• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[11/09/72] I'm no cactus expert, but I know a prick when I see one | Benjy, Ambroise

[11/09/72] I'm no cactus expert, but I know a prick when I see one | Benjy, Ambroise
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
27.05.2025, 17:15  ✶  
Właściwie, kiedy już to powiedziałem - „nie pytaj” - dotarło do mnie, że Ambroise naprawdę nie miał najmniejszego zamiaru zadawać pytań, ani o to, skąd się to cholerstwo wzięło, ani dlaczego w ogóle uznało mnie za potencjalną doniczkę. Nie zdziwił się, nie skrzywił, nie zaklął nawet, nie mruknął z cichą dezprobatą. Miałem wrażenie, że gdybym przyszedł tu z bukszpanem w pępku albo orchideą wychodzącą z ucha, zareagowałby dokładnie tak samo - z tą samą nonszalancją, przekrzywieniem głowy, a na koniec, trochę uprzedzając fakty, z tym samym lakonicznym: „Voilà.”, które w jego języku chyba oznaczało mniej więcej tyle, co: „Nie umrzesz, możesz iść, zamknij za sobą drzwi do szklarni.” Oczywiście, że Roise nie był ani zdziwiony, ani nawet lekko poruszony faktem, że jego stary przyjaciel przyszedł z półdzikim kaktusem wrośniętym w czaszkę. Nie padło ani jedno głupie: „Co ty, do cholery, zrobiłeś?” - nawet wypowiedziane w tonie szydery - nie, jego reakcją było uniesienie głowy i porażający spokój.
Przetarłem twarz dłonią, czując, jak pot cieknie mi po karku. Szklarnia była duszna, światło filtrowane przez liście - ostre, a powietrze miało naprawdę drażniący swąd, ale on dalej siedział tam, na tym swoim stołku, jakby wszystko było w jak najlepszym porządku. Z początku sądziłem, że przynajmniej trochę się tym przejmie, lecz nie, nawet brwi nie uniósł. Z jednej strony - ulga - miło, że nie musiałem tłumaczyć się z czegoś, czego sam nie do końca rozumiałem. Z drugiej… No, cóż - wciąż miałem pieprzonego Copiapoę griseoviolaceę wyrastającego z czaszki, a jedynym komentarzem, jaki udało mi się uzyskać, był z grubsza pochlebny ton zarezerwowany zazwyczaj dla roślin doniczkowych, które dobrze rokują pod kątem bycia wzorcem gatunku... Tak, Greengrass po prostu ocenił, jaki to gatunek, pochwalił jego formę, i może to w sumie było na miejscu, zważywszy na okoliczności, ale mimo wszystko... Miałem nadzieję na nieco więcej emocji - na przykład niepokój lub współczucie, lub chociaż uprzejme zdziwienie - nic z tych rzeczy. On po prostu wstał, w swoim tempie, z całym tym ociężałym spokojem człowieka, którego nie rusza już nic poniżej największych anomalii botanicznych.
- Copiapoa gliseoviolacea... - Powtórzyłem bezgłośnie za nim, czując, jak zakotwiczone wcześniej korzenie pulsują. - Jak miło, sze pszynajmniej wies, s czym mas do czynienia, Loise, naplawdę to doceniam. - Westchnąłem przeciągle, bo na tym etapie było mi już wszystko jedno, ale musiałem przyznać, że coś mnie jednak uwierało - i nie, nie mówiłem o kolcach - to było... Coś znacznie subtelniejszego, jak zadra na godności - drobna, niewidzialna dla świata, ale całkiem ostra dla mnie. Mój przyjaciel był zachwycony moim dramatem - uroczy okaz, rzadki, no, jasne. „Wyjątkowo ładny egzemplarz” - powtórzyłby zapewne jeszcze raz, gdyby nie był zbyt zajęty ocenianiem głębokości osadzenia korzonków. Gdyby nie to, że Roise wyglądał, jakby sam właśnie dopiero wygramolił się spod stołu, pod którym zasnął, a mnie trochę ugodziła jego obojętność, może nawet byłbym mu wdzięczny za profesjonalizm.
Wiedziałem, że nie powinienem mieć mu tego za złe. Pewnie widział już zbyt wiele, żeby coś takiego mogło go poruszyć - z dużym prawdopodobieństwem, jeśli chodzi o profesjonalizm, musiał być typem człowieka, który przed pierwszą kawą potrafił wyjąć roślinnego pasożyta z nosa, zszyć rozszarpany przez zmutowaną paproć bark i w międzyczasie pogłaskać magiczną kapustę po liściu, bo mu się „ładnie rozwinęła od słońca” - człowiek z cierpliwością do wykonywanego zawodu, ale też człowiek nie do końca ludzki, przynajmniej przed godziną ósmą rano, a ja najwyraźniej stałem się właśnie kolejnym przypadkiem, następnym nazwiskiem do listy, którą w myślach prowadził co najmniej od początku sezonu:
Copiapoa griseoviolacea - lokalizacja: czakra korony, Fenwick, B.
