27.05.2025, 22:02 ✶
Ambroise był dziś wyjątkowo cichy, ale ku się nie dziwiłem, a Geraldine także nie odezwała się ani słowem, kiedy podzieliłem się swoimi wnioskami. Tylko na mnie spojrzała - uważnie, z tym spokojnym skupieniem, które u niej chyba nie zwiastowało ani aprobaty, ani sprzeciwu, tylko chłonęło dane, przetwarzało je gdzieś wewnątrz. Może i nie mogła nie mieć doświadczenia z zabezpieczeniami - nie każdy musiał, cholera wiedziała, czy ona - ale nie byłbym zdziwiony, gdyby za godzinę recytowała mi pełną strukturę antymugolskich barier wokół tej rezydencji z pamięci, byleby tylko być lepsza ode mnie. Nie lekceważyłem jej, bo kto lekceważy milczących, którzy wcześniej aż za dużo warczeli, zwykle długo nie wraca z wypraw... Czasami nigdy. Kiedy zapytała, czy ktokolwiek w ogóle wiedział o tym miejscu, westchnąłem cicho i przeciągnąłem dłonią po karku, patrząc na ciemniejące niebo. Pozwoliłem, by to Ambroise najpierw odpowiedział, odezwałem się dopiero po nim.
- Pewnie tyle osób, ile tszeba... - Mruknąłem pod nosem, bardziej do siebie niż do nich - A to nigdy nie jeszt dobla liczba. - Dodałem - zbyt lakonicznie, jak na to, jak poważne to było założenie. Zbyt często spotykałem się z czymś podobnym - ludzie myślą, że wystarczy ukryć dom w dziczy, że iluzja albo zwykłe zapomnienie załatwią sprawę, ale zapomnienie nie działa na tych, którzy szukają z premedytacją, albo z zemsty... Często będąc tymi, którzy wcześniej byli tu, jako przyjaciele.
Zająłem się analizą okolicy, ale nie mogłem przestać myśleć o pytaniu sprzed chwili - otym, kto wiedział o rezydencji. W czasach, gdy czystokrwiści zaczynali być na celowniku, równie mocno, co mugolaki, każda posiadłość była potencjalną pułapką - dla właścicieli albo dla tych, którzy się o nią otarli. Zbyt wiele razy widziałem, jak rozrachunek za domniemane krzywdy przychodził w formie eksplozji, zaklęcia lub kontrolowanego sabotażu. Zastanawiało mnie, ile podobnych rezydencji odwiedziłem w ciągu tych lat - nie liczyłem - i ile z nich miało zabezpieczenia dziurawe jak podszewka płaszcza przeżarta przez mole. Bogate, stare rody, które wciąż wierzyły, że nazwisko samo ich chroni... Gdyby tak było, nie miałbym pracy.
Ziemia pod moimi stopami była miękka, trochę grząska od wilgoci, ale szukałem dalej, mimo że wiedziałem, jak małe są szanse. Teoretycznie znalazłem coś - rozmazany ślad magiczny, może pojedynczy krok, może coś, co ktoś próbował zakryć. Zaklęcie, które rzuciłem, dało tylko bladą smugę światła, za słabą, żeby cokolwiek jednoznacznie stwierdzić. Pokręciłem głową - nie tym razem.
Zareagowałem, kiedy tylko usłyszałem jej głos, chociaż nie spojrzałem w jej stronę od razu - wzrok miałem wbity w ziemię, w ciemniejącą smugę czegoś, co nie było nawet porządnym tropem - wciąż klęczałem nad cienką smużką magicznego śladu, która niknęła w trawie, jak ślad po dymie. Był zbyt płytki i ulotny, żeby cokolwiek z niego wycisnąć. Po piętnastu latach włóczenia się po świecie, człowiek uczy się odróżniać przypadkowy odbłysk magii od realnej nici prowadzącej do rozwiązania. To tutaj było… Coś pomiędzy... Pomyślałem z niechęcią, że to „pomiędzy” zaczynało przeważać. Próbowałem rozjaśnić go prostym zaklęciem identyfikacyjnym, ale magia była zbyt słaba, już wywietrzała, a ten kto ją zostawił, był tu tylko chwilę i to raczej dawno temu. Pokręciłem głową i wstałem, strzepując ziemię z kolan. Zaklęcia detekcyjne, które rzuciłem wcześniej, rozeszły się szeroko, ich powidoki wygasły - to znaczyło, że musiały mieć związek z czymś, co wydarzyło się już jakiś czas temu, a nie tego dnia.
