27.05.2025, 14:30 ✶
Atmosfera stawała się coraz bardziej nieznośna. Strach zdawał wdzierać się nawet tutaj - przez ściany, posadzkę, krew. Jej samej w głowie ciążyła myśl, która tkwiła w niej od dawna. Przyjdą po mnie. Przyszli? A może nadal czekają. Ludzie mówili szeptem, jakby bali się, że głośniejsze słowo rozwali strukturę pozornego porządku. Aurorzy przebiegali przez salę, magomedycy aportowali się i deportowali z charakterystycznym trzaskiem.
- Spa? - Powtórzyła jakby smakowała nowe, nieznane sobie słowo, nie mogąc uwierzyć, że wypowiadała je w kontekście głowy państwa pogrążonego w kompletnym chaosie.
Powieka jej drgnęła- irytujący tik, który w jej przypadku nierzadko oznaczał więcej niż cała tyrada- a na koniec języka cisnęło się, że “Fortinbras nigdy nie potrzebował wyjazdów do spa w trakcie pełnienia obowiązków Ministra Magii”. Ale za czasów Malfoy’a nigdy by pewnie do czegoś takiego nie doszło. Był porządek. Nieważne, że czystokrwisty i nepotyczny - ale porządek. Poszanowanie dla magicznych tradycji. Kobieta zacisnęła palce tak mocno, że jej knykcie zbielały, a ostre paznokcie wpijały się boleśnie w skórę.
- Była na popołudniowym posiedzeniu.- Odpowiedziała na pytanie o ciotkę.- Ale może zdążyli ją odprowadzić w bezpieczniejsze miejsce. Nie wiem.
Nie zwracała już uwagi jak roztrzęsiony zdawał się być Anthony. Szczerze powiedziawszy nie potrafiła się skupić na niczym innym jak na piekielnym przybyszu, przybłędzie, w murach Ministerstwa.
- Nie wiem gdzie jest Morpheus.
- Sprawdzałeś Departament Tajemnic? - Zapytała dość nieobecnym tonem, jakby kompletnie straciło na znaczeniu jak ma się którekolwiek z ich przyjaciół.- Wyślij samolocik. Może Alexander będzie coś więcej wiedzieć?
Zmarszczyła brwi. Nie była pewna czy Alex w ogóle był dzisiaj w pracy, mogłaby dać sobie rękę uciąć, że go nie widziała, ale szczerze powiedziawszy, to miało zerowe znaczenie.
Przechyliła głowę, ani myśląc odwracać spojrzenia od mężczyzny. Wpatrywała się w niego jakby był czymś wysoce niepożądanym, z tą nutą zimnej pogardy jaką prezentowała wyłącznie na sali sądowej. Jakby ją zawiodła jej własna rodzina.
Jak to rzekł kiedyś pewien filozof z chłodnego Tallina, Tommius Cashius, wysoce w swej sztuce zaaferowany kulturą włoską “życie może darować ci w ofierze cytryny, gdy tańczysz z demonami lecz mój przyjacielu - no stresso, no stresso, po cóż być depresso?!”
Ale jak tu nie być stresso i depresso skoro najwyraźniej układano na prowizorycznych noszach mugola. Na samym środku Atrium!
- Jakbyśmy wyglądali, gdybyśmy wyrzucili stąd rannego człowieka?
Jeśli Robert nie spodziewał się odpowiedzi na swoje pytanie, to może i lepiej. Bo odpowiedź przyszła. Lorien jeszcze nigdy tak szybko nie odwróciła głowy. Zaśmiała się. Krótko. Kompletnie pozbawionym radości śmiechem.
- Wiesz jak? Jak obrońcy Międzynarodowego Kodeksu Tajności Czarodziejów, którego punktów ślubowaliśmy strzec. Jak sędziowie, którzy faktycznie odrobili zadanie domowe i nie kierują się prywatnymi pobudkami czy promugolskimi poglądami. Zachowaj je na tłumaczenie Rowle'owi dlaczego jego wnuki dzielą dormitorium z niemagicznie urodzonymi, a nie na wspieranie jawnego złamania wszystkich przepisów!- Odpowiedziała ostro, nawet nie siląc się na szept. Nie. W takiej sytuacji nie było miejsca na ciche komentarze. Spojrzała na Anthony’ego z niemym pytaniem “masz coś jeszcze do dodania?” a jej uniesione brwi i zaciśnięte usta jasno sugerowały, że “nie wiem” to raczej kiepska odpowiedź. Przynajmniej nie gorsza niż ta Robertowa. Wzięła głęboki oddech.
- Szlachetność nie jest wymówką dla braku struktury i gwałtu na naszym prawie. Po czyjej ty stronie stoisz, Robercie?- Głos Lorien pozbawiony był tej miękkiej czułości jaką przed chwilą prezentowała wobec Anthony’ego. Po tym pozostało tylko wspomnienie.- Jeśli jest tak jak mówi Anthony nikt nie jest bezpieczny w Londynie.- Powtórzyła za nim. Co to był w ogóle za teatrzyk absurdu? Jeden mugol dzisiaj, jutro dziesięciu. A za tydzień połamią swoje różdżki, bo świat odkryje ich istnienie.- Nie są bezpieczne nasze rodziny, nasze dzieci.- W przeciwieństwie do kuzyna wcale nie wydawała się aż tak opanowana, choć tym razem przemawiała ta włoska krew.- Więc może powinniśmy się skupić na ich ratowaniu zamiast marnować nasze zasoby i siły?- Uniosła dłoń dając znać, że to wcale nie jest otwarta dyskusja i nie ma nawet ochoty słuchać żadnych usprawiedliwień.- Panowie wybaczą.
Rzeczywistość była brutalna. Była straszna. Nie przeczyła temu. Ale Ministerstwo Magii nie było miejscem, które powinno łamać zasady i otwierać swoje bramy przy pierwszym lepszym ataku terrorystów. To czyniło ich słabych. Czyniło ich żałosnym. Odwróciła się na pięcie, wybierając się dokładnie tam, gdzie wybrać się powinna - w stronę dwójki brygadzistów. Nawet w chaosie jaki powoli obejmował Atrium jej obcasy stukały nieznośnie głośno, zwłaszcza, że adrenalina i złość najwyraźniej dodały czarownicy siły jakiej nie miała w sobie od kilku dobrych dni. Maszerowała żwawo, nawet nie planując spojrzeć czy jej towarzystwo ruszyło za nią. Choć pewnie obaj panowie mogli przeczuwać, że dla dobra nieszczęśnika, którego tu przywleczono, a może i karier bogom ducha brygadzistów, lepiej było jej samej z tym nie zostawiać.
Najwyraźniej śmierciożercy nie potrzebowali żadnego potężnego planu jak dokonać ataku na Ministerstwo od środka. Brak Jenkins. Dziwaczna prawna samowolka. Władza kruszała pod palcami.
- Co tu się dzieje?- Zapytała sucho, przystając przy czarodzieju, który próbował wyczarować bandaż na broczącym krwią ramieniu człowieka, który teraz jak podeszła i przyjrzała się uważniej - musiał być niemagicznie urodzony. Nawet szlamy nie patrzą z takim szokiem w oczach na różdżki. Długi pazur palca wskazującego znalazł się tak blisko rannego nieszczęśnika, że cudem chyba tylko nie trafiła go w oko.- Kto to jest?
- Spa? - Powtórzyła jakby smakowała nowe, nieznane sobie słowo, nie mogąc uwierzyć, że wypowiadała je w kontekście głowy państwa pogrążonego w kompletnym chaosie.
Powieka jej drgnęła- irytujący tik, który w jej przypadku nierzadko oznaczał więcej niż cała tyrada- a na koniec języka cisnęło się, że “Fortinbras nigdy nie potrzebował wyjazdów do spa w trakcie pełnienia obowiązków Ministra Magii”. Ale za czasów Malfoy’a nigdy by pewnie do czegoś takiego nie doszło. Był porządek. Nieważne, że czystokrwisty i nepotyczny - ale porządek. Poszanowanie dla magicznych tradycji. Kobieta zacisnęła palce tak mocno, że jej knykcie zbielały, a ostre paznokcie wpijały się boleśnie w skórę.
- Była na popołudniowym posiedzeniu.- Odpowiedziała na pytanie o ciotkę.- Ale może zdążyli ją odprowadzić w bezpieczniejsze miejsce. Nie wiem.
Nie zwracała już uwagi jak roztrzęsiony zdawał się być Anthony. Szczerze powiedziawszy nie potrafiła się skupić na niczym innym jak na piekielnym przybyszu, przybłędzie, w murach Ministerstwa.
- Nie wiem gdzie jest Morpheus.
- Sprawdzałeś Departament Tajemnic? - Zapytała dość nieobecnym tonem, jakby kompletnie straciło na znaczeniu jak ma się którekolwiek z ich przyjaciół.- Wyślij samolocik. Może Alexander będzie coś więcej wiedzieć?
Zmarszczyła brwi. Nie była pewna czy Alex w ogóle był dzisiaj w pracy, mogłaby dać sobie rękę uciąć, że go nie widziała, ale szczerze powiedziawszy, to miało zerowe znaczenie.
Przechyliła głowę, ani myśląc odwracać spojrzenia od mężczyzny. Wpatrywała się w niego jakby był czymś wysoce niepożądanym, z tą nutą zimnej pogardy jaką prezentowała wyłącznie na sali sądowej. Jakby ją zawiodła jej własna rodzina.
Jak to rzekł kiedyś pewien filozof z chłodnego Tallina, Tommius Cashius, wysoce w swej sztuce zaaferowany kulturą włoską “życie może darować ci w ofierze cytryny, gdy tańczysz z demonami lecz mój przyjacielu - no stresso, no stresso, po cóż być depresso?!”
Ale jak tu nie być stresso i depresso skoro najwyraźniej układano na prowizorycznych noszach mugola. Na samym środku Atrium!
- Jakbyśmy wyglądali, gdybyśmy wyrzucili stąd rannego człowieka?
Jeśli Robert nie spodziewał się odpowiedzi na swoje pytanie, to może i lepiej. Bo odpowiedź przyszła. Lorien jeszcze nigdy tak szybko nie odwróciła głowy. Zaśmiała się. Krótko. Kompletnie pozbawionym radości śmiechem.
- Wiesz jak? Jak obrońcy Międzynarodowego Kodeksu Tajności Czarodziejów, którego punktów ślubowaliśmy strzec. Jak sędziowie, którzy faktycznie odrobili zadanie domowe i nie kierują się prywatnymi pobudkami czy promugolskimi poglądami. Zachowaj je na tłumaczenie Rowle'owi dlaczego jego wnuki dzielą dormitorium z niemagicznie urodzonymi, a nie na wspieranie jawnego złamania wszystkich przepisów!- Odpowiedziała ostro, nawet nie siląc się na szept. Nie. W takiej sytuacji nie było miejsca na ciche komentarze. Spojrzała na Anthony’ego z niemym pytaniem “masz coś jeszcze do dodania?” a jej uniesione brwi i zaciśnięte usta jasno sugerowały, że “nie wiem” to raczej kiepska odpowiedź. Przynajmniej nie gorsza niż ta Robertowa. Wzięła głęboki oddech.
- Szlachetność nie jest wymówką dla braku struktury i gwałtu na naszym prawie. Po czyjej ty stronie stoisz, Robercie?- Głos Lorien pozbawiony był tej miękkiej czułości jaką przed chwilą prezentowała wobec Anthony’ego. Po tym pozostało tylko wspomnienie.- Jeśli jest tak jak mówi Anthony nikt nie jest bezpieczny w Londynie.- Powtórzyła za nim. Co to był w ogóle za teatrzyk absurdu? Jeden mugol dzisiaj, jutro dziesięciu. A za tydzień połamią swoje różdżki, bo świat odkryje ich istnienie.- Nie są bezpieczne nasze rodziny, nasze dzieci.- W przeciwieństwie do kuzyna wcale nie wydawała się aż tak opanowana, choć tym razem przemawiała ta włoska krew.- Więc może powinniśmy się skupić na ich ratowaniu zamiast marnować nasze zasoby i siły?- Uniosła dłoń dając znać, że to wcale nie jest otwarta dyskusja i nie ma nawet ochoty słuchać żadnych usprawiedliwień.- Panowie wybaczą.
Rzeczywistość była brutalna. Była straszna. Nie przeczyła temu. Ale Ministerstwo Magii nie było miejscem, które powinno łamać zasady i otwierać swoje bramy przy pierwszym lepszym ataku terrorystów. To czyniło ich słabych. Czyniło ich żałosnym. Odwróciła się na pięcie, wybierając się dokładnie tam, gdzie wybrać się powinna - w stronę dwójki brygadzistów. Nawet w chaosie jaki powoli obejmował Atrium jej obcasy stukały nieznośnie głośno, zwłaszcza, że adrenalina i złość najwyraźniej dodały czarownicy siły jakiej nie miała w sobie od kilku dobrych dni. Maszerowała żwawo, nawet nie planując spojrzeć czy jej towarzystwo ruszyło za nią. Choć pewnie obaj panowie mogli przeczuwać, że dla dobra nieszczęśnika, którego tu przywleczono, a może i karier bogom ducha brygadzistów, lepiej było jej samej z tym nie zostawiać.
Najwyraźniej śmierciożercy nie potrzebowali żadnego potężnego planu jak dokonać ataku na Ministerstwo od środka. Brak Jenkins. Dziwaczna prawna samowolka. Władza kruszała pod palcami.
- Co tu się dzieje?- Zapytała sucho, przystając przy czarodzieju, który próbował wyczarować bandaż na broczącym krwią ramieniu człowieka, który teraz jak podeszła i przyjrzała się uważniej - musiał być niemagicznie urodzony. Nawet szlamy nie patrzą z takim szokiem w oczach na różdżki. Długi pazur palca wskazującego znalazł się tak blisko rannego nieszczęśnika, że cudem chyba tylko nie trafiła go w oko.- Kto to jest?