Po jego spojrzeniu, wyglądało na to, że mój przypadek nie był nawet w pierwszej dziesiątce najbardziej absurdalnych roślinnych komplikacji sezonu. Ambroise nie tylko nie był zaskoczony - on się wręcz nudził. Znałem ten jego grymas - połączenie lekkiego rozbawienia i cierpliwości, jakby mówił: „Tak, tak, znowu to samo, tylko inna głowa i inna pora dnia.” Przyjrzałem mu się kątem oka, kiedy pochylał się nade moją głową, zupełnie jakby sprawdzał, czy coś już zaczęło gnić. Tego mi brakowało do pełni upokorzenia - żeby jeszcze skrzywił się z obrzydzeniem, ale nie, on w dalszym ciągu był nawet dumny z tej rośliny, zachwycony jej kolorem, strukturą, sposobem, w jaki wrosła. To też było coś trochę absurdalnego - zostać docenionym nie za siebie, tylko za kaktusa, który ze mnie wyrósł.
Piękny, zdrowy okaz, rzadki, wart uwagi. Ja? Cóż - naczynie - donica i podłoże w jednym.
- Dzięki. - Mruknąłem pod nosem, bardziej do siebie niż do niego, bo nie było co się spodziewać, że odpowie - był zajęty zawodowo i całkowicie skoncentrowany. - Wies... - Zacząłem z tym specyficznym tonem człowieka, którego ego zostało właśnie boleśnie obite przez mięsistą roślinę, a potem przez przerośniętą paproć, teraz natomiast przez osobistego kumpla. - Nie, szeby mi zaleszało, ale mógłbyś chociasz udawaś, sze to wsystko jest tlochę… Powaszne? - Nie oczekiwałem odpowiedzi, i jej nie dostałem - widziałem tylko, jak Ambroise zmrużył oczy, zlustrował teksturę kolców i bez żadnych emocji uznał, że „będzie boleć”.
- A, cudownie. - Parsknąłem. - Bo do tej poly, to była czysta pszyjemnoś. - Zacisnąłem zęby, kiedy pierwsze zaklęcie tylko rozdrażniło zielonego pasożyta, gdzieś pod czaszką poczułem, jak coś się przesuwa. Poczułem, jak korzenie zaczynają drżeć, a potem roślina jęknęła. Ja też miałem ochotę jęknąć, ale przeczuwałem, że w obecności Ambroise’a to groziło natychmiastowym obniżeniem statusu do poziomu „histeryczny pacjent”. Po pewnym incydencie z żądlibąkiem, który uparcie próbował założyć gniazdo w moim uchu, nauczyłem się, że najlepiej znosić takie rzeczy z godnością, czyli bez jęków, narzekań, bez histerii. Chociaż… Ta konkretna Copiapoa miała wyjątkowo złośliwe kolce, więc czułem każdy milimetr ich cofania, nawet drobny ruch odczuwałem tak, jakby ktoś rozrywał coś w mojej czaszce. Westchnąłem przez zaciśnięte zęby. Ból był dziwny - nie ostry, nie oczywisty. Taki… Jak gdyby moje neurony nie chciały się rozstać z intruzem. Bolało... Nie tak, żeby krzyczeć, ale wystarczająco, żeby przypomnieć sobie wszystkie wybory życiowe, które doprowadziły mnie do tego momentu - na przykład zakupienie tego szamponu, pójście do tej konkretnej drogerii na rogu ulicy, w której ekspedientka miała wzrok jak osoba, która za chwilę powie coś na granicy absurdu... Może powinienem wtedy wiedzieć, żeby nie być przesadnie nowatorski, bo taki wybór będzie prowadził do tej chwili, kiedy kaktus wbije mi się w głowę, a mój przyjaciel będzie tak zblazowany, że nawet nie wstanie od razu, tylko poprawi mankiet koszuli i powie: „Wyjątkowo ładny okaz.” Nie wiedziałem, co bolało bardziej - kolce, kiedy się wysuwały, czy to, że on naprawdę mówił to serio.
Kiedy w końcu wyjął to paskudztwo z mojej skóry i odłożył je z delikatnością, przez moment wpatrywałem się w niego z czymś pomiędzy urazą a egzystencjalnym zmęczeniem. Zerknąłem na kaktusa spoczywającego spokojnie na stole, jakby nigdy nic - okaz nie wyglądał na szczególnie skruszony. Poza tym, nie umknęło mi, że nawet wtedy, kiedy cała ta kulka kolców w końcu wysunęła się z cichym mlaśnięciem, nawet wtedy Roise nie powiedział nic, co miałoby zabrzmieć jak: „Współczuję ci, stary.” Zerknąłem na niego spode łba.
- Voilà... - Powtórzyłem, patrząc, jak kaktus w kącie rozkłada powoli swoje segmenty, jakby ziewał.
