27.05.2025, 01:28 ✶
Najbardziej ironiczne było poniekąd to, że Ambroise był w tym wszystkim zupełnie nieświadomy stania się kolejnym argumentem wykorzystywanym w konflikcie pomiędzy jego towarzyszami. Być może, gdyby był aurowidzem, nie widmowidzem, sytuacja wyglądałaby teraz zgoła inaczej. Mógłby wyczuć pismo nosem i ustosunkować się do tego, że zachowanie Geraldine w tym momencie w zupełności mu wystarczało. Mhm, jasne, na pewno zacząłby ich tłumaczyć.
Mieli swoje doświadczenia, własne wypracowane schematy, wiedzę na swój wzajemny temat, toteż naprawdę nie spodziewał się pod tym kątem jakichkolwiek nagłych zmian. Oczywiście, dopiero zaczynali na nowo budować wspólną rzeczywistość, uzgadniając między sobą, że powinni zweryfikować słuszność niektórych zachowań i zmienić część podejścia. Tyle tylko, że ta podstawa ich relacji chyba zawsze była dla nich obojga całkowicie w porządku.
Potrafili bardzo intuicyjnie dawać sobie wszystko to, czego potrzebowali. W ostatnich dniach całkiem sporo razy padła między nimi deklaracja miłości. Kocham cię wybrzmiało naprawdę mocno, prawdopodobnie znacznie częściej niż kiedykolwiek wcześniej. Wiedzieli, kim dla siebie są. Ustosunkowali się do tego, co było dla nich najlepsze. Nie musieli tego robić przy każdej możliwej okazji.
Ani tym bardziej tłumaczyć się z tego otoczeniu. Ich relacja była dostatecznie ciepła, nawet jeśli w tym momencie mogło to wyglądać zgoła inaczej. Zresztą, nawet gdyby Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, co stało się kolejnym punktem zapalnym dla dwóch bliskich mu osób, Greengrass nie był urodzonym mediatorem.
Nigdy nie palił się do rozwiązywania problemów w relacjach międzyludzkich, choć w tym przypadku, gdyby był do tego zobligowany, prawdopodobnie pewnie prędzej niż później zabrałby głos i dosyć jasno zaznaczył swój stosunek do sprawy. Twardo i konkretnie, bowiem nie byłaby to dla niego upragniona sytuacja. Nie zamierzał spowiadać się z własnych uczuć nikomu innemu niż jego dziewczynie, a i wtedy uciekał się do wyjaśnień wyłącznie przez to, że rzeczywiście chciał to robić. Pragnął tworzyć z Geraldine wspólny dom, nikt inny nie miał prawa oceniać tego, czy było to dostatecznie czułe powiązanie.
Jasne, troska i ciepło ze strony drugiego człowieka, zwłaszcza ukochanego, były nieocenione. Zwłaszcza po tym wszystkim, co dotyczyło go przez ostatnie miesiące. Szczególnie przy raczej wyjątkowo specyficznym stylu okazywania zaangażowania, jakie miała większość jego krewnych, ale...
...no właśnie. Prawdę mówiąc, wychowując się w takim a nie innym domu, gdzie na pierwszym miejscu nader wszystko stawiano konkret, trzeźwe myślenie i zdroworozsądkowe podejście, zaś dopiero później wszelkie czułości i emocje, Ambroise nie miał tendencji do użalania się nad sobą. Prędzej tłumił w sobie wszelkie traumy, lęki i obawy. Często gęsto do momentu, gdy nie mógł już tego dłużej robić. Nie liczył na taryfę ulgową, której nawet nie chciał. Był mężczyzną. Zgodnie ze sposobem, w jaki go wychowano, to on miał brać odpowiedzialność za rozwiązywanie problemów, nie być słabym punktem.
Nie oczekiwał głaskania go po główce. Preferował poszukiwanie rozwiązań problemu, nie jęczenie na jego temat, a że w tym konkretnym przypadku nie istniał żaden sensowny znany mu sposób pozbycia się tej jego przypadłości, Greengrass po prostu musiał przystać na konieczność nauczenia się z nią żyć. Robił to bez ustanku, odkąd to do siebie dopuścił.
Ta wizja nie była zaś zła. Nie była traumatyczna. Nie przejmował się sobą i swoim stanem. Tak po prawdzie, nie zwykł tego robić niemal nigdy. Miał tendencje do bagatelizowania większości tego, co działo się z nim zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym.
