• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12.09.1972] No one here gets out alive. | Romulus, Benjy i Prue

[12.09.1972] No one here gets out alive. | Romulus, Benjy i Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
29.05.2025, 19:34  ✶  

Nie ufam lasom, które nie zmieniają się po zmroku, ale nie dlatego, że stają się groźniejsze. Groźniejsze są tylko w bajkach opowiadanych dzieciom. Te prawdziwe nie potrzebują nocy, żeby wgryźć się w swoje ofiary - metaforycznie i dosłownie. Noc w lesie sama nie jest wrogiem - w ciemności wszystko jest sobą, bez masek, bez udawania, tylko ty, ziemia i to, co się po niej snuje... Problem leży gdzieś indziej - jeśli las po zmroku nie robi się chociaż trochę inny, nie zmienia się, nie czuć różnicy w tempie i rytmie oddychania natury, to znaczy, że nie takie miejsce oddycha wcale, wstrzymało oddech, a to oznacza, iż najpewniej oddycha w nim coś innego, co podszywa się pod prawowitych mieszkańców... Nauczyłem się tego z konieczności - niestety - na własnej skórze.

~~~

Zaczęliśmy wspólnie - na chwilę - wystarczająco długo, by rzucić sobie kilka uwag i sprawdzić to, co mogliśmy znaleźć w ogrodzie. Ślady magii teleportacyjnej były ledwie wyczuwalne, rozproszone i niedbałe, jakby ktoś z premedytacją starał się zacierać po sobie tropy albo trafiliśmy na coś, co wcale nie było częścią sprawy - jakieś archaiczne, paskudnie rozmyte smugi po kimś, kto dawno opuścił teren posiadłości. W obu przypadkach to były złe znaki. Po jakimś czasie ślady zniknęły, naturalnie, nie dlatego, że ktoś je zatarł, tylko dlatego, iż magia tego rodzaju nie trzyma się długo w otwartej przestrzeni. Wystarczyła na tyle, by odczytać sygnały z wahadełka i ułożyć ogólny plan działania, który i tak rozpadł się po pierwszych kilkunastu minutach. Zaczęliśmy działać zaraz po tym, jak wahadełko wykonało ostatni leniwy obrót i zawisło nieruchomo, wskazując szeroki, nieprecyzyjny okrąg - mniej więcej piętnaście, może dwadzieścia mil w promieniu, z centrum gdzieś w samym sercu tej przeklętej kniei. Nie oglądałem się na innych - nie było takiej potrzeby - każdy miał swój rewir, swoje tempo i własną metodę. Nie było konieczności tłumaczyć zasad, bo kto jeszcze ich nie znał, powinien był zostać w posiadłości. Słowo „razem” i tak nigdy nie oznaczało tego samego dla ludzi takich, jak ja. „Razem” to była tylko pierwsza faza: chwilowe złudzenie, że jeszcze coś kontrolujemy.

~~~

Przez pierwszy kawałek nie szedłem sam, ale nie rozmawiałem z towarzyszem, a we właściwym momencie odszedłem w las bez większego pożegnania - to było ciche, zgodne, niepotrzebujące słów rozstanie - takie, jakie lubiłem, każdy z nas ruszył we własnym kierunku. Zrobiliśmy to cicho, niemal naturalnie, jak psy gończe, które znają teren.

~~~

Ruszyłem ukośnie w stronę północno-wschodniego stoku, omijając stare polany, które pamiętałem z wcześniejszych wypraw - tych jeszcze sprzed lat, kiedy teren był mniej... no właśnie, mniej, jaki? „Niewdzięczny” to było za mało, ale „wrogi” - to już prawie zbyt wiele, chociaż... Może prawdziwiej. Wybrałem tę krawędź kręgu, ponieważ to właśnie ten kawałek lasu znałem bardzo dobrze, chyba nawet lepiej niż chciałbym. Pamiętałem to miejsce, chociaż od tamtego razu minęły lata. Przeszedłem przez nie o wiele za wiele razy - najpierw w pogoni, zabawie, potem uciekając, potem... No, niech będzie, że za karę. Byłem tu już kiedyś i coś zobaczyłem, a teraz miałem wrażenie, że to coś chyba wróciło, albo nigdy nie odeszło...
Tu się kiedyś zgubiłem, częściowo z własnej woli, i znalazłem coś, co kazało mi więcej nie wracać - a potem oczywiście wróciłem - od tamtej pory nie lubiłem tej części głuszy, ale też nie bałem się jej. Widziałem te drzewa w świetle wschodzącego księżyca wiele lat temu, kiedy miałem styczność z czymś, co grzebało ciała zwierząt w krzewach dzikich owoców i zostawiało po sobie znaki, które dziwnie przypominały dziecięce rysunki. Nie sądziłem, że wrócę tu znowu, celowo omijałem ten teren, robiąc plany na wędrówki, gdyby w domu Ursuli było mi za duszno. Nie pałałem entuzjazmem do szwendanie się tu, nie uważałem się za odważnego, bo to robiłem... Trzeba mieć w sobie coś więcej, żeby po nocy wchodzić między takie drzewa, trzeba mieć instynkt - taki, którego żaden podręcznik cię nie nauczy.
Zostawiłem ścieżkę i wszedłem głębiej, oczywiście, nie w linii prostej - nikt tak nie chodzi, jeśli chce coś znaleźć... Albo kogoś. Czasem trzeba zaufać instynktowi i podążać na czuja, mając w tyle głowy, przez cały czas, świadomość, że każda decyzja może zadecydować o życiu lub śmierci - tak właśnie zrobiłem. Kiedy las się zagęszcza, a ściółka zaczyna szeleścić pod butem, tylko naprawdę nierozsądni piechurzy nie zaczynają się zastanawiać, czy ktoś ich nie obserwuje. Ja nie musiałem, tak jak wielu mi znanych, wiedziałem, że obserwują - zawsze obserwują. Czasami to są zwierzęta, czasami inni... Chodzi o to, żeby nie dać im powodu, by wyszli z cienia. W takich warunkach nie chodziło już o to, czy coś cię widzi - chodziło o to, by cię nie uznało za dostatecznie interesującego, ani nie zapamiętało.
Szukaniem tropów zająłem się jak najemnik, nie jak romantyk. Nie miałem nadziei, że znajdę kawałek czarnej, atłasowej szmatki, zakrwawiony liść czy cudowne, świeże ślady butów. Przeczesywałem wzrokiem korę drzew, sprawdzałem miejsca, gdzie runo leśne miało nienaturalne wgnioty. Kilka razy wydawało mi się, że coś mam - co gorsza - coś niepokojącego, ale nie przekazałem nic grupie. Nie miałem jeszcze pełnego obrazu, a gdy się ma do czynienia z czymś, czego się nie rozumie, lepiej nie siać paniki - zwłaszcza że znaczenie tego, co odkryłem, odnosiło się tylko do tego terenu. Nigdzie indziej to by nie miało sensu - tu drzewa rosły inaczej, czas się czasem cofał, szum liści drzew był starszy od samego języka, bo rosły tu na długo przed tym, co było nam znane. Wielokrotnie wchodziłem w takie tereny - przeklęte ruiny, opuszczone kopalnie, miejsca, gdzie nawet duchy nie chciały mieszkać. Skręciłem w prawo, gdy wszystko mówiło: „Idź prosto...” i trafiłem...

~~~

Obozowisko wyglądało na stare, porzucone nagle, ale wystarczająco świeże, by nie zdążył wrosnąć mech, i dość opuszczone, by poczuć w kościach, że nikt nie wrócił po rzeczy. Nie pierwsze, które widziałem, ale i tak zatrzymałem się jak pies myśliwski, zanim podszedłem bliżej. Brzeg porzuconego obozu wyglądał jak wszystko, czego człowiek chciałby nie znaleźć w środku nocy. Nie gorszego przez skalę grozy - nie przez ilość krwi, której zresztą nie widziałem. Gorszego przez obecność, która wciąż wisiała w powietrzu. To miejsce było porzucone nieporządnie - nie jak po zakończonym biwaku, raczej, jakby ktoś nagle musiał się stąd ulotnić, jednak nie chodziło tylko o pozostawiony chaos, bo ten bywa zwyczajny dla leniwych obozowiczów nieszanujących natury, lecz o zbytnią ciszę - za bardzo wszystko tu zamilkło.
Zacząłem się rozglądać. Trzy punkty spania - jeden mniejszy, dwa większe, brak śladów walki, ale dziwnie zagrzebany popiół, jakby ktoś próbował zakopać nie ognisko, a coś w środku. Ślady po ogniu - wygasłym zaledwie parę godzin temu - ciepło w popiele... Ogień nie dogasł - ktoś go zdusił. Przysiadłem, dłubiąc ostrożnie w pyle i ziemi, i po chwili dotarłem do czegoś, co przypominało nadpalone runy - symboliczne, wyryte w pośpiechu, zbyt płytko, by zadziałały poprawnie, bardzo toporne. Tylko jedno miejsce przy ognisku miało ślady dłuższego siedzenia. Reszta była, jakby imitacją - ktoś chciał, by wyglądało to jak typowe, beztroskie obozowisko. Jakby ktoś, kto nie zna się na ludziach, próbował ich udawać. Czułem opór w powietrzu, gęste i lepkie napięcie - w tej ciszy było coś... Fałszywego.
Coś tu przyszło - bardzo starego albo bardzo sprytnego, albo oba naraz. Coś, co znało zasady lasu, ale wcale ich nie potrzebowało. Z tego miejsca przestałem traktować ten teren jak przestrzeń do poszukiwań. Od tego momentu zacząłem się w nim poruszać jak po terytorium łowieckim - tyle że niekoniecznie ja byłem łowcą. Wiedziałem już, że sprawa jest poważniejsza, niż wszyscy przypuszczali, ale nie wysłałem sygnału - nie powiedziałem reszcie, nie od razu. Wysyłanie wiadomości w takim miejscu zawsze jest błędem - przyciąga uwagę rzeczy, które nie lubią, kiedy zakłóca się im rytm, a ja nie miałem jeszcze pewności, co tu jest, tylko podejrzenia... Poza tym ta wiedza należała do tego miejsca - tu była istotna, a innym kontekście tylko wprowadziłaby chaos. Pozostałe części lasu były niezależne od tej - tak, jak ta była niezależna od tamtych. Zresztą, sytuacja wokół mnie zaczęła się zmieniać.
W chwilę później musiałem już nie myśleć, a działać - coś się zmieniło, gdy wyszedłem z obozowiska i przeszedłem kilkanaście metrów. Może to ja wszedłem w obszar, gdzie działały inne reguły, a może coś mnie zauważyło i postanowiło też się pokazać. Nie walczyłem - nie było z kim, ale byłem świadomy, że przeszedłem przez coś, co przypominało granicę. Od tej pory każdy krok był inny - powietrze cięższe, ciemność gęstsza, i ja zmieniłem rytm marszu, nie szedłem już ani trochę tak jak wcześniej. Ruszyłem dalej, ale wzrokiem szukałem nie ludzi, a anomalii - nie zwracałem uwagi na ściółkę i korę, szukałem śladów w postaci chłodniejszego albo cieplejszego powietrza, pęknięć w ciągłości zachowań natury,  zakrzywienia magii. Czułem je bardziej, niż widziałem, chociaż wypatrywałem też wizualnych braków - mgły, która zachowuje się nienaturalnie, cienia, który powinien być gdzie indziej... Las w nocy miał swój własny rytm, swój puls, który poznawałem. W tym tutaj nie chodziło tylko o orientację, o umiejętność czytania mapy czy kompasu - chodziło o coś znacznie głębszego - to, by być niewidzialnym dla tego świata, który żył własnym życiem, i mógł albo zaakceptować ingerencję, albo… Po prostu zlikwidować zbyt dociekliwego delikwenta. Gąszcz ucichł w sposób, który znałem za dobrze. Nie naturalnie - wymuszenie, tak robiły miejsca, które przesiąkały grozą, a raczej - tak robiły istoty, które chciały, byś ich nie widział, dopóki nie będzie za późno. Nie byłem nowicjuszem - nie pierwszy raz coś chciało, bym nie zobaczył. Tym razem to ja postanowiłem, co zobaczę.
Zmieniłem tor marszu. Teraz poruszałem się równolegle do czegoś, co wcześniej nazwałbym pustką, ale teraz czułem, jako cienką granicę. Wiele razy widziałem podobne zjawiska - przestrzenie rozmyte, zasłony między czymś a czymś, mgły, które nie były mgłami, cisze niebędące ciszą. Takie jak ta - to była zła cisza. Nie ta spokojna, kiedy las śpi, a ta druga - kiedy coś go uciszyło. Coś, co nie spało.

~~~

Wysunąłem nóż z pochwy, cicho, rękojeść znalazła się w mojej dłoni tak naturalnie, jakby od zawsze tam była. Prawą dłoń miałem już na różdżce, ale nie uniosłem jej - jeszcze nie. Najpierw słuch, potem krok - powolny, świadomy, z pełnym wyczuciem nacisk. To był rodzinny talent - miałem to w genach, ojciec mówił, że to dar, a moja matka szeptała, że przekleństwo - jedyny przypadek, w którym nie wiedziałem, czy powinienem mu za to dziękować, czy dalej go przeklinać, ale faktem było, że kiedy chciałem być cieniem, byłem cieniem... A kiedy chciałem się ujawnić - to tylko wtedy, gdy wiedziałem, że wywołam reakcję, i że kontroluję, co się potem wydarzy. Nauczyłem się takich rzeczy wcześnie - najpierw z konieczności, potem dla chleba, a ostatecznie z przyzwyczajenia. Niewidzialność w praktyce - nie wywołana zaklęciem, peleryną niewidką, eliksirem, tylko obecnością tak małą, że świat przestaje cię zauważać.

~~~

Zatrzymałem się - stali przede mną, nie dalej niż trzy, cztery metry, plecami do mnie. Prudence i Romulus. Pogrążeni w rozmowie, wyglądało na to, że było między nimi nie tylko napięcie, ale coś w ich postawie mówiło mi, że przeszli przez więcej, niż się spodziewali. Nie byli ranni, ale... przejęci. To była inna skala wyczerpania - taka, której nie leczy eliksir pobudzający. Nie ruszyłem się od razu, obserwowałem, nie ze względu na nieufność - chociaż to też - ale dlatego, że warto wiedzieć, jak ludzie się zachowują, kiedy myślą, iż są sami. Stanąłem w cieniu, za rozłożystym pniem dębu, obserwując otoczenie i dwoje przede mną - noc była głęboka, niemal bezksiężycowa. Nie po raz pierwszy byłem świadkiem sceny, w którą nie powinienem się od razu włączać - czasem więcej można się dowiedzieć, milcząc. Ich ciała mówiły tyle samo, co słowa. Gdybym był kimś innym, pewnie bym się od razu odezwał, ale ja należałem do tych, co wolą wiedzieć więcej, zanim zrobią pierwszy ruch. Czasem wystarczy minuta - minuta ciszy, by dowiedzieć się, kto naprawdę się boi, kto kłamie, a kto tylko udaje, że wie, co robi.
Nie było mnie słychać. Nigdy nie było mnie słychać, jeśli nie chciałem - rodzinny talent - tak nazywała to Ursula, kiedy jeszcze mieliśmy okazję dzielić te same sprawy. Babka mówiła, że mamy to po jednej bardzo starej gałęzi, która wolała nie mówić zbyt głośno, czym się zajmuje. Pojawianie się znikąd - cichy cień, i tak pozostałem...

!Strach przed imieniem


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (4628), Pan Losu (69), Prudence Fenwick (2676), Romulus Potter (1773)




Wiadomości w tym wątku
[12.09.1972] No one here gets out alive. | Romulus, Benjy i Prue - przez Prudence Fenwick - 29.05.2025, 17:13
RE: [12.09.1972] No one here gets out alive. | Romulus, Benjy i Prue - przez Benjy Fenwick - 29.05.2025, 19:34
RE: [12.09.1972] No one here gets out alive. | Romulus, Benjy i Prue - przez Pan Losu - 29.05.2025, 19:34
RE: [12.09.1972] No one here gets out alive. | Romulus, Benjy i Prue - przez Romulus Potter - 30.05.2025, 10:47
RE: [12.09.1972] No one here gets out alive. | Romulus, Benjy i Prue - przez Pan Losu - 30.05.2025, 10:47
RE: [12.09.1972] No one here gets out alive. | Romulus, Benjy i Prue - przez Prudence Fenwick - 30.05.2025, 13:16
RE: [12.09.1972] No one here gets out alive. | Romulus, Benjy i Prue - przez Benjy Fenwick - 30.05.2025, 21:17
RE: [12.09.1972] No one here gets out alive. | Romulus, Benjy i Prue - przez Romulus Potter - 31.05.2025, 18:22
RE: [12.09.1972] No one here gets out alive. | Romulus, Benjy i Prue - przez Prudence Fenwick - 02.06.2025, 13:53
RE: [12.09.1972] No one here gets out alive. | Romulus, Benjy i Prue - przez Benjy Fenwick - 04.06.2025, 16:49
RE: [12.09.1972] No one here gets out alive. | Romulus, Benjy i Prue - przez Romulus Potter - 04.06.2025, 22:15
RE: [12.09.1972] No one here gets out alive. | Romulus, Benjy i Prue - przez Prudence Fenwick - 05.06.2025, 10:21
RE: [12.09.1972] No one here gets out alive. | Romulus, Benjy i Prue - przez Benjy Fenwick - 05.06.2025, 15:49

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa