Pozwolił sobie na chwilę rozluźnienia, gdy znane dłonie Tessy rozczesały loki, teraz siwe nie tylko srebrem wieku, ale również matową szarością popiołu i znów na chwilę cofnął się w czasie, metaforycznie, nie na prawdę. Chłopiec z marzeniami poplamionymi atramentem i sercem przesiąkniętym gwiazdami, którego obserwowała, jak splata rozbite kawałki wszechświata z powrotem razem pokrytymi rdzą dłońmi. Jego dłonie miękkie dłonie, teraz nosiły wyraźne ślady pęknięć, ramiona drżą w uldze przestrachu, od ciężaru wiedzy i obowiązku. W bardzo wyraźny sposób znane perfumy Tessy pomagają mu się uziemić. Przypomnieć sobie, że Atlas tego dokonał.
On też może.
Pokręcił głową, zaprzeczając, nie było mu absolutnie nic, Artemida pobłogosławiła go swoją szybkonogością, przemykał przez zadymione labirynty bez szkody na zdrowiu, poza uporczywym kaszlem, który na chwilę ustał i przestał atakować jego płuca. Cieszył się otuleniem swojej siostry, pozwalając sobie na to, aby na chwilę się rozpaść. To nie był dobry dzień. To był dzień, w którym przypomniał sobie, że są głosy, od których nie może uciec.
Największą tragedią jej pytania było to, że gdy przekroczy próg jej twierdzy, wyjdzie znów w płomień, dotknie go jedno z najgorszych zaklęć, jakie można poczuć na skórze i nie będzie mógł nic z tym zrobić. Na szczęście żadne z nich jeszcze tego nie wiedziało. Aptekarz wycofał się na zaplecze, dając im przestrzeń.
— Widziałem Erika u Nory i Jonathana, ale nie wiem, gdzie jest reszta. Chyba Mildred śmignęła mi nad głową, ale nie jestem pewien — powiedział cicho. — To się dzieje, moje wizje. Wiesz, jaka jest sytuacja w Dolinie?
Zapytał tak naprawdę to pytanie dla pozoru, może znała detale, trochę żałował, że padło, bo właściwie sam nie wiedział, czy rzeczywiście chce wiedzieć. Jak mogło być, skoro śnił o dymie nad Warownią, o płomieniu spowijającym knieję i niosącym cierpienie. Rozdzielił ich oboje powietrzem zajęcia, sięgając po zapomnianą miotłę i zagarniając z podłogi szybę z witryny. Kryształki dzwoniły o siebie i klekotały po podłodze antykwariatu, a Morpheus wyglądał tak bardzo nie miejscu. Może to ubranie Niewymownego, czarna szata, siwawa broda; jakie to było zabawne, tak niepodobni do siebie bracia, Morpheus mógł zarostem z twarzy zasiedlić głowę Clemensa. Może mu to kiedyś zaproponuje, magiczne transplantacje owłosienia. Jak przeżyją tę noc.
— Coraz więcej popiołu na ulicach, nie mamy tyle sił przerobowych żeby cokolwiek... Przygotujemy jakieś paczki i miejsca noclegowe, może przesuniemy tutaj meble, jakiś kącik dla dzieci tam? — wskazał trzonkiem miotły najdalszy i najbezpieczniejszy kąt antykwariatu, gdzie mogli poprzestawiać lampy, przełożyć obrazy, aby przyjąć jak najwięcej potrzebujących. Zwykle nie było w nim aż tyle altruizmu, ale ten ogień, on go przerażał i sprawiał, że w kościach czuł zimno, nie gorąc, a słowa Dumbledore'a jeszcze bardziej dzwoniły w uszach. Kompas.
— Jakaś plandeka by się przydała, żeby zasłonić witrynę... I co tu tak śmierdzi? — zapytał się, aby nie myśleć, że Vasilij by tu nie wszedł. Że siedzi w swojej twierdzy, a on się modli, aby miał rację, aby nazwisko i potężne zabezpieczenia uchroniły go przed gniewem niesprawiedliwych. Musiał zostawić Millie wiadomość, żeby przeleciała kontrolnie nad Prawami Czasu. Ona zrozumie, tak myślał, poza tym jej idol nie był jedyną osobą w tamtym miejscu, na której jej zależało.