W końcu dopóki oddycha, dopóty jest dobrze. Podczas pracy jako uzdrowiciel, zwłaszcza w terenie albo podczas cięższych zmian w Mungu, w jego środowisku stosunkowo często używało się tego zamiennie ze stwierdzeniem: dopóki stoję, dopóty mogę dalej działać. Szczególnie po tej przeklętej nocy, gdy pożary ogarnęły praktycznie cały Londyn i spory pas terenu poza stolicą, niemal wszyscy z nich funkcjonowali na pełnych obrotach niezależnie od tego, czy czuli się osłabieni bądź też przeforsowani. Nadal czuł to w kościach. Wciąż był w stanie wykrzesać z siebie dostatecznie dużo sił, żeby jak najszybciej stanąć na nogi.
Ten stan, w jakim na chwilę znalazł się Roise, naprawdę nie był dla niego końcem świata. Nie mógł być. Pozwolenie sobie na słabość zupełnie nie było w jego stylu, szczególnie wtedy, kiedy mieli dużo głębsze powody do zmartwień. Potrzebowali działać, bowiem o ile żadne z nich nie znalazło się w bezpośrednim stanie zagrożenia zdrowia czy życia, nie mogli powiedzieć tego samego o Romulusie bądź też o Prudence.
Za cholerę nie wiedzieli, gdzie mogą znajdować się ich kompani. Nie mogli zakładać od razu najgorszych opcji. Byłoby to fatalnym posunięciem z perspektywy morali formującego się tworu czegoś na kształt grupy poszukiwawczej. Nie potrzebowali dokopywać sobie najpaskudniejszymi przewidywaniami, podczas gdy tak naprawdę jeszcze zupełnie nic nie wiedzieli. Jednakże musieli być także realistami.
Bletchley i Potter wyparowali stąd bardzo wcześnie rano. Mogli znajdować się tak naprawdę wszędzie. Niekoniecznie w granicach dosyć rozległych terenów należących do letniej posiadłości Lestrange'ów. To byłaby bowiem zresztą wręcz absurdalnie optymistyczna wersja. Miałaby także sens głównie wtedy, gdyby zakładali rychły powrót dwójki zaginionych. O własnych siłach, na własnych nogach. Tak jednak nie było.
Inaczej by ich nie szukali. Nie prowadziliby teraz tej pośpiesznej dyskusji, mając na uwadze coraz szybsze zapadanie zmroku i utrudnienia, jakie to miała zapewnić ciemna, praktycznie bezksiężycowa, prawdopodobnie deszczowa noc. Chmury od samego świtu wisiały nisko na niebie, teraz zaczynało już z nich mżyć. Późniejsze godziny mogły zaś przynieść zarówno deszcz, jak i także jedną z ostatnich letnich burz.
W powietrzu dało się wyczuć bardzo charakterystyczne napięcie. Było ono nie tylko związane z sytuacją, w jakiej znaleźli się pod sam koniec dnia, lecz także właśnie z aurą pogodową. Im dłużej zwlekali, tym gorzej miało być. Biorąc pod uwagę to, że mieli dosłownie szukać wiatru w polu...
...no cóż. Powinni podjąć działania.
Połacie włości ciotki Ursuli były rozległe, ale nie aż tak, żeby całkowicie pogubić się na nich i nie wrócić przez kilkanaście godzin. Zarówno jedno, jak i drugie z zaginionych raczej nie należało do amatorów wycieczek krajobrazowych (abstrahując od tego, co Roise widział w związku z zakupami Prue), ale żadne z nich nie było także zupełnym ignorantem. Idąc praktycznie w jakimkolwiek kierunku, prędzej czy później musieli natrafić na jakiś charakterystyczny punkt. Albo linię brzegową, albo klif, albo żywopłot i ogrodzenie.
Poruszając się po samych krawędziach, musieliby dojść gdzieś, skąd mieliby odniesienie do dalszej wędrówki. Tak się nie stało. Inaczej już dawno trafiliby albo do domu, albo do jednej z pobliskich wiosek. A więc w grę wchodziła konieczność wyjścia poza granice działki. Do lasu albo na tereny podmokłe. Pomiędzy gęsto porośnięte wzgórza, raczej nie na wrzosowiska.
Jednak, by to zrobić, wpierw potrzebowali spróbować pochylić się nad znalezieniem kolejnych wskazówek. Benjy miał przy tym rację, gdy tak przedstawiał kwestię podrzucenia świstoklika. To miało aż nadto sensu. Bardzo niepokojącego, szczególnie że jego przyjaciel być może nie powiedział jeszcze jednego, ale to nie oznaczało, że ta cisza nie wybrzmiała dostatecznie wymownie.
To nie musiała być Ursula. Nie musiał to być Cornelius. Ani nikt z obecnych tu dorosłych ludzi. To zaś sprawiało, że gdy już zajmą się całą sprawą (Roise miał nadzieję, że z powodzeniem) powinni również podjąć środki zabezpieczające ich przed powtórką. Rzeczywiście żyli w coraz gorszych czasach. Trudniejszych, pełnych zagrożeń płynących zewsząd wobec wszystkich. Nie należało popadać w paranoję, ale ostrożność nie miała zaszkodzić.
- Nie, niekoniecznie. Z tego, co mi wiadomo, ani Ursula, ani Cornelius nie chwalą się tą częścią dorobku. Nie figuruje nigdzie w oficjalnie dostępnych dokumentach - odpowiedział Geraldine, posyłając dziewczynie wymowne spojrzenie, ponieważ sytuacja dotycząca tego domu była...
...no cóż, raczej całkiem zbieżna z ich własnym nadmorskim majątkiem. Tak jak oni nie mieli powodu, żeby chwalić się Whitby i Piaskownicą, tak Ursula z ówczesnym narzeczonym raczej nie chciała robić z Exmoor bazy wypadowej dla wszystkich krewniaków.
- Powszechniej znany jest chyba dom w Appledore - dodał, tym razem rzucając wzrokiem w kierunku Fenwicka, potem zaś już tylko kiwając głową.
Zeszli do ogrodu pogrążającego się w mroku. Ambroise chwilowo trzymał się z tyłu, starając się odnotować jakiekolwiek anomalie, jednak bez wykorzystania magii było to dosyć skomplikowane. Całe szczęście, nie tak długą chwilę później doszedł do niego głos Geraldine, do której niemal natychmiast podszedł, starając się przypatrzeć się temu, co odkryła.
Rzeczywiście, nie było to zbyt jednoznaczne. Zwłaszcza w tej formie. Nie mieli jednak zbyt wiele możliwości, toteż nie czekał wiele dłużej. Być może chwilę wcześniej zadeklarował swoje nieprzystosowanie do korzystania z magii, jednak w tym momencie nie czuł się już aż tak bardzo nie na siłach, żeby dłużej wałęsać się po ogrodzie niczym ktoś, kto zupełnie nie wie, co ma robić. Szczególnie, że przecież doskonale wiedział. I wreszcie zamierzał w jakiś dużo bardziej konkretny sposób przysłużyć się poszukiwaniom.
Skoro mieli ślad w postaci nici znalezionych przez Geraldine, mieli również pierścionek Prudence wręcz przeładowany energią i emocjami zaginionej dziewczyny, mogli spróbować wykorzystać oba znaleziska. Wystarczyło tylko, żeby mieli jeszcze mniej więcej sensowną mapę terenu. A ta z dużym prawdopodobieństwem znajdowała się w bibliotece, której okno było nadal uchylone.
Roise wycelował w nie różdżką, biorąc głębszy oddech i korzystając z tego faktu w celu przywołania umiarkowanie ciężkiego atlasu, który widział tam jeszcze niespełna wczoraj. Moment później, już trzymając go w odrobinę drżących i przez to mocno zaciskanych rękach, przykląkł na trawie w pobliżu już rozwianych śladów, starając się podłożyć mapę pod jeden z nich.
- Rzucisz to jeszcze raz, proszę? - Spytał Rinę, jednocześnie odchrząkując głośniej, żeby rzucić do Benjy'ego. - Masz na podorędziu jakieś wahadełko albo coś w tym rodzaju? - Od biedy sam mógł coś sobie spróbować przystosować, ale profesjonalny osprzęt był raczej niezastąpiony.
Wydawało mu się, że ludzie parający się taką profesją jak Fenwick raczej miewali podobne akcesoria. Od tego należało wyjść, próbując chociaż trochę zawęzić obszar poszukiwań dzięki (mętnemu, bo mętnemu; jak zawsze) zaklęciu lokalizacyjnemu. Przy odrobinie szczęścia, skoro Romulus i Prudence raczej nie próbowali ukrywać swojego położenia, mogło udać im się określić cokolwiek. Jeśli nie kilkunastomilowy obszar, to nawet to, czy zaginieni w ogóle znajdowali się jeszcze w ich zasięgu.
Roise nie liczył na spektakularne efekty. Być może jednak anonimowy porywacz nie pomyślał o tym aspekcie zajęcia się sprawą...
Mieli swoje doświadczenia, własne wypracowane schematy, wiedzę na swój wzajemny temat, toteż naprawdę nie spodziewał się pod tym kątem jakichkolwiek nagłych zmian. Oczywiście, dopiero zaczynali na nowo budować wspólną rzeczywistość, uzgadniając między sobą, że powinni zweryfikować słuszność niektórych zachowań i zmienić część podejścia. Tyle tylko, że ta podstawa ich relacji chyba zawsze była dla nich obojga całkowicie w porządku.
Potrafili bardzo intuicyjnie dawać sobie wszystko to, czego potrzebowali. W ostatnich dniach całkiem sporo razy padła między nimi deklaracja miłości. Kocham cię wybrzmiało naprawdę mocno, prawdopodobnie znacznie częściej niż kiedykolwiek wcześniej. Wiedzieli, kim dla siebie są. Ustosunkowali się do tego, co było dla nich najlepsze. Nie musieli tego robić przy każdej możliwej okazji.
Ani tym bardziej tłumaczyć się z tego otoczeniu. Ich relacja była dostatecznie ciepła, nawet jeśli w tym momencie mogło to wyglądać zgoła inaczej. Zresztą, nawet gdyby Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, co stało się kolejnym punktem zapalnym dla dwóch bliskich mu osób, Greengrass nie był urodzonym mediatorem.
Nigdy nie palił się do rozwiązywania problemów w relacjach międzyludzkich, choć w tym przypadku, gdyby był do tego zobligowany, prawdopodobnie pewnie prędzej niż później zabrałby głos i dosyć jasno zaznaczył swój stosunek do sprawy. Twardo i konkretnie, bowiem nie byłaby to dla niego upragniona sytuacja. Nie zamierzał spowiadać się z własnych uczuć nikomu innemu niż jego dziewczynie, a i wtedy uciekał się do wyjaśnień wyłącznie przez to, że rzeczywiście chciał to robić. Pragnął tworzyć z Geraldine wspólny dom, nikt inny nie miał prawa oceniać tego, czy było to dostatecznie czułe powiązanie.
Jasne, troska i ciepło ze strony drugiego człowieka, zwłaszcza ukochanego, były nieocenione. Zwłaszcza po tym wszystkim, co dotyczyło go przez ostatnie miesiące. Szczególnie przy raczej wyjątkowo specyficznym stylu okazywania zaangażowania, jakie miała większość jego krewnych, ale...
...no właśnie. Prawdę mówiąc, wychowując się w takim a nie innym domu, gdzie na pierwszym miejscu nader wszystko stawiano konkret, trzeźwe myślenie i zdroworozsądkowe podejście, zaś dopiero później wszelkie czułości i emocje, Ambroise nie miał tendencji do użalania się nad sobą. Prędzej tłumił w sobie wszelkie traumy, lęki i obawy. Często gęsto do momentu, gdy nie mógł już tego dłużej robić. Nie liczył na taryfę ulgową, której nawet nie chciał. Był mężczyzną. Zgodnie ze sposobem, w jaki go wychowano, to on miał brać odpowiedzialność za rozwiązywanie problemów, nie być słabym punktem.
Nie oczekiwał głaskania go po główce. Preferował poszukiwanie rozwiązań problemu, nie jęczenie na jego temat, a że w tym konkretnym przypadku nie istniał żaden sensowny znany mu sposób pozbycia się tej jego przypadłości, Greengrass po prostu musiał przystać na konieczność nauczenia się z nią żyć. Robił to bez ustanku, odkąd to do siebie dopuścił.
Ta wizja nie była zaś zła. Nie była traumatyczna. Nie przejmował się sobą i swoim stanem. Tak po prawdzie, nie zwykł tego robić niemal nigdy. Miał tendencje do bagatelizowania większości tego, co działo się z nim zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym.
