26.05.2025, 22:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.07.2025, 11:04 przez Anthony Shafiq.)
Kącik wąskich ust lekko drgnął, rysując się podwójną falą na gładkiej skórze twarzy. Widział go już wcześniej, wśród stada barwnych trajkoczących bez końca ptaków. Trajektorie ich salonowego tańca jednak nie przecięły się i Anthony był wdzięczny, za to małe tête-à-tête umożliwiające mu ograniczone w czasie, wciąż jednak spotkanie z dala od jazgotu, który obaj pozostawili za sobą. Jako esteta z natury zwrócił wszak wcześniej uwagę na kunsztowną maskę tak przyjemnie wkomponowującą się w resztę stroju. Mężczyzna zdążył już zachwycić się tak jej projektem jak i faktem, że umożliwiał mu jej koncept percepowania tego dzieła sztuki w jego prawdziwym kolorze. To zawsze było nieintuicyjną wartością sztuki, po którą sięgał, zwłaszcza wśród ludzi, którzy nie byli świadomi jego skazy. Sam fakt, że biel pozostawała bielą, a srebro srebrem czynił z owego elementu stroju obiekt ściągający jego zmęczony szarością wzrok, niepewny czerni i czerwieni wzrok.
Mógł oczywiście odczytać między wierszami potrzebę samotności. Mógł odejść, pozwalając mężczyźnie odsapnąć, tak jak i sam odpoczywał prawdziwie w ciszy i spokoju zakurzonego księgozbioru. Pozwolił więc sobie jednak na moment braku empatii, choć skłamałby, gdyby powiedział, że to nią kierował się w swoim życiu. Wolał ześlizgnąć się stalą własnych źrenic po krzywiznach i secesyjnych zawijasach pięknej w tym momencie twarzy, która pod spodem mogła być kimkolwiek. Kontemplował go jak rzeźbę, dzieło sztuki, bez konieczności prowadzenia konwersacji.
– Bynajmniej – odpowiedział od razu na propozycję udzielenia wskazówek, podobnie gestem wskazał, że absolutnie nieznajomy nie musi się przesuwać, gdyż sam sięgnął do wewnętrznej kieszeni obszytej czernią piór marynarki, aby wyciągnąć wąską złotą i o zgrozo nie pasującą do całości konceptu stroju na bal maskowy papierośnicę. Była dysonansem odmierzonym skrupulatnie, manifestem miłości, w której łuska bliższa była sercu niż krucze pióro. Wygrawerowany smok łypał groźnie rubinowym okiem, gdy smukłe palce mężczyzny ujęły otoczoną czarną bibułą wiśniową cygaretkę. – Mam trzy teorie, z czego dwie zależne są od upływu czasu lub dylatacji mechanizmu. Trzecia droga skazuje mnie na porażkę, nigdy bowiem nie sięgałem gwiazd bardziej niż słowami poetów, więc ten lśniący rój... – zakręcił miękko nadgarstkiem na wysokości własnej twarzy, pozwalając cienkiej strużce dymu ulecieć ku górze finezyjną spiralą. – ...nie przemawia do mnie – westchnął, może nieco nazbyt teatralnie, ale szczerze nie zamierzał w jakikolwiek sposób podjudzać rozmówcę do zdradzenia się z zainteresowaniami, które tę lukę mogłyby zasklepić. Założył, że jeśli dwie pierwsze teorie nie sprawdzą się w praktyce, zwyczajnie odpuści. – Brak mi w tej całej szaradzie tajemnic zakodowanych muzyką – dodał rozżalony, po czym zaciągnął się i odwrócił wzrok ku rezydencji.
Nie odszedł, ale też nie wszedł do wnętrza obrośniętej różami altanki. Zatrzymał się tam, gdzie powitał go nieznajomy. Paląc, oparł o obły, marmurowy filar, swobodnie, choć każdy kto choć raz próbował tej pozy, wiedział że wymaga odpowiedniego treningu. Shafiq zamilkł, bo cisza nigdy tak naprawdę nie była traktowana przez niego jak wroga. Naturalna przestrzeń w której myśl mogła swobodnie płynąć nie była dlań przestrzenią do zażenowania. W przeciwieństwie do trudnej sztuki dyplomacji i retoryki, teraz mógł odetchnąć konstatując, że bale maskowe stanowczo zyskały, w jego rankingu możliwych do uczestnictwa rozrywek bo choć nie dało się ugrać na nich zbyt wiele, to dawały przestrzeń do ułudnej anonimowości pozostawiając przy tym cały anturaż przepychu. Człowiek jednak mógł wybrać maskę z nieco większą swobodą.
Mógł oczywiście odczytać między wierszami potrzebę samotności. Mógł odejść, pozwalając mężczyźnie odsapnąć, tak jak i sam odpoczywał prawdziwie w ciszy i spokoju zakurzonego księgozbioru. Pozwolił więc sobie jednak na moment braku empatii, choć skłamałby, gdyby powiedział, że to nią kierował się w swoim życiu. Wolał ześlizgnąć się stalą własnych źrenic po krzywiznach i secesyjnych zawijasach pięknej w tym momencie twarzy, która pod spodem mogła być kimkolwiek. Kontemplował go jak rzeźbę, dzieło sztuki, bez konieczności prowadzenia konwersacji.
– Bynajmniej – odpowiedział od razu na propozycję udzielenia wskazówek, podobnie gestem wskazał, że absolutnie nieznajomy nie musi się przesuwać, gdyż sam sięgnął do wewnętrznej kieszeni obszytej czernią piór marynarki, aby wyciągnąć wąską złotą i o zgrozo nie pasującą do całości konceptu stroju na bal maskowy papierośnicę. Była dysonansem odmierzonym skrupulatnie, manifestem miłości, w której łuska bliższa była sercu niż krucze pióro. Wygrawerowany smok łypał groźnie rubinowym okiem, gdy smukłe palce mężczyzny ujęły otoczoną czarną bibułą wiśniową cygaretkę. – Mam trzy teorie, z czego dwie zależne są od upływu czasu lub dylatacji mechanizmu. Trzecia droga skazuje mnie na porażkę, nigdy bowiem nie sięgałem gwiazd bardziej niż słowami poetów, więc ten lśniący rój... – zakręcił miękko nadgarstkiem na wysokości własnej twarzy, pozwalając cienkiej strużce dymu ulecieć ku górze finezyjną spiralą. – ...nie przemawia do mnie – westchnął, może nieco nazbyt teatralnie, ale szczerze nie zamierzał w jakikolwiek sposób podjudzać rozmówcę do zdradzenia się z zainteresowaniami, które tę lukę mogłyby zasklepić. Założył, że jeśli dwie pierwsze teorie nie sprawdzą się w praktyce, zwyczajnie odpuści. – Brak mi w tej całej szaradzie tajemnic zakodowanych muzyką – dodał rozżalony, po czym zaciągnął się i odwrócił wzrok ku rezydencji.
Nie odszedł, ale też nie wszedł do wnętrza obrośniętej różami altanki. Zatrzymał się tam, gdzie powitał go nieznajomy. Paląc, oparł o obły, marmurowy filar, swobodnie, choć każdy kto choć raz próbował tej pozy, wiedział że wymaga odpowiedniego treningu. Shafiq zamilkł, bo cisza nigdy tak naprawdę nie była traktowana przez niego jak wroga. Naturalna przestrzeń w której myśl mogła swobodnie płynąć nie była dlań przestrzenią do zażenowania. W przeciwieństwie do trudnej sztuki dyplomacji i retoryki, teraz mógł odetchnąć konstatując, że bale maskowe stanowczo zyskały, w jego rankingu możliwych do uczestnictwa rozrywek bo choć nie dało się ugrać na nich zbyt wiele, to dawały przestrzeń do ułudnej anonimowości pozostawiając przy tym cały anturaż przepychu. Człowiek jednak mógł wybrać maskę z nieco większą swobodą.