29.05.2025, 19:44 ✶
Skrzywił się na wspomnienie o Anthonym. Już otwierał usta, aby skontrować jako argument Jonathana, jednak koniec końców ograniczył się tylko do głębokiego westchnienia. Nie miał siły się o to wykłócać. Przynajmniej połowa (jak miał nadzieję) tutaj zebranych nie miała pojęcia o tym, co go łączyło z Shafiqiem. Większość z nich nie rozumiała pewnie nawet tego, jak bardzo mu zależało, żeby zapewnić bezpieczeństwo chociaż jednej osobie ze swojego otoczenia. Jak bardzo chciał wznieść nieprzenikniony mur, który będzie w stanie wytrzymać niepokoje społeczne, klątwy i wszelkiego rodzaju katastrofy. Bo komu mógłby teraz pomóc?
Nie mógł już tego zrobić Brennie. Nie mógł już tego zrobić dla Nory. Obie zostały włączone do Zakonu Feniksa już na wczesnym etapie jego powstawania. Rodzice i Godryk… Cóż, w obecnej sytuacji niezbyt dało się ich chronić. Nie, kiedy wszyscy nosili nazwisko Longbottom. Mabel? Może bezpośrednio dalej była powiązana z masą członków organizacji, ale była też jego chrześnicą. O tyle o ile mógł, zadbał o jej bezpieczeństwo finansowe na przyszłość. Na wszelki wypadek. Gdyby coś się stało. Nie ulegało jednak wątpliwości, że dziecko było względnie bezpieczne. Kto by próbował zrobić krzywdę dziecku, skoro inni sami pakowali się Śmierciożercom pod różdżkę?
I oczywiście próbujemy wepchnąć tam także Anthony'ego, pomyślał przelotnie, wypuszczając powoli powietrze przez usta. Czyż nie wspominał na ostatnim zebraniu, że jako osoby będące trzonem Zakonu Feniksa powinni być bardziej rozważni? Dobrze by było otrzymać pomoc z zewnątrz, rozszerzyć wpływy, ale wpychanie wszystkich najbliższych w ramiona niebezpieczeństwa wydawało się po prostu niesprawiedliwe. Nawet jeśli oni sami chętnie by w nie wskoczyli. Czasem trzeba zapewnić ochronę innym, nawet jeśli tego nie chcą, skomentował bezgłośnie. Czy on miał tutaj w ogóle jakieś prawo głosu? Czy ktokolwiek przyznałby mu rację? Oczywiście, że nie. Byli przecież bandą samobójców i straceńców o złotych sercach.
— Zawsze możemy nagiąć nieco bieg wydarzeń i spróbować przywrócić Fortinbrasa Malfoya na jego dawne stanowisko — wyrzucił z siebie po chwili Erik, uśmiechając się na wpół z rozbawieniem na wpół z obłąkaniem wypisanym na twarzy. — Wprawdzie idąc po stereotypach, jest całkiem prawdopodobnym znajomym V...
Umilkł nagle, czując dreszcze przebiegające mu po plecach. Czy to, aby nie przyniesie im pecha? Jeszcze niedawno nie miałby problemów z wypowiedzeniem tego imienia na głos, ale teraz? Po Beltane, która okazało się jedynie preludium do Londynu? Skoro w pyle pożarowym buszowały Widma, to co jeszcze mogło teraz wisieć nad miastem? Może lepiej było dmuchać na zimne.
— Sami-Wiecie-Kogo — kontynuował po krótkim chrząknięciu. — Ale przynajmniej wiedzielibyśmy, czego możemy się po nim spodziewać. Wprawdzie jakbym miał wybierać kogoś z Malfoyów na to stanowisko to prędzej wskazałbym na obecnego Kanclerza Skarbu, ale lepszy byłby taki Minister niż ktoś kompletnie nam nieznany. A może gadam już od rzeczy, bo nie ma dla nas żadnej nadziei?
