteskowego przypadku nadającego się do publikacji naukowych. Wystarczyło mi to, że już Romulus chciał badać moje domniemane zaburzenia osobowości, traumy pokoleniowe, chuje, muje, dzikie węże - nie potrzebowałem lądować w dwóch książkach na raz - tak właściwie, to w żadnej... Roślina za mną prychnęła, więc możliwe, że się ze mną zgadzała - należało podejść do tego w odpowiedni sposób - ale na tym skończyła się dobroć natury...
Roślina przede mną też się poruszyła i wydała z siebie dźwięk, tylko... Niespokojnie... Wyraźnie zasyczała. Zlustrowałem ją wzrokiem - łodygi napięte, liście w lekkim skurczu, nastrój... Bojowy, jak gdyby tylko czekała na moment nieuwagi, żeby zaatakować kogoś, kto jej nie podpasuje. Wyciągnąłem różdżkę - to był instynkt - nie chciałem jej używać, ale kiedy przerośnięta paprotka zaczęła wydawać z siebie kolejne, niepokojące dźwięki, szeptem rzuciłem zaklęcie uspokajające. Pierwsze, jakie znałem.
Zadziałało może na trzy sekundy - na początku wydawało mi się, że skutecznie - roślina zachybotała się lekko i znowu znieruchomiała, i... Wtedy właśnie, kiedy myślałem, że mam chwilę spokoju, usłyszałem za sobą coś, co przypominało pęknięcie szkła. Odwróciłem się błyskawicznie - nic, cisza, a potem wyraźnie słyszalny szelest dochodzący z przodu, nie z tyłu, i już zrozumiałem, że zrobiłem błąd, bo przez ten ułamek sekundy oderwałem wzrok od tamtej przeklętej donicy.
Roślina zaatakowała, ale... Nie mnie, to byłoby za proste, ona wycelowała liściem w kaktus, ukryty pod kapturem, na mojej głowie, nie dając mi czasu na reakcję. To on pierwszy zareagował - błyskawicznie - zrobił to szybciej niż ja, wydając przy tym pisk i wyginając się w bok. W ułamku chwili poczułem, jak kolce wbijają mi się w skórę tuż nad lewym uchem. Zgiąłem się w pół, uderzając kolanem w stół i jęknąłem, kiedy kłujki wbiły mi się w skórę, a dźwięk przypominający skrzeknięcie przewinął się przez szklarnię. Uratowało mnie tylko to, że instynktownie złapałem się blatu, ignorując pełzającą po nim winorośl, która chyba próbowała pocałować mnie w nadgarstek. Nie był to najgorszy rodzaj czułości, jakiego doświadczyłem w życiu, ani też nie pierwszy, którego sobie nie życzyłem, ale cofnąłem łapę i zakląłem cicho pod nosem, starając się nie obudzić zbyt wielu innych roślin, które stały w doniczkach obok. Ta szklarnia Ursuli była piekłem w wersji roślinnej, i to takim, które ktoś z upodobaniem hodował - z rozmysłem, przez dekady - wolałem nie wiedzieć, co jeszcze dokładnie miała w tych wszystkich pojemnikach i jak to zareaguje, gdy przypadkiem je zaczepię... Najważniejsze, że sycząca paskuda cofnęła się - nawet kątem oka dostrzegałem, iż wyglądała teraz na bardzo zadowoloną z siebie. Jebana, najwyraźniej zaznaczyła dominację. Do końca zrzuciła mi kaptur z głowy i wydała moją pozycję, więc nie mogłem zrobić nic innego, jak tylko rozmasować kolano, wychyliwszy się ze swojej kryjówki.
- Nie pytaj, po plostu powiec, sze moszesz to usunąś, zanim... Nie wiem, zasznie kwitnąś. - Odezwałem się, nie czując potrzeby mówienia: „Cześć.” ani „Siema.” - to nie był dobry moment na przywitanie. Nie mogłem udawać, że znalazłem się tu przypadkiem, problem był zbyt wyraźnie widoczny, więc równie dobrze, mogłem od razu przejść do rzeczy. Miejmy to z głowy - dosłownie.
Z jednej z donic dobiegło mnie westchnienie - ciężkie, przeciągłe, jak gdyby niezadowolone z mojego tonu, albo z obecności, lub w ogóle z mojego istnienia. Rzuciłem jej spojrzenie, które miało uciszyć każdy rozsądny chwast - z cyklu: „Daruj sobie, bo cię wykarczuję.” - ale ta przerośnięta małpa była najwidoczniej zdecydowanie zbyt stara, złośliwa i świadoma własnej wartości, by się przejąć.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2776), Benjy Fenwick (3415), Pan Losu (29)




Wiadomości w tym wątku
[11/09/72] I'm no cactus expert, but I know a prick when I see one | Benjy, Ambroise - przez Benjy Fenwick - 25.05.2025, 17:18
RE: [10/09/72] I'm no cactus expert, but I know a prick when I see one | Benjy, Ambroise - przez Pan Losu - 25.05.2025, 17:18
RE: [11/09/72] I'm no cactus expert, but I know a prick when I see one | Benjy, Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.05.2025, 23:14
RE: [11/09/72] I'm no cactus expert, but I know a prick when I see one | Benjy, Ambroise - przez Benjy Fenwick - 26.05.2025, 10:44
RE: [11/09/72] I'm no cactus expert, but I know a prick when I see one | Benjy, Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.05.2025, 13:24
RE: [11/09/72] I'm no cactus expert, but I know a prick when I see one | Benjy, Ambroise - przez Benjy Fenwick - 27.05.2025, 17:15

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa