28.05.2025, 22:25 ✶
Ostatnie kilkadziesiąt minut było dla niej czymś nierealnym. Zawsze, kiedy czuła, że coś nie idzie po jej myśli, wracała wspomnieniami do końcówki lata. Do wizyty w kocim azylu — do całej tej wyprawy z chrześnicą i bratem. Do strachu i odrealnienia, które wtedy czuła. Teraz wiedziała, że nie mogła tego już w żaden sposób przyrównywać do tego, co działo się w Londynie.
Popiół spadał z nieba. Miasto płonęło.
Przez pierwszy ułamek sekundy Morpheus mógł nie usłyszeć słabego głosu Tessy, który wybrzmiał z zaplecza. Dopiero po chwili mógł poczuć jej uścisk, kiedy przepchnęła się niezbyt delikatnie obok znanego aptekarza i zwyczajnie chwyciła go w ramiona. Wsunęła palce między jego zabrudzone loki i przysunęła jego twarz do swojego ramienia, samej stając na palcach, aby móc przysunąć nos do jego szyi. Zatrzęsła się tylko odrobinę. Na tyle mogła sobie pozwolić.
— Morpheus… — zaczęła, ale głos ugrzązł jej w krtani. Słowa wyszły z gardła, ale zatrzymały się na końcówce języka i odmówiły dalszego marszu. Skapitulowały, napotykając opór suchej krtani i popiołu na wargach. Chciała powiedzieć mu wszystko; wyrzucić z siebie korowód emocjonalnego raportu, który powiedziałby mu o wszystkim tym, co się stało. W antykwariacie strasznie śmierdziało. — Przepraszam… Dopiero tu… zgasiliśmy.
Drżącą dłonią odgarnęła sklejone potem włosy z czoła brata. I uśmiechnęła się z ulgą, jakiej nie widział w jej oczach od dawna.
— Co z innymi? Co z Woodym? — wyrzuciła nagle gwałtownie, nadal trzymając go za ramiona. Zacisnęła palce na jego barku, plamiąc płaszcz krwią. Dopiero wtedy mógł zobaczyć poszarpany rękaw jej śliwkowego kompletu i ciemne plamy, ozdabiające materiał. Pod ich butami trzasnęło szkło z rozbitej szyby witryny. Tessa odsunęła lewą dłoń.
Machinalnie sięgnęła brudnymi palcami do kieszeni spodni i wyciągnęła ze środka srebrną papierośnicę, która wyglądała nienaturalnie w otoczeniu rozpieprzonego wnętrza antykwariatu. Dziwnie nienaruszona. Nierealnie czysta.
Papierosy zawsze były rozwiązaniem na wszystko.
Tytoń to plaster. Plaster na smutki. Plaster na strach.
Opatula ranę, szepta do ucha kojące słowa, kiedy wzrok przysłania kłąb szarego dymu. Nie pozwala myśleć o tym, co dzieje się na ulicach i jak młodsi od niej ludzie ryzykują zdrowiem. Życiem.
Lepiej nie wiedzieć. Lepiej zapalić.
— Kochany, przepraszam, co z tobą? Potrzebujecie pomocy? Mitchell mógłby może Ci pomóc, jak tylko sprzątniemy szkło… — Odwróciła się w stronę zatroskanego aptekarza, który pomagał innym ocalałym w środku; przeważnie oczyszczał rany z wybuchającej witryny, ale teraz trzymał w dłoni miotłę. Zauważyła spojrzenie Morpheusa, więc machnęła na niego ręką, może tylko odrobinę lekceważąco. — Jest w porządku. Millie była tutaj jakiś czas temu, ale zabrała miotły i się zmyła. Mam nadzieję, że nic jej nie jest.
Po chwili schowała jednak papierosy z powrotem do kieszeni i spojrzała na brata twardym spojrzeniem.
— Jak mogę pomóc?
Popiół spadał z nieba. Miasto płonęło.
Przez pierwszy ułamek sekundy Morpheus mógł nie usłyszeć słabego głosu Tessy, który wybrzmiał z zaplecza. Dopiero po chwili mógł poczuć jej uścisk, kiedy przepchnęła się niezbyt delikatnie obok znanego aptekarza i zwyczajnie chwyciła go w ramiona. Wsunęła palce między jego zabrudzone loki i przysunęła jego twarz do swojego ramienia, samej stając na palcach, aby móc przysunąć nos do jego szyi. Zatrzęsła się tylko odrobinę. Na tyle mogła sobie pozwolić.
— Morpheus… — zaczęła, ale głos ugrzązł jej w krtani. Słowa wyszły z gardła, ale zatrzymały się na końcówce języka i odmówiły dalszego marszu. Skapitulowały, napotykając opór suchej krtani i popiołu na wargach. Chciała powiedzieć mu wszystko; wyrzucić z siebie korowód emocjonalnego raportu, który powiedziałby mu o wszystkim tym, co się stało. W antykwariacie strasznie śmierdziało. — Przepraszam… Dopiero tu… zgasiliśmy.
Drżącą dłonią odgarnęła sklejone potem włosy z czoła brata. I uśmiechnęła się z ulgą, jakiej nie widział w jej oczach od dawna.
— Co z innymi? Co z Woodym? — wyrzuciła nagle gwałtownie, nadal trzymając go za ramiona. Zacisnęła palce na jego barku, plamiąc płaszcz krwią. Dopiero wtedy mógł zobaczyć poszarpany rękaw jej śliwkowego kompletu i ciemne plamy, ozdabiające materiał. Pod ich butami trzasnęło szkło z rozbitej szyby witryny. Tessa odsunęła lewą dłoń.
Machinalnie sięgnęła brudnymi palcami do kieszeni spodni i wyciągnęła ze środka srebrną papierośnicę, która wyglądała nienaturalnie w otoczeniu rozpieprzonego wnętrza antykwariatu. Dziwnie nienaruszona. Nierealnie czysta.
Papierosy zawsze były rozwiązaniem na wszystko.
Tytoń to plaster. Plaster na smutki. Plaster na strach.
Opatula ranę, szepta do ucha kojące słowa, kiedy wzrok przysłania kłąb szarego dymu. Nie pozwala myśleć o tym, co dzieje się na ulicach i jak młodsi od niej ludzie ryzykują zdrowiem. Życiem.
Lepiej nie wiedzieć. Lepiej zapalić.
— Kochany, przepraszam, co z tobą? Potrzebujecie pomocy? Mitchell mógłby może Ci pomóc, jak tylko sprzątniemy szkło… — Odwróciła się w stronę zatroskanego aptekarza, który pomagał innym ocalałym w środku; przeważnie oczyszczał rany z wybuchającej witryny, ale teraz trzymał w dłoni miotłę. Zauważyła spojrzenie Morpheusa, więc machnęła na niego ręką, może tylko odrobinę lekceważąco. — Jest w porządku. Millie była tutaj jakiś czas temu, ale zabrała miotły i się zmyła. Mam nadzieję, że nic jej nie jest.
Po chwili schowała jednak papierosy z powrotem do kieszeni i spojrzała na brata twardym spojrzeniem.
— Jak mogę pomóc?
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you