Rozejrzał się wymownie na prawo i lewo, milknąc na jakiś czas. Może faktycznie zatracił nieco ducha walki? Może był to efekt stresu wynikającego z całonocnego trwania na posterunku na wypadek kolejnego wypadu celem ratowania niewinnych ludzi? A może dostrzegał jak pasywne były ich dotychczasowe działania i obawiał się, że już było za późno na jakikolwiek sensowny kontratak. Kto wie, może skończy się tak jak ostatnio? Dojdźcie do siebie, zaopiekujcie się swoimi bliskimi, pomyślcie na tym, co będzie dalej, pomyślał Erik, przypominając sobie słowa Dumbledore'a na zebraniu po ataku na Polanie Ognisk. Po śmierci Derwina.
— Ta kobieta jest jakoś z nami powiązana? Albo barman? — spytał Jonathana, gdy ten podjął temat tajemniczej czarownicy. — Zabijanie sów nie wydaje się jakoś szczególnie dziwne. Ewidentnie próbowano ukrócić komunikację ze światem zewnętrznym, żeby opóźnić dotarcie posiłków. A zapiski brzmią... mętnie.
Nie dyskredytował pomysłu mężczyzny; po prostu bez znajomości całego kontekstu trudno mu było stwierdzić, czy udzielenie pomocy kobiecie może im w tym przypadku jakkolwiek pomóc. Zawsze mogło się okazać, że mają do czynienia z wariatką albo obłąkaną czarownicą, która w zapiskach umieściła przepis na szarlotkę albo inny przysmak. Z drugiej strony mogło to być coś, co faktycznie mogłoby pomóc im. Lub komukolwiek. Merlin jeden wiedział, że Londyn będzie potrzebował w najbliższym czasie ogromnej pomocy.
— Też brzmi dobrze. Dziadek Godryk zawsze się odnajdywał w takich sytuacjach. Lata prowadzenia Klubu Pojedynków mogłyby się wreszcie na coś zdać. Tylko, czy jesteście gotowi na potencjalne konsekwencje? W stu procentach? — spojrzał powątpiewająco na Morfeusza i Woody'ego. — Komuś ze sztabu wyborczego dziadka mogłoby przyjść do głowy, że nowa partnerka z dobrego domu mogłaby nieco ocieplić jego wizerunek pośród zagorzałych konserwatystów. — Przekrzywił głowę, żeby móc zerknąć na siostrę, aby zaraz wrócić spojrzeniem do stryjków. — Nie wiem, czy z Brenną jesteśmy gotowi na nową babcię. A wy na macochę.
Nie mógł już tego zrobić Brennie. Nie mógł już tego zrobić dla Nory. Obie zostały włączone do Zakonu Feniksa już na wczesnym etapie jego powstawania. Rodzice i Godryk… Cóż, w obecnej sytuacji niezbyt dało się ich chronić. Nie, kiedy wszyscy nosili nazwisko Longbottom. Mabel? Może bezpośrednio dalej była powiązana z masą członków organizacji, ale była też jego chrześnicą. O tyle o ile mógł, zadbał o jej bezpieczeństwo finansowe na przyszłość. Na wszelki wypadek. Gdyby coś się stało. Nie ulegało jednak wątpliwości, że dziecko było względnie bezpieczne. Kto by próbował zrobić krzywdę dziecku, skoro inni sami pakowali się Śmierciożercom pod różdżkę?
I oczywiście próbujemy wepchnąć tam także Anthony'ego, pomyślał przelotnie, wypuszczając powoli powietrze przez usta. Czyż nie wspominał na ostatnim zebraniu, że jako osoby będące trzonem Zakonu Feniksa powinni być bardziej rozważni? Dobrze by było otrzymać pomoc z zewnątrz, rozszerzyć wpływy, ale wpychanie wszystkich najbliższych w ramiona niebezpieczeństwa wydawało się po prostu niesprawiedliwe. Nawet jeśli oni sami chętnie by w nie wskoczyli. Czasem trzeba zapewnić ochronę innym, nawet jeśli tego nie chcą, skomentował bezgłośnie. Czy on miał tutaj w ogóle jakieś prawo głosu? Czy ktokolwiek przyznałby mu rację? Oczywiście, że nie. Byli przecież bandą samobójców i straceńców o złotych sercach.
— Zawsze możemy nagiąć nieco bieg wydarzeń i spróbować przywrócić Fortinbrasa Malfoya na jego dawne stanowisko — wyrzucił z siebie po chwili Erik, uśmiechając się na wpół z rozbawieniem na wpół z obłąkaniem wypisanym na twarzy. — Wprawdzie idąc po stereotypach, jest całkiem prawdopodobnym znajomym V...
Umilkł nagle, czując dreszcze przebiegające mu po plecach. Czy to, aby nie przyniesie im pecha? Jeszcze niedawno nie miałby problemów z wypowiedzeniem tego imienia na głos, ale teraz? Po Beltane, która okazało się jedynie preludium do Londynu? Skoro w pyle pożarowym buszowały Widma, to co jeszcze mogło teraz wisieć nad miastem? Może lepiej było dmuchać na zimne.
— Sami-Wiecie-Kogo — kontynuował po krótkim chrząknięciu. — Ale przynajmniej wiedzielibyśmy, czego możemy się po nim spodziewać. Wprawdzie jakbym miał wybierać kogoś z Malfoyów na to stanowisko to prędzej wskazałbym na obecnego Kanclerza Skarbu, ale lepszy byłby taki Minister niż ktoś kompletnie nam nieznany. A może gadam już od rzeczy, bo nie ma dla nas żadnej nadziei?
Rozejrzał się wymownie na prawo i lewo, milknąc na jakiś czas. Może faktycznie zatracił nieco ducha walki? Może był to efekt stresu wynikającego z całonocnego trwania na posterunku na wypadek kolejnego wypadu celem ratowania niewinnych ludzi? A może dostrzegał jak pasywne były ich dotychczasowe działania i obawiał się, że już było za późno na jakikolwiek sensowny kontratak. Kto wie, może skończy się tak jak ostatnio? Dojdźcie do siebie, zaopiekujcie się swoimi bliskimi, pomyślcie na tym, co będzie dalej, pomyślał Erik, przypominając sobie słowa Dumbledore'a na zebraniu po ataku na Polanie Ognisk. Po śmierci Derwina.
— Ta kobieta jest jakoś z nami powiązana? Albo barman? — spytał Jonathana, gdy ten podjął temat tajemniczej czarownicy. — Zabijanie sów nie wydaje się jakoś szczególnie dziwne. Ewidentnie próbowano ukrócić komunikację ze światem zewnętrznym, żeby opóźnić dotarcie posiłków. A zapiski brzmią... mętnie.
Nie dyskredytował pomysłu mężczyzny; po prostu bez znajomości całego kontekstu trudno mu było stwierdzić, czy udzielenie pomocy kobiecie może im w tym przypadku jakkolwiek pomóc. Zawsze mogło się okazać, że mają do czynienia z wariatką albo obłąkaną czarownicą, która w zapiskach umieściła przepis na szarlotkę albo inny przysmak. Z drugiej strony mogło to być coś, co faktycznie mogłoby pomóc im. Lub komukolwiek. Merlin jeden wiedział, że Londyn będzie potrzebował w najbliższym czasie ogromnej pomocy.
— Też brzmi dobrze. Dziadek Godryk zawsze się odnajdywał w takich sytuacjach. Lata prowadzenia Klubu Pojedynków mogłyby się wreszcie na coś zdać. Tylko, czy jesteście gotowi na potencjalne konsekwencje? W stu procentach? — spojrzał powątpiewająco na Morfeusza i Woody'ego. — Komuś ze sztabu wyborczego dziadka mogłoby przyjść do głowy, że nowa partnerka z dobrego domu mogłaby nieco ocieplić jego wizerunek pośród zagorzałych konserwatystów. — Przekrzywił głowę, żeby móc zerknąć na siostrę, aby zaraz wrócić spojrzeniem do stryjków. — Nie wiem, czy z Brenną jesteśmy gotowi na nową babcię. A wy na macochę.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