29.05.2025, 22:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.05.2025, 22:13 przez Lorien Mulciber.)
Naprawdę mieli teraz odrobinę poważniejsze problemy niż szukanie dorosłego chłopa jakim był Morpheus. Zresztą… Co z nich wszystkich za jasnowidze, że nie przewidzieli takiego obrotu spraw?! A jeśli przewidzieli… Zacisnęła usta w wąską kreskę. Ta myśl ją odrobinę wstrzymała. Zamarła na ułamek sekundy.
Czy wiedział, a zamiast tego wysyłał jej krzyżówki? Zemdliło ją. Wiedział?
Odwróciła się jeszcze, żeby złapać Shafiq’a ostrożnie za ramię. Na Bogów, co z nim się dzisiaj działo?
- Antonio…- Powiedziała łagodnie, próbując go ściągnąć na ziemię. Do siebie. Przestań myśleć o Morpheusu, kiedy ja tu jestem!. Szeptał jej w głowie niemal urażony ptaszek, złakniony wszelkiej atencji. A już najbardziej tego, żeby Anthony przestał myśleć o Longbottomie i skupił się na przyznaniu jej racji w kwestii mugola!- Nic mu nie będzie. Zobaczysz.
Zastanowiła się nad kwestią dokumentów. Czy II piętro było bezpieczne? Czy zdążyliby je przenieść? A jeśli tak - to dokąd. Większość leżała w archiwum. Lata pracy, procesów, kartotek. Ich zniszczenie… Nie chciała nawet myśleć o chaosie do jakiego by doszło. Skinęła głową, na pomysł oddelegowania kilku brygadzistów do tego zadania.
I może nawet odpuściłaby temu nieszczęsnemu rannemu i zajęła się sprawami tak krytycznymi jak ratowanie ich życiowego łatwopalnego dorobku, gdyby nie odpowiedź Roberta.
- Najlepiej od razu włóżmy maski i idźmy zarzynać brudnokrwistych na ulicach.
Zatrzymała surowe spojrzenie na kuzynie, jakby kompletnie nie obchodziło jej co się stanie z ich światem. Problem był jednak taki, że… to nie była prawda. Reputacja Ministerstwa Magii leżała jej na sercu jak nic - ale to była reputacja nieugiętego organu ścigania nie ośrodka ratunkowego dla mugoli w potrzebie.
- Rób ze mnie potwora, bo szanuję zasady i nasze prawo w przeciwieństwie do terrorystów na ulicach. I najwyraźniej w przeciwieństwie do Ciebie, Robercie. Proszę bardzo!- Odwarknęła. Skoro Robert postrzegał zdrowy rozsądek za równoznaczny z noszeniem maski i mordowaniem, nie zamierzała z nim dalej dyskutować na ten temat. Moralność nigdy nie miała prawa do istnienia w świecie, w którym ślubowali odpowiednim prawom. A jak brzmiała pierwsza, święta zasada? Nigdy nie ujawnią się mugolom. Pod żadnym pozorem!
Tu już nie chodziło o poglądy. Nie chodziło nawet o niechęć czy mugolofilię. Chodziło o to, kto w czasie kryzysu zachowa żelazny kręgosłup i zdoła tupnąć nogą. Powiedzieć że to czyste szaleństwo i dezintegracja państwa - dokładnie to czego oczekiwał Lord Voldemort. Błąd. Paskudny, nieodwracalny błąd, za który przyjdzie pewnie zapłacić nie tylko amnezjatorom, ale i wszystkim jeśli wpuszczą tu kolejnych niepożądanych gości.
- Oczekiwałam, że będziesz po stronie prawa i sprawiedliwości, nie nagłego porywu serca.- Dodała z wyraźnym rozczarowaniem w głosie. Nie była terrorystką. Nie miała nic przeciwko pomaganiu mugolom czy ratowaniu ich! Ale nie tutaj. Nie w najważniejszym punkcie brytyjskiego świata czarodziejów! Nie, kiedy oni sami potrzebowali pomocy, by przetrwać tą noc.
- Innym razem Antonio.- Obiecała, gdy poruszył kwestię ich zaplanowanego na wieczór ogniska. Mówiła po angielsku, starając się tłumić drżący od emocji akcent.- I zaprosimy Morpheusa, zaprosimy wszystkich naszych przyjaciół, kogo tylko będziemy chcieli, dobrze? - Potrząsnęła głową, wreszcie dając do głosu dojść brygadzie.
- Na ulicach wszystko płonie, pani Mulciber. Nie ma miejsc, żeby pomagać.- Odpowiedział jeden z brygadzistów, akurat nie zajęty bandażowaniem mugola. Kojarzyła go, bo z reguły pilnował sali przesłuchań.- Pogotowie Ratunkowe już poinformowane. Mamy zgodę z departamentu magicz…
Brygadzista nie skończył referować, bo w tym momencie z tłumu wyłonił się nieznajomy, który… nie czekał jakoś specjalnie długo żeby przywalić z pięści Robertowi.
Pisnęła, nie tyle przerażona nagłym atakiem, co bardziej nim zaskoczona. Odskoczyła, wpadając na stojącego z tyłu Anthony’ego, w typowym dla siebie odruchu szukając u niego ochrony. Kto wie czy ten brutal się nie rzuci zaraz na nią!
Barbarzyństwo.- Wpatrywała się bez słowa to w mężczyznę to w kuzyna, który zaczął już paskudnie puchnąć na twarzy. Atak na funkcjonariusza państwowego. W samym SERCU Ministerstwa. A czyja to wina? Oczywiście, że przeklętego mugola, