27.05.2025, 17:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.05.2025, 22:55 przez Anthony Shafiq.)
Morpheus odgryzł się mu i Anthony przez moment nie rozumiał czemu miałby patrzeć w lustro, skoro najistotniejsze było to, że jego przyjaciel jest żywy. Półżywy. Zdecydowanie jeszcze nie Martwy. Po chwili jednak skołowane oczy opadły na ubrudzone czernią dłonie, w tak paskudny nieregularny sposób, niewłaściwy, nieodpowiedni, niesymetryczny...
Mimowolnie potarł czystszą dłonią tą brudniejszą dłoń, jakby chciał zetrzeć skazę. Mimowolnie uformował wiązkę translokacyjnej magii by od siebie odpędzić barwnik. Na nic to się zdało. Brudzidło było magiczne, choć za wcześnie było Shafiqowi to rozeznać - w końcu nie znał się wcale ani na sztukach wykorzystujących farby, ani na rzemiośle per se.
Chwilę potem sapnął, sapnięciem z pogranicza irytacji i rozbawienia, a stalowe oczy znów utkwione były w twarzy Somni. Pan Snów, Pan Przepowiedni, Pan Zwiastowania Śmierci. Widział go, widział jego zmęczenie, jego rozdzierające serce pragnienia, widział kolekcję masek, trywialnych, kokieteryjnych zachowań, bełkotu ukrywającego pustkę, spaleniznę która pochłaniała go dzień po dniu. Czuł własną, czuł jego czuciem. Czuł ich śmierć nie taką fizyczną, ale psychiczną, która postępowała wobec marazmu. Nadmiaru i niedomiaru splecionych ciasno w ich doczesności. Podobnie jak przed momentem wykonał ten gest ku Julianowi, składając mu solenną przysięgę wdzięczności za wyrwanie z rąk oprychów, tak i teraz pochylił na moment czoło nim ruszyli, pochylił je ku Morpheusowi. Nie po to by coś obiecać, nie po to żeby go wesprzeć, bo miał poczucie, miał głębokie przeświadczenie, że sam fakt, że stoją wobec tego piekła razem, tchnie w pierś jego umiłowanej duszy nadzieję, tak jak tchnęło nadzieję w jego pierś sam fakt, że go zobaczył. Mogli być głęboko nieszczęśliwi. Ale stali obok siebie. Kukułka i...
...smok?
W swojej megalomanii, w swoim nabrzmiałym ego, zwykł mówić, że jego zwierzęciem totemicznym z pewnością jest smok. Gdy porównywali swoje patronusy, elegancki i majestatyczny wciąż pozbawiony nóg pyton królewski został zidentyfikowany jako gatunek beznogiego azjatyckiego smoka i choć wszelkie źródła mówiły co innego, Anthony trwał przy swoim. Teraz jednak ogień oczyszczał, ogień trawił ułudę. Ogień poddawał próbie charakter i wolę. Smok niósł ze sobą bogactwo i szczęście, ale nie tworzył pary z kukułką, dlatego też Shafiq w swoich podarkach dla Longbottoma skłaniał się ku symbolice bardziej okazałego drobiu - czyli ku feniksowi. Tymczasem teraz, w tym nagłym dziwnym zrozumieniu sytuacji, w przełknięciu dawno wyschniętej przerażeniem i trwogą śliny, pojął istotę procesu.
Zwiastowana przez drobnego ptaka Śmierć... była częścią cyklu, powtarzalnego okręgu symbolizowanego w tak wielu kulturach giętkim gadzim kręgosłupem.
– ... a wąż składa w darze odrodzenie. Gdzie Ty tam ja Somnia. – Odetchnął bliskością z nim, metafizycznymi więzami, które czyniły z nich jedną istotę spoglądającą w dwie odmienne strony. Jak Morpheus widział przyszłość i poruszał się po przeszłości, tak Anthony osadzał się w teraz. Jak Morpheus spalał się wpisanym w swój kosmogram ogniem, tak Anthony tonął w wodzie wpisanej we własny układ planet i gwiazd. Działanie i emocje. Chaos i porządek. Gniew i smutek. Czerwień i błękit. Nikt nie wziąłby ich za podobnych jak dwie krople wody, istota ich relacji pomyślana była we wzajemnym dopełnieniu.
Nie miał przy sobie jedzenia, ale skoro mieli iść do klubokawiarni, wierzył, że jest to kwestia czasu, aby Morpheus się posilił. Ruszył oczywiście - zgodnie ze swoimi słowami za nim - i bez słowa pojął ich obecną pracę badawczą. Znajomy teren, zaprzężenie umysłu do pracy, gdy ciało zdradziecko wciąż dygotało, kiedy tylko odsunęli się od siebie. Teraz jednak pozyskiwanie danych zdało się zasadne. Pożar był ponad wszelką wątpliwość efektem czarnomagicznych praktyk, potężnego zaklęcia, które najprawdopodobniej miało swoją moc, swoje zasilanie z czeluści Limbo. Zapalały się konkretne budynki, a dopiero od nich kolejno zajmowały się kolejne.
– Tam – Morpheus odznaczał się wybitnym zmysłem obserwacji, ale od głównej przecznicy rozgałęziały się uliczki i zaułki, rzeczy, które mogły umknąć. Pocieszał się, że był dlań jakkolwiek przydatny, nie dopuszczając do siebie myśli, że jego skołatane serce i duszności wynikające to z otaczającej ich auty, stresu i plejady drażniących go natrętnych myśli czyniły go raczej balastem aniżeli asem w rękawie. W końcu Anthony też wyciągnął swój notes. Złocisty ołówek wyglądał kuriozalnie w utytłanych dłoniach, a jego zapiski dalekie były do elegancji i szyku ministerialnych not, które z taką lubością rozsyłał jeśli już był w pracy. Jego zapiski nie miały też zbyt wielkiego sensu, będące raczej spisaniem strzępków myśli. Chaotyczne, nieskładne, tak naprawdę służyły czemuś innemu - ich główną funkcją było wyciszenie się, odzyskanie kontroli nad sobą, oddechu, którego nie mógł nabrać pełną piersią. Myśli, które w końcu mogły być bardziej, sensowniej...
– Widziałeś Jonathana? – wypalił w końcu, gdy zatrzymali się, by upewnić się od naocznych świadków, który z budynków zapłonął pierwszy. Później będą potrzebować mapy, żeby nanieść te punkty. Dostrzec wzorzec. Na tym etapie nie miał pojęcia, że na mapie pojawi się cała gigantyczna linia rozdzierająca wyspę na dwoje. Zadrapanie. Pokaz siły. Bluźnierstwo. Był jednak egoistyczny w swoim pytaniu, które padło, gdy ludzie odeszli. Choć może masochistyczny? Teraz, gdy największy kryzys został zażegnany, gdy wykręcająca mu zmysły obawa została uciszona i zaopiekowana, gdy dwóch Krukonów weszło na trop prawdy i starej koleiny zbierania faktów... Teraz mógł posypać solą inne miejsce. Choć uważał, że całkiem nieźle zapanował nad głosem.
Brzmiał niemal nonszalancko.
Mimowolnie potarł czystszą dłonią tą brudniejszą dłoń, jakby chciał zetrzeć skazę. Mimowolnie uformował wiązkę translokacyjnej magii by od siebie odpędzić barwnik. Na nic to się zdało. Brudzidło było magiczne, choć za wcześnie było Shafiqowi to rozeznać - w końcu nie znał się wcale ani na sztukach wykorzystujących farby, ani na rzemiośle per se.
Chwilę potem sapnął, sapnięciem z pogranicza irytacji i rozbawienia, a stalowe oczy znów utkwione były w twarzy Somni. Pan Snów, Pan Przepowiedni, Pan Zwiastowania Śmierci. Widział go, widział jego zmęczenie, jego rozdzierające serce pragnienia, widział kolekcję masek, trywialnych, kokieteryjnych zachowań, bełkotu ukrywającego pustkę, spaleniznę która pochłaniała go dzień po dniu. Czuł własną, czuł jego czuciem. Czuł ich śmierć nie taką fizyczną, ale psychiczną, która postępowała wobec marazmu. Nadmiaru i niedomiaru splecionych ciasno w ich doczesności. Podobnie jak przed momentem wykonał ten gest ku Julianowi, składając mu solenną przysięgę wdzięczności za wyrwanie z rąk oprychów, tak i teraz pochylił na moment czoło nim ruszyli, pochylił je ku Morpheusowi. Nie po to by coś obiecać, nie po to żeby go wesprzeć, bo miał poczucie, miał głębokie przeświadczenie, że sam fakt, że stoją wobec tego piekła razem, tchnie w pierś jego umiłowanej duszy nadzieję, tak jak tchnęło nadzieję w jego pierś sam fakt, że go zobaczył. Mogli być głęboko nieszczęśliwi. Ale stali obok siebie. Kukułka i...
...smok?
W swojej megalomanii, w swoim nabrzmiałym ego, zwykł mówić, że jego zwierzęciem totemicznym z pewnością jest smok. Gdy porównywali swoje patronusy, elegancki i majestatyczny wciąż pozbawiony nóg pyton królewski został zidentyfikowany jako gatunek beznogiego azjatyckiego smoka i choć wszelkie źródła mówiły co innego, Anthony trwał przy swoim. Teraz jednak ogień oczyszczał, ogień trawił ułudę. Ogień poddawał próbie charakter i wolę. Smok niósł ze sobą bogactwo i szczęście, ale nie tworzył pary z kukułką, dlatego też Shafiq w swoich podarkach dla Longbottoma skłaniał się ku symbolice bardziej okazałego drobiu - czyli ku feniksowi. Tymczasem teraz, w tym nagłym dziwnym zrozumieniu sytuacji, w przełknięciu dawno wyschniętej przerażeniem i trwogą śliny, pojął istotę procesu.
Zwiastowana przez drobnego ptaka Śmierć... była częścią cyklu, powtarzalnego okręgu symbolizowanego w tak wielu kulturach giętkim gadzim kręgosłupem.
– ... a wąż składa w darze odrodzenie. Gdzie Ty tam ja Somnia. – Odetchnął bliskością z nim, metafizycznymi więzami, które czyniły z nich jedną istotę spoglądającą w dwie odmienne strony. Jak Morpheus widział przyszłość i poruszał się po przeszłości, tak Anthony osadzał się w teraz. Jak Morpheus spalał się wpisanym w swój kosmogram ogniem, tak Anthony tonął w wodzie wpisanej we własny układ planet i gwiazd. Działanie i emocje. Chaos i porządek. Gniew i smutek. Czerwień i błękit. Nikt nie wziąłby ich za podobnych jak dwie krople wody, istota ich relacji pomyślana była we wzajemnym dopełnieniu.
Nie miał przy sobie jedzenia, ale skoro mieli iść do klubokawiarni, wierzył, że jest to kwestia czasu, aby Morpheus się posilił. Ruszył oczywiście - zgodnie ze swoimi słowami za nim - i bez słowa pojął ich obecną pracę badawczą. Znajomy teren, zaprzężenie umysłu do pracy, gdy ciało zdradziecko wciąż dygotało, kiedy tylko odsunęli się od siebie. Teraz jednak pozyskiwanie danych zdało się zasadne. Pożar był ponad wszelką wątpliwość efektem czarnomagicznych praktyk, potężnego zaklęcia, które najprawdopodobniej miało swoją moc, swoje zasilanie z czeluści Limbo. Zapalały się konkretne budynki, a dopiero od nich kolejno zajmowały się kolejne.
– Tam – Morpheus odznaczał się wybitnym zmysłem obserwacji, ale od głównej przecznicy rozgałęziały się uliczki i zaułki, rzeczy, które mogły umknąć. Pocieszał się, że był dlań jakkolwiek przydatny, nie dopuszczając do siebie myśli, że jego skołatane serce i duszności wynikające to z otaczającej ich auty, stresu i plejady drażniących go natrętnych myśli czyniły go raczej balastem aniżeli asem w rękawie. W końcu Anthony też wyciągnął swój notes. Złocisty ołówek wyglądał kuriozalnie w utytłanych dłoniach, a jego zapiski dalekie były do elegancji i szyku ministerialnych not, które z taką lubością rozsyłał jeśli już był w pracy. Jego zapiski nie miały też zbyt wielkiego sensu, będące raczej spisaniem strzępków myśli. Chaotyczne, nieskładne, tak naprawdę służyły czemuś innemu - ich główną funkcją było wyciszenie się, odzyskanie kontroli nad sobą, oddechu, którego nie mógł nabrać pełną piersią. Myśli, które w końcu mogły być bardziej, sensowniej...
– Widziałeś Jonathana? – wypalił w końcu, gdy zatrzymali się, by upewnić się od naocznych świadków, który z budynków zapłonął pierwszy. Później będą potrzebować mapy, żeby nanieść te punkty. Dostrzec wzorzec. Na tym etapie nie miał pojęcia, że na mapie pojawi się cała gigantyczna linia rozdzierająca wyspę na dwoje. Zadrapanie. Pokaz siły. Bluźnierstwo. Był jednak egoistyczny w swoim pytaniu, które padło, gdy ludzie odeszli. Choć może masochistyczny? Teraz, gdy największy kryzys został zażegnany, gdy wykręcająca mu zmysły obawa została uciszona i zaopiekowana, gdy dwóch Krukonów weszło na trop prawdy i starej koleiny zbierania faktów... Teraz mógł posypać solą inne miejsce. Choć uważał, że całkiem nieźle zapanował nad głosem.
Brzmiał niemal nonszalancko.
Anam cara, zwierzę totemiczne wąż, nerwica natręctw, drobny lęk (utrata kontroli)