29.05.2025, 16:55 ✶
Dziewczyna zawsze miała talent do sprawienia, aby Tessa uśmiechnęła się nawet w najbardziej kryzysowych sytuacjach. Millie była niczym powiew nagłego powietrza, który początkowo niósł za sobą kurz i piasek, gryzący cię w oczy, ale chwilę potem, gdy pył zdążył już osiąść, nagradzał czymś świeższym. Trawą po intensywnym deszczu. Zimnym powiewem w upalny dzień, który rozbudzał zmysły, kiedy dogorywało się na tarasie w gorących promieniach słońca. Trzaśnięciem płazem dłoni w twarz, kiedy najmniej się tego spodziewałeś.
Tessa parsknęła tylko sucho, kręcąc przy okazji głową. Ale uśmiechnęła się z delikatnym politowaniem, unosząc na chwilę palec w górę, każąc tym samym poczekać narwanej czarownicy jeszcze przez kilka chwil. Siatka nie była magiczna. Ale była dużą siatką.
— Uważaj na… siebie! — zdążyła tylko rzucić naprędce, kiedy Millie przecisnęła się obok niej i wręcz wypruła z powrotem na ulicę. Patrzyła na nią jeszcze przez chwilę, a potem wróciła do środka, aby przygotować wszystko najlepiej jak się dało.
Przez kilka następnych minut chodziła tam i powrotem po całym antykwariacie — przesuwała kolejne eksponaty na inne miejsca; rozkładała koce w nowych miejscach i ostrożnie szurała fotelami po parkiecie, przenosząc je z zaplecza, gdzie zazwyczaj przesiadywała z Peregrinusem, jeśli ten już zdecydował się ją odwiedzić na wspólny podwieczorek. Musiała się powstrzymywać, żeby zaraz nie zacząć gruntownego sprzątania.
Nie mogła też nie wracać myślami do sierpnia. To nie było to samo, ale to przeczucie, które teraz zimnymi palcami przejeżdżało jej po karku, było złudnie podobne. Wtedy to był strach o jej własne życie. Teraz na barkach wylądował ciężar imion każdego członka rodziny, każdego sąsiada i wszystkich tych ludzi, których jeszcze nie poznała. Tych, którzy nie mogli o siebie zadbać i tak samo, jak ona nie wiedzieli, co dokładnie się dzieje.
Millie wspomniała wcześniej o tym, że miasto miało pójść z dymem. A do tego śmierciożercy, którzy lada chwila mieli wyjść na ulice i może nawet zapukać do jej drzwi. Nie mogła teraz o tym myśleć — zostawiła tę myśl z tyłu głowy i tylko obracała nerwowo różdżkę pomiędzy palcami.
Przypominało jej to zajęcia z Obrony przed Czarną Magią na trzecim roku, kiedy w końcu pozwolili im uczyć się poważniejszych uroków. Pamiętała niepewność przy trzymaniu różdżki. Pamiętała gryzącą świadomość, że będzie musiała machnąć ręką w odpowiedni sposób i wypowiedzieć wyraźnie naprędce wyuczone słowa, aby osłonić się przed ofensywnym zaklęciem.
Ale nie miała wtedy za bardzo głowy do jakiejkolwiek nauki, szczególnie po powrocie burzliwym powrocie z wakacji. Miała już nie wracać do Hogwartu. Miała zostać z ojcem w domu. Victor nie chciał zabierać ją do Munga (podobno za dużo znajomych twarzy), dlatego ciągał ją po dziecięcych psychologach i innych, mugolskich terapeutach. Każdy odradzał odsuwanie córki od znajomego środowiska, a potem, po całej rozmowie, kiedy zostawali sami, a Tessa czekała na korytarzu — cicho wspominali, że to pomoże jej wrócić do normalności.
Zamrugała parę razy, kiedy zrozumiala, że zatrzymała się wpół kroku, wpatrując się bez słowa w wiklinowy kosz z kocami. Potrząsnęła głową i szybko rozłożyła wszystko to, co zostało. Leki ustawiła w kącie, na małym, miedzianym stoliku na kółkach.
Millie pojawiła się jakiś czas później z towarzyszącym jej Mitchellem, aptekarzem. Oboje przynieśli sporą część asortymentu, jak nie całą, na co Tessa mogła na spokojnie odetchnąć z ulgą. Przynajmniej mieli teraz coś sensownego. Moody pomogła jej jeszcze z kilkoma rzeczami — ze sprowadzeniem starszych ludzi z pobliskich kamienic, ale tak szybko, jak się pojawiła, tak prędko zdecydowała się ulotnić. Zabrała ze sobą miotły, obiecując, że na pewno jeszcze do niej zajrzy. Tessa na sam koniec złapała ją jeszcze w szybki uścisk i szepnęła na ucho kilka słów.
Wróć bezpieczna.
Millie ruszyła dalej. Prosto w ogień płonącego Londynu.
Tessa parsknęła tylko sucho, kręcąc przy okazji głową. Ale uśmiechnęła się z delikatnym politowaniem, unosząc na chwilę palec w górę, każąc tym samym poczekać narwanej czarownicy jeszcze przez kilka chwil. Siatka nie była magiczna. Ale była dużą siatką.
— Uważaj na… siebie! — zdążyła tylko rzucić naprędce, kiedy Millie przecisnęła się obok niej i wręcz wypruła z powrotem na ulicę. Patrzyła na nią jeszcze przez chwilę, a potem wróciła do środka, aby przygotować wszystko najlepiej jak się dało.
Przez kilka następnych minut chodziła tam i powrotem po całym antykwariacie — przesuwała kolejne eksponaty na inne miejsca; rozkładała koce w nowych miejscach i ostrożnie szurała fotelami po parkiecie, przenosząc je z zaplecza, gdzie zazwyczaj przesiadywała z Peregrinusem, jeśli ten już zdecydował się ją odwiedzić na wspólny podwieczorek. Musiała się powstrzymywać, żeby zaraz nie zacząć gruntownego sprzątania.
Nie mogła też nie wracać myślami do sierpnia. To nie było to samo, ale to przeczucie, które teraz zimnymi palcami przejeżdżało jej po karku, było złudnie podobne. Wtedy to był strach o jej własne życie. Teraz na barkach wylądował ciężar imion każdego członka rodziny, każdego sąsiada i wszystkich tych ludzi, których jeszcze nie poznała. Tych, którzy nie mogli o siebie zadbać i tak samo, jak ona nie wiedzieli, co dokładnie się dzieje.
Millie wspomniała wcześniej o tym, że miasto miało pójść z dymem. A do tego śmierciożercy, którzy lada chwila mieli wyjść na ulice i może nawet zapukać do jej drzwi. Nie mogła teraz o tym myśleć — zostawiła tę myśl z tyłu głowy i tylko obracała nerwowo różdżkę pomiędzy palcami.
Przypominało jej to zajęcia z Obrony przed Czarną Magią na trzecim roku, kiedy w końcu pozwolili im uczyć się poważniejszych uroków. Pamiętała niepewność przy trzymaniu różdżki. Pamiętała gryzącą świadomość, że będzie musiała machnąć ręką w odpowiedni sposób i wypowiedzieć wyraźnie naprędce wyuczone słowa, aby osłonić się przed ofensywnym zaklęciem.
Ale nie miała wtedy za bardzo głowy do jakiejkolwiek nauki, szczególnie po powrocie burzliwym powrocie z wakacji. Miała już nie wracać do Hogwartu. Miała zostać z ojcem w domu. Victor nie chciał zabierać ją do Munga (podobno za dużo znajomych twarzy), dlatego ciągał ją po dziecięcych psychologach i innych, mugolskich terapeutach. Każdy odradzał odsuwanie córki od znajomego środowiska, a potem, po całej rozmowie, kiedy zostawali sami, a Tessa czekała na korytarzu — cicho wspominali, że to pomoże jej wrócić do normalności.
Zamrugała parę razy, kiedy zrozumiala, że zatrzymała się wpół kroku, wpatrując się bez słowa w wiklinowy kosz z kocami. Potrząsnęła głową i szybko rozłożyła wszystko to, co zostało. Leki ustawiła w kącie, na małym, miedzianym stoliku na kółkach.
Millie pojawiła się jakiś czas później z towarzyszącym jej Mitchellem, aptekarzem. Oboje przynieśli sporą część asortymentu, jak nie całą, na co Tessa mogła na spokojnie odetchnąć z ulgą. Przynajmniej mieli teraz coś sensownego. Moody pomogła jej jeszcze z kilkoma rzeczami — ze sprowadzeniem starszych ludzi z pobliskich kamienic, ale tak szybko, jak się pojawiła, tak prędko zdecydowała się ulotnić. Zabrała ze sobą miotły, obiecując, że na pewno jeszcze do niej zajrzy. Tessa na sam koniec złapała ją jeszcze w szybki uścisk i szepnęła na ucho kilka słów.
Wróć bezpieczna.
Millie ruszyła dalej. Prosto w ogień płonącego Londynu.
Koniec sesji
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you