29.05.2025, 19:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.05.2025, 20:32 przez Quintessa Longbottom.)
Kiedyś raczej by nie uwierzyła, że takie życie jest możliwe.
Że dom może obyć się bez codziennych kłótni i wyrzucania sobie wszystkich brudów i każdego błędu przy nawet najmniejszym potknięciu. Nie sądziła, że można w spokoju ugotować razem obiad, jednocześnie przy akompaniamencie muzyki z starego gramofonu i przy częstych przerwach na krótki, wspólny i wolny taniec. Prędzej wyśmiałaby kogoś, kto mówił, że rodzice nigdy się nie kłócą i kochają się szczerze.
Po ślubie z Woodym zrozumiała, że naprawdę może być inaczej.
Na początku ich relacji próbowała jednak podchodzić do tego jeszcze z małym dystansem. Ale pierwszy kryzys znalazł ją już pewnego popołudnia, kiedy po zajęciach ze Starożytnych Run jako pierwsza wybiegła z sali — ku zbiorowemu zaskoczeniu zarówno belfra, tłumaczącego zadanie na następny tydzień, jak i kolegów z ławki. Pamiętała to jak dzisiaj. Biegła jak opętana w kierunku sowiarni, czując rosnące wypieki na policzkach i serce powoli podchodzące do gardła. Prawie wycałowała sowę Longbottomów, kiedy zobaczyła ją czekającą na brudnym i osranym parapecie. Czekała dumnie z listem ułożonym obok. Listem od Clemensa.
Prawie rozerwała papeterię zębami, tu i teraz, chodząc z jednego końca sowiarni i drugi. Musiała się powstrzymywać — zasłaniała usta, śmiejąc się przy okazji na każde słowo wypisane koślawie na lekko pomiętej papeterii. Kilka pierwszych akapitów było wypisanych jednak innym pismem — bardziej subtelnym, wręcz uczniowsko wykaligrafowanym, jakby pisał to ktoś, kto dopiero od kilku lat uczył się pisać. Dobrze znała pismo Morpheusa. Jego starszy brat miał w zwyczaju prosić go o przepisywanie listów, aby Tessa mogła się z nich jakkolwiek rozczytać. Na całe szczęście oszczędzał chłopakowi notowania bardziej graficznych linijek. Młodszy Longbottom jednak często dorzucał też trochę od siebie. W ostatnim liście prosił ją, aby przyjechała szybciej, bo mieli do omówienia bardzo ciekawe rozdziały z książki o wróżbiarstwie, którą czytali w tym samym czasie.
Czytała list z przejęciem. Zaraz potem wzdychała z nienaturalnym dla niej uczuciem. Chyba traciła w siebie wiarę. Stracić głowę dla chłopa? I to takiego? To nie było w jej stylu.
Zbierając z podłogi ostatnie cząstki swojej godności, skierowała się z powrotem w stronę szkoły, a zaraz potem wielkiej sali. Zjadła w spokoju kolację, odrobiła wszystkie prace domowe, jak przystało na przykładną uczennicę siódmego roku i położyła się spać.
Jedna z jej współlokatorek zastała ją potem nad ranem, gdzieś pomiędzy pierwszą a drugą, pochylającą się nad zlewem w łazience. Tessa naprawdę zaczynała w siebie wątpić. Próbowała się powstrzymać przez cały wieczór od odpisania mu od razu. Ale teraz? Nie mogła zasnąć. Obracała się z boku na bok, ciągle patrząc na rozerwaną kopertę na swoim stoliku nocnym. Obmyła twarz wodą, uznając, że to nic.
Odpowiedź wysłała następnego ranka.
Koleżanki śmiały się z niej, że wpadła po uszy, ale zawsze zbywała to machnięciem ręki. Po prostu lubiła z nim rozmawiać! Po prostu zawsze potrafił ją rozśmieszyć. Po prostu widział ją taką, jaka była naprawdę. Po prostu…
— Nie opowiadaj głupot — parsknęła tylko w odpowiedzi i uszczypnęła go zaczepnie w ramię. Lubiła ich wspólne poranki. Czas kiedy mogli być tylko we dwoje i nie musieć się przejmować nikim i niczym. No, może tylko odpowiednim wymierzeniem czasu, aby nie spóźnić się do pracy. Jednak w tej chwili była w stanie zaryzykować pojawienie się w biurze nawet godzinę później.
Wsunęła powoli palce we włosy męża, aby zaraz potem przesunąć palce na kark i przejechać paznokciami lekko po jego plecach. Westchnęła prosto w jego usta, obejmując jego szyję ramionami.
— Jestem naprawdę skłonna zaryzykować. — Pocałowała go ponownie. — Myślę, że byłoby to coś, co naprawdę utkwiłoby mi w pamięci. Idealne do opowiedzenia przy świątecznym stole.
Musieli wstawać. Kot pod drzwiami dawał sobie znać już od kilku minut i do całości doszedł również akompaniament drapania w drewno.
— Tylko nie w nowe drzwi, ty mały szkodniku! — zawołała nagle, odsuwając się od męża i wyskakując z łóżka. Czar prysł. A Tessa chwyciła kota na ręce i uśmiechnęła się po raz ostatni do Longbottoma, zalegającego w łóżku. — Lepiej weź prysznic.
Po zejściu na dół zdążyła już otworzyć na chwilę okno i zabrać się do zrobienia śniadania. Nie lubiła używać czarów, które miały ją wyręczać z wszystkiego, dlatego sama zajęła się przygotowaniem typowego dla nich śniadania. Dla męża odpowiednio przygotowana porcja mięsa, jajka sadzone i podsmażone pieczarki, a dla niej…
Nagle miała ochotę na coś dziwnego. Nalała sobie herbaty, a na grzankę z dżemem ułożyła kilka plastrów bekonu i kawałek pomidora. I musiała przyznać, że ostatnio nie jadła nic lepszego. Dodała jeszcze więcej czereśniowego powidła i dolała mleka do herbaty. A każdy kto ją znał, dobrze wiedział, że nigdy tego nie robiła. No cóż, każdy kiedyś się zmienia, prawda?
Że dom może obyć się bez codziennych kłótni i wyrzucania sobie wszystkich brudów i każdego błędu przy nawet najmniejszym potknięciu. Nie sądziła, że można w spokoju ugotować razem obiad, jednocześnie przy akompaniamencie muzyki z starego gramofonu i przy częstych przerwach na krótki, wspólny i wolny taniec. Prędzej wyśmiałaby kogoś, kto mówił, że rodzice nigdy się nie kłócą i kochają się szczerze.
Po ślubie z Woodym zrozumiała, że naprawdę może być inaczej.
Na początku ich relacji próbowała jednak podchodzić do tego jeszcze z małym dystansem. Ale pierwszy kryzys znalazł ją już pewnego popołudnia, kiedy po zajęciach ze Starożytnych Run jako pierwsza wybiegła z sali — ku zbiorowemu zaskoczeniu zarówno belfra, tłumaczącego zadanie na następny tydzień, jak i kolegów z ławki. Pamiętała to jak dzisiaj. Biegła jak opętana w kierunku sowiarni, czując rosnące wypieki na policzkach i serce powoli podchodzące do gardła. Prawie wycałowała sowę Longbottomów, kiedy zobaczyła ją czekającą na brudnym i osranym parapecie. Czekała dumnie z listem ułożonym obok. Listem od Clemensa.
Prawie rozerwała papeterię zębami, tu i teraz, chodząc z jednego końca sowiarni i drugi. Musiała się powstrzymywać — zasłaniała usta, śmiejąc się przy okazji na każde słowo wypisane koślawie na lekko pomiętej papeterii. Kilka pierwszych akapitów było wypisanych jednak innym pismem — bardziej subtelnym, wręcz uczniowsko wykaligrafowanym, jakby pisał to ktoś, kto dopiero od kilku lat uczył się pisać. Dobrze znała pismo Morpheusa. Jego starszy brat miał w zwyczaju prosić go o przepisywanie listów, aby Tessa mogła się z nich jakkolwiek rozczytać. Na całe szczęście oszczędzał chłopakowi notowania bardziej graficznych linijek. Młodszy Longbottom jednak często dorzucał też trochę od siebie. W ostatnim liście prosił ją, aby przyjechała szybciej, bo mieli do omówienia bardzo ciekawe rozdziały z książki o wróżbiarstwie, którą czytali w tym samym czasie.
Czytała list z przejęciem. Zaraz potem wzdychała z nienaturalnym dla niej uczuciem. Chyba traciła w siebie wiarę. Stracić głowę dla chłopa? I to takiego? To nie było w jej stylu.
Zbierając z podłogi ostatnie cząstki swojej godności, skierowała się z powrotem w stronę szkoły, a zaraz potem wielkiej sali. Zjadła w spokoju kolację, odrobiła wszystkie prace domowe, jak przystało na przykładną uczennicę siódmego roku i położyła się spać.
Jedna z jej współlokatorek zastała ją potem nad ranem, gdzieś pomiędzy pierwszą a drugą, pochylającą się nad zlewem w łazience. Tessa naprawdę zaczynała w siebie wątpić. Próbowała się powstrzymać przez cały wieczór od odpisania mu od razu. Ale teraz? Nie mogła zasnąć. Obracała się z boku na bok, ciągle patrząc na rozerwaną kopertę na swoim stoliku nocnym. Obmyła twarz wodą, uznając, że to nic.
Odpowiedź wysłała następnego ranka.
Koleżanki śmiały się z niej, że wpadła po uszy, ale zawsze zbywała to machnięciem ręki. Po prostu lubiła z nim rozmawiać! Po prostu zawsze potrafił ją rozśmieszyć. Po prostu widział ją taką, jaka była naprawdę. Po prostu…
— Nie opowiadaj głupot — parsknęła tylko w odpowiedzi i uszczypnęła go zaczepnie w ramię. Lubiła ich wspólne poranki. Czas kiedy mogli być tylko we dwoje i nie musieć się przejmować nikim i niczym. No, może tylko odpowiednim wymierzeniem czasu, aby nie spóźnić się do pracy. Jednak w tej chwili była w stanie zaryzykować pojawienie się w biurze nawet godzinę później.
Wsunęła powoli palce we włosy męża, aby zaraz potem przesunąć palce na kark i przejechać paznokciami lekko po jego plecach. Westchnęła prosto w jego usta, obejmując jego szyję ramionami.
— Jestem naprawdę skłonna zaryzykować. — Pocałowała go ponownie. — Myślę, że byłoby to coś, co naprawdę utkwiłoby mi w pamięci. Idealne do opowiedzenia przy świątecznym stole.
Musieli wstawać. Kot pod drzwiami dawał sobie znać już od kilku minut i do całości doszedł również akompaniament drapania w drewno.
— Tylko nie w nowe drzwi, ty mały szkodniku! — zawołała nagle, odsuwając się od męża i wyskakując z łóżka. Czar prysł. A Tessa chwyciła kota na ręce i uśmiechnęła się po raz ostatni do Longbottoma, zalegającego w łóżku. — Lepiej weź prysznic.
Po zejściu na dół zdążyła już otworzyć na chwilę okno i zabrać się do zrobienia śniadania. Nie lubiła używać czarów, które miały ją wyręczać z wszystkiego, dlatego sama zajęła się przygotowaniem typowego dla nich śniadania. Dla męża odpowiednio przygotowana porcja mięsa, jajka sadzone i podsmażone pieczarki, a dla niej…
Nagle miała ochotę na coś dziwnego. Nalała sobie herbaty, a na grzankę z dżemem ułożyła kilka plastrów bekonu i kawałek pomidora. I musiała przyznać, że ostatnio nie jadła nic lepszego. Dodała jeszcze więcej czereśniowego powidła i dolała mleka do herbaty. A każdy kto ją znał, dobrze wiedział, że nigdy tego nie robiła. No cóż, każdy kiedyś się zmienia, prawda?
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you