Rozejrzałem się po szklarni, zerkając na inne rośliny, które wydawały się nieco zbyt zainteresowane moją obecnością - niektóre poruszały się niespokojnie, inne szumiały liśćmi jakby szeptały do siebie plotki. Pewnie już wiedziały, że jestem łatwym celem - ofiarą, spacerującą rabatą...
- Nie bąś taki zabawny. - Chciałem, żeby to zabrzmiało groźnie, lecz nie było w tym goryczy, tylko ten specyficzny, półsuchy humor, który rozwija się w towarzystwie ludzi, którzy widzieli zbyt wiele, by przejąć się tym, że ich przyjaciel właśnie stał się ofiarą szamponu do włosów. Swoją drogą, musiałem pamiętać, że widział mnie w dużo gorszym stanie - z rozciętą wargą, z wybitym barkiem, z poszarpanym udem po wizycie w Zakazanym Lesie i z całym przekrojem obrażeń, których nie kataloguje się w żadnym oficjalnym podręczniku, więc... Może naprawdę nie było aż takiego powodu, by był zdziwiony. W świecie, w którym ludzie przychodzili do Munga z dzbanecznikiem przyrośniętym do piersi i z rokitnikiem wyrastającym z pachy, jeden kaktus wbity w skroń pewnie nie robił już na nikim wrażenia, nawet jeśli był wyjątkowo malowniczy. Nawet jeśli był to Copiapoa griseoviolacea - ładny, rzadki, lekko purpurowy i wyjątkowo wredny... Nie, nie było sensu tego analizować. W jego świecie takich jak ja było dziesięciu dziennie - ktoś z kiełkującym okiem, ktoś z szarłatem wyrastającym z lędźwi, jeden z pnączem między żebrami, a teraz ja - z kaktusem. Popatrzyłem na jego twarz - na tę zmęczoną, nieco rozbawioną mimikę, i pomyślałem, że nie mam prawa się obrażać. Roise robił to, co umiał najlepiej - rozwiązywał problem, zawsze był dobry w rozwiązywaniu problemów medyczno-botanicznych.
Unosząc nieznacznie jedną brew, oparłem rękę na biodrze i wreszcie pozwoliłem sobie westchnąć - nie z bólu, nie z ulgi, tylko z tego rodzaju rezygnacji, jaka przychodzi, gdy człowiek orientuje się, że już nie jest bohaterem własnej tragifarsy.
- Postalam szię, ale nic nie obiecuję, znas mnie... - Parsknąłem śmiechem, bo nie miałem siły na protest. Dla niego to był dzień jak każdy inny, dla mnie - dzień, w którym miałem nadzieję poczuć się lepiej, może nawet zadbać o siebie, i - Merlinie, strzeż mnie - spróbować wyglądać przyzwoicie na randce dokładnie z takim typem kobiety, o którym wspomniał Ambroise.
- No, to... Dzięki. - Spojrzałem na niego, stojąc jeszcze przez chwilę, po czym odwróciłem się do wyjścia. Kaktus na stole poruszył się lekko, jakby ostatni raz próbował mnie przywołać. Nie odpowiedziałem... Miałem szampon do wyrzucenia - nie zamierzałem więcej ryzykować, ani ponawiać zakupu, bo wydawało mi się jasne, że to nie była wyjątkowa butelka - pewnie partia z jakimś nielegalnym składnikiem, może sproszkowanym nasieniem, może aktywnym wyciągiem z nieprzetworzonego soku... I nagle każdy, kto mył głowę, stawał się mobilnym inkubatorem dla sukulentów. Nie zamierzałem zostawiać tego w łazience, nawet jeśli wizja Eliasa przychodzącego do Greengrassa z tym samym problemem, dzięki mnie, trochę bawiła. Wyszedłem. Miałem randkę, a wbrew ostrzeżeniom, bym czekał do wieczora, nie zamierzałem się spóźnić.

Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2776), Benjy Fenwick (3415), Pan Losu (29)




Wiadomości w tym wątku
[11/09/72] I'm no cactus expert, but I know a prick when I see one | Benjy, Ambroise - przez Benjy Fenwick - 25.05.2025, 17:18
RE: [10/09/72] I'm no cactus expert, but I know a prick when I see one | Benjy, Ambroise - przez Pan Losu - 25.05.2025, 17:18
RE: [11/09/72] I'm no cactus expert, but I know a prick when I see one | Benjy, Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.05.2025, 23:14
RE: [11/09/72] I'm no cactus expert, but I know a prick when I see one | Benjy, Ambroise - przez Benjy Fenwick - 26.05.2025, 10:44
RE: [11/09/72] I'm no cactus expert, but I know a prick when I see one | Benjy, Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.05.2025, 13:24
RE: [11/09/72] I'm no cactus expert, but I know a prick when I see one | Benjy, Ambroise - przez Benjy Fenwick - 27.05.2025, 17:15

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa