28.05.2025, 19:04 ✶
Problem polegał na tym, że Julek nie spodziewał się, aby ktokolwiek jeszcze miał powód by go z tego piekła wyciągać, a już na pewno nie w ten sposób. Zaklęcie translokacyjne użyte z zewnątrz, przez kogoś innego na człowieku w pełni dorosłym, uzbrojonym i przynajmniej teoretycznie świadomym zagrożeń pola walki? Normalnie to by się zorientował. Wyczułby i nie dałby się tak z zaskoczenia tak od tyłu (hehe) podejść.
— Co… — spojrzał na nią nieprzytomnie dopiero po chwili zauważając, że ktoś do niego mówił, bo głos kobiety przeciał ostro szum w jego uszach. Echo zaklęcia powoli ustępowało miejsca drżeniu rąk. Usta wykrzywiły mu się w cichym sprzeciwie, ale zamiast słów z gardła wydobył się tylko dym, który wypychał myśli. — Ja… Nie… — urwał. — Tam… Coś mi się wydawało… Też go słyszałaś?
— ...Moody? — z calutkiego BUM-u, to ona musiała być tą, która go wyciągnęła za fraki z przedpiekla. Gdyby miał siłę, zakląłby na głos. Gdyby miał godność, udawałby, że tego nie potrzebował. Wszystko, co mógłby wydusić, byłoby nie na miejscu. Żył jednak! Bo się do kurwy nędzy jej udało. Gdyby nie ona, zdechłby jak pies przed witryną sklepu z zabawkami. — Nie wiem, ja… — nie zauważył również jej milczącej wojny z cudzym dziedzictwem, bo miał problem z własnym.
Ogniwo po ogniwie, łańcuch nawinąl się wokół szyi, dziewczyna po dziewczynie, a dwa obrazy niechcianie nałożyły się na siebie w jeden: córki i brygadzistki. — Jak na ciebie patrzę, to… — z nimi zawsze była ta sama historia. Wystarczyło potrzymać któregoś z nich dłużej w akcji, rzucić w wir chaosu, zostawić sam na sam z czymś, co miało za dużo oczu i za mało litości, aby potem miało paść pytanie: „to ile dzieciaków pan już tak właściwie adoptował w biegu, panie Bletchley?”
— A tobie nic nie jest? — dym zawirował wokół nich leniwie. Obie uparte, a w tamtym momencie jedna z nich była w chuj nie wiadomo gdzie, a druga stała przed nim z ręką jeszcze nie opuszczoną po zaklęciu, które… Ano właśnie. — Tyś nie powinna być na zwolnieniu?
— Co… — spojrzał na nią nieprzytomnie dopiero po chwili zauważając, że ktoś do niego mówił, bo głos kobiety przeciał ostro szum w jego uszach. Echo zaklęcia powoli ustępowało miejsca drżeniu rąk. Usta wykrzywiły mu się w cichym sprzeciwie, ale zamiast słów z gardła wydobył się tylko dym, który wypychał myśli. — Ja… Nie… — urwał. — Tam… Coś mi się wydawało… Też go słyszałaś?
SZLAMYYYY… SZLAMYYY…
Auror sapnął pod nosem zgięty w pół, jeszcze niepewny, czy powinien być wdzięczny, zażenowany czy po prostu zwymiotować jej na buty. Uniósł drżącą dłoń do twarzy i przetarł oczy, aby zetrzeć także złudzenie. Sekundę później belki runęły na chodnik, miażdżąc wszystko pod spodem. — ...Moody? — z calutkiego BUM-u, to ona musiała być tą, która go wyciągnęła za fraki z przedpiekla. Gdyby miał siłę, zakląłby na głos. Gdyby miał godność, udawałby, że tego nie potrzebował. Wszystko, co mógłby wydusić, byłoby nie na miejscu. Żył jednak! Bo się do kurwy nędzy jej udało. Gdyby nie ona, zdechłby jak pies przed witryną sklepu z zabawkami. — Nie wiem, ja… — nie zauważył również jej milczącej wojny z cudzym dziedzictwem, bo miał problem z własnym.
Ogniwo po ogniwie, łańcuch nawinąl się wokół szyi, dziewczyna po dziewczynie, a dwa obrazy niechcianie nałożyły się na siebie w jeden: córki i brygadzistki. — Jak na ciebie patrzę, to… — z nimi zawsze była ta sama historia. Wystarczyło potrzymać któregoś z nich dłużej w akcji, rzucić w wir chaosu, zostawić sam na sam z czymś, co miało za dużo oczu i za mało litości, aby potem miało paść pytanie: „to ile dzieciaków pan już tak właściwie adoptował w biegu, panie Bletchley?”
— A tobie nic nie jest? — dym zawirował wokół nich leniwie. Obie uparte, a w tamtym momencie jedna z nich była w chuj nie wiadomo gdzie, a druga stała przed nim z ręką jeszcze nie opuszczoną po zaklęciu, które… Ano właśnie. — Tyś nie powinna być na zwolnieniu?