W końcu dopóki oddycha, dopóty jest dobrze. Podczas pracy jako uzdrowiciel, zwłaszcza w terenie albo podczas cięższych zmian w Mungu, w jego środowisku stosunkowo często używało się tego zamiennie ze stwierdzeniem: dopóki stoję, dopóty mogę dalej działać. Szczególnie po tej przeklętej nocy, gdy pożary ogarnęły praktycznie cały Londyn i spory pas terenu poza stolicą, niemal wszyscy z nich funkcjonowali na pełnych obrotach niezależnie od tego, czy czuli się osłabieni bądź też przeforsowani. Nadal czuł to w kościach. Wciąż był w stanie wykrzesać z siebie dostatecznie dużo sił, żeby jak najszybciej stanąć na nogi.
Ten stan, w jakim na chwilę znalazł się Roise, naprawdę nie był dla niego końcem świata. Nie mógł być. Pozwolenie sobie na słabość zupełnie nie było w jego stylu, szczególnie wtedy, kiedy mieli dużo głębsze powody do zmartwień. Potrzebowali działać, bowiem o ile żadne z nich nie znalazło się w bezpośrednim stanie zagrożenia zdrowia czy życia, nie mogli powiedzieć tego samego o Romulusie bądź też o Prudence.
Za cholerę nie wiedzieli, gdzie mogą znajdować się ich kompani. Nie mogli zakładać od razu najgorszych opcji. Byłoby to fatalnym posunięciem z perspektywy morali formującego się tworu czegoś na kształt grupy poszukiwawczej. Nie potrzebowali dokopywać sobie najpaskudniejszymi przewidywaniami, podczas gdy tak naprawdę jeszcze zupełnie nic nie wiedzieli. Jednakże musieli być także realistami.
Bletchley i Potter wyparowali stąd bardzo wcześnie rano. Mogli znajdować się tak naprawdę wszędzie. Niekoniecznie w granicach dosyć rozległych terenów należących do letniej posiadłości Lestrange'ów. To byłaby bowiem zresztą wręcz absurdalnie optymistyczna wersja. Miałaby także sens głównie wtedy, gdyby zakładali rychły powrót dwójki zaginionych. O własnych siłach, na własnych nogach. Tak jednak nie było.
Inaczej by ich nie szukali. Nie prowadziliby teraz tej pośpiesznej dyskusji, mając na uwadze coraz szybsze zapadanie zmroku i utrudnienia, jakie to miała zapewnić ciemna, praktycznie bezksiężycowa, prawdopodobnie deszczowa noc. Chmury od samego świtu wisiały nisko na niebie, teraz zaczynało już z nich mżyć. Późniejsze godziny mogły zaś przynieść zarówno deszcz, jak i także jedną z ostatnich letnich burz.
W powietrzu dało się wyczuć bardzo charakterystyczne napięcie. Było ono nie tylko związane z sytuacją, w jakiej znaleźli się pod sam koniec dnia, lecz także właśnie z aurą pogodową. Im dłużej zwlekali, tym gorzej miało być. Biorąc pod uwagę to, że mieli dosłownie szukać wiatru w polu...
...no cóż. Powinni podjąć działania.
Połacie włości ciotki Ursuli były rozległe, ale nie aż tak, żeby całkowicie pogubić się na nich i nie wrócić przez kilkanaście godzin. Zarówno jedno, jak i drugie z zaginionych raczej nie należało do amatorów wycieczek krajobrazowych (abstrahując od tego, co Roise widział w związku z zakupami Prue), ale żadne z nich nie było także zupełnym ignorantem. Idąc praktycznie w jakimkolwiek kierunku, prędzej czy później musieli natrafić na jakiś charakterystyczny punkt. Albo linię brzegową, albo klif, albo żywopłot i ogrodzenie.
Poruszając się po samych krawędziach, musieliby dojść gdzieś, skąd mieliby odniesienie do dalszej wędrówki. Tak się nie stało. Inaczej już dawno trafiliby albo do domu, albo do jednej z pobliskich wiosek. A więc w grę wchodziła konieczność wyjścia poza granice działki. Do lasu albo na tereny podmokłe. Pomiędzy gęsto porośnięte wzgórza, raczej nie na wrzosowiska.
Jednak, by to zrobić, wpierw potrzebowali spróbować pochylić się nad znalezieniem kolejnych wskazówek. Benjy miał przy tym rację, gdy tak przedstawiał kwestię podrzucenia świstoklika. To miało aż nadto sensu. Bardzo niepokojącego, szczególnie że jego przyjaciel być może nie powiedział jeszcze jednego, ale to nie oznaczało, że ta cisza nie wybrzmiała dostatecznie wymownie.
To nie musiała być Ursula. Nie musiał to być Cornelius. Ani nikt z obecnych tu dorosłych ludzi. To zaś sprawiało, że gdy już zajmą się całą sprawą (Roise miał nadzieję, że z powodzeniem) powinni również podjąć środki zabezpieczające ich przed powtórką. Rzeczywiście żyli w coraz gorszych czasach. Trudniejszych, pełnych zagrożeń płynących zewsząd wobec wszystkich. Nie należało popadać w paranoję, ale ostrożność nie miała zaszkodzić.
- Nie, niekoniecznie. Z tego, co mi wiadomo, ani Ursula, ani Cornelius nie chwalą się tą częścią dorobku. Nie figuruje nigdzie w oficjalnie dostępnych dokumentach - odpowiedział Geraldine, posyłając dziewczynie wymowne spojrzenie, ponieważ sytuacja dotycząca tego domu była...
...no cóż, raczej całkiem zbieżna z ich własnym nadmorskim majątkiem. Tak jak oni nie mieli powodu, żeby chwalić się Whitby i Piaskownicą, tak Ursula z ówczesnym narzeczonym raczej nie chciała robić z Exmoor bazy wypadowej dla wszystkich krewniaków.
- Powszechniej znany jest chyba dom w Appledore - dodał, tym razem rzucając wzrokiem w kierunku Fenwicka, potem zaś już tylko kiwając głową.
Zeszli do ogrodu pogrążającego się w mroku. Ambroise chwilowo trzymał się z tyłu, starając się odnotować jakiekolwiek anomalie, jednak bez wykorzystania magii było to dosyć skomplikowane. Całe szczęście, nie tak długą chwilę później doszedł do niego głos Geraldine, do której niemal natychmiast podszedł, starając się przypatrzeć się temu, co odkryła.
Rzeczywiście, nie było to zbyt jednoznaczne. Zwłaszcza w tej formie. Nie mieli jednak zbyt wiele możliwości, toteż nie czekał wiele dłużej. Być może chwilę wcześniej zadeklarował swoje nieprzystosowanie do korzystania z magii, jednak w tym momencie nie czuł się już aż tak bardzo nie na siłach, żeby dłużej wałęsać się po ogrodzie niczym ktoś, kto zupełnie nie wie, co ma robić. Szczególnie, że przecież doskonale wiedział. I wreszcie zamierzał w jakiś dużo bardziej konkretny sposób przysłużyć się poszukiwaniom.
Skoro mieli ślad w postaci nici znalezionych przez Geraldine, mieli również pierścionek Prudence wręcz przeładowany energią i emocjami zaginionej dziewczyny, mogli spróbować wykorzystać oba znaleziska. Wystarczyło tylko, żeby mieli jeszcze mniej więcej sensowną mapę terenu. A ta z dużym prawdopodobieństwem znajdowała się w bibliotece, której okno było nadal uchylone.
Roise wycelował w nie różdżką, biorąc głębszy oddech i korzystając z tego faktu w celu przywołania umiarkowanie ciężkiego atlasu, który widział tam jeszcze niespełna wczoraj. Moment później, już trzymając go w odrobinę drżących i przez to mocno zaciskanych rękach, przykląkł na trawie w pobliżu już rozwianych śladów, starając się podłożyć mapę pod jeden z nich.
- Rzucisz to jeszcze raz, proszę? - Spytał Rinę, jednocześnie odchrząkując głośniej, żeby rzucić do Benjy'ego. - Masz na podorędziu jakieś wahadełko albo coś w tym rodzaju? - Od biedy sam mógł coś sobie spróbować przystosować, ale profesjonalny osprzęt był raczej niezastąpiony.
Wydawało mu się, że ludzie parający się taką profesją jak Fenwick raczej miewali podobne akcesoria. Od tego należało wyjść, próbując chociaż trochę zawęzić obszar poszukiwań dzięki (mętnemu, bo mętnemu; jak zawsze) zaklęciu lokalizacyjnemu. Przy odrobinie szczęścia, skoro Romulus i Prudence raczej nie próbowali ukrywać swojego położenia, mogło udać im się określić cokolwiek. Jeśli nie kilkunastomilowy obszar, to nawet to, czy zaginieni w ogóle znajdowali się jeszcze w ich zasięgu.
Roise nie liczył na spektakularne efekty. Być może jednak anonimowy porywacz nie pomyślał o tym aspekcie zajęcia się sprawą...
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down