Nie zakwestionowałem tego, co Geraldine powiedziała, ale i nie przyjąłem tego bez wątpliwości. Oczywiście, że nie była pewna - nikt nie był, ale doceniłem, że to powiedziała głośno, bez zbędnych zapewnień, bez nadęcia - to było więcej warte niż niejeden pewnik rzucany mi pod nogi w przeszłości przez ludzi, którzy mylili intuicję z chciejstwem.Większość tropicieli, łowców, z którymi miałem do czynienia przez ostatnie piętnaście lat, kłamała dla komfortu własnego ego - żeby nie wyglądać na bezradnych. Ona nie. Ja też nie - nie lubiłem składać obietnic, nawet jeśli wszystko wokół wyglądało obiecująco, doświadczenie nauczyło mnie, że zawsze istnieje możliwość, iż świat okaże się mniej chętny do współpracy, niż byśmy tego chcieli.
Spojrzałem w kierunku lasu. Nie, żeby mnie to zachwycało - przez lata widziałem zbyt wiele grup, które rozpływały się w entuzjazmie i ruszały w pośpiechu, licząc, że znajdą coś „po drodze”. Prawda była taka, że po drodze zwykle znajdowano tylko rozczarowanie. Poza tym - nie chciałem, żeby ta wyprawa zakończyła się kolejnym zaginięciem. Widziałem takie spirale - jedno zniknięcie pociągało kolejne. Musieliśmy mieć plan.
Podchodząc, usłyszałem głos Ambroise’a. Jego pytanie było praktyczne, konkretne, i cholernie sensowne - miał rację - jeśli była choćby szansa na zawężenie pola, należało spróbować. Problemem było to, że szansa nie była duża, wiedziałem, że nie ma co się oszukiwać - nie byłem optymistą. W mojej pracy nie dało się nim być zbyt długo, ale nie zamierzałem też niczego odpuszczać. Miałem wahadełko - oczywiście, że miałem. Nie ruszałem się bez tego ustrojstwa od mniej więcej trzeciego zlecenia, kiedy to pewien artefakt prawie wysadził mi rękę, bo nie wykryłem delikatnego przesunięcia energii. Sięgnąłem bez słowa do kieszeni - do tej drugiej, płasko wszytej pod warstwą ochronną.
- Plofesjonalny ospszęt, jak mawiają. - Mruknąłem. Wahadełko - w starym stylu, z delikatnie oszlifowanym obsydianem i srebrnym łańcuszkiem - podrzuciłem je w powietrze i złapałem. - Ale nie spodziewajmy szię cudów. Mapa szię zgadza s telenem? - Rzuciłem do pozostałych. Nie było mnie tu ponad piętnaście lat i coś mogło się zmienić. - Jeszeli tak, to moszemy ustawiś punkty kontlolne, ale jeszli coś ich polwało... - Powiedziałem, półgłosem, bardziej do siebie niż do nich. - To plawdopodobnie zabespieczyło szię pszed tlopieniem, a jeszli nie, to albo szię spieszyło, albo było głupsze, nisz sądzę. - Ukląkłem przy mapie. Rzut oka wystarczył, żeby zorientować się w topografii - las rozciągał się od wschodniej strony, z lekkim spadkiem terenu w kierunku starego jaru. Zawiesiłem wahadełko nad mapą - drżało w rytm pulsu, potem zaczęło się obracać - powoli, niepewnie. Kierunek: południowo-wschodni. Nie obwieszczałem triumfu - nigdy nie ufałem zbyt wcześnie wskazaniom, zwłaszcza tak rozproszonym, ale coś się zaczęło zbiegać, w jednym, konkretnym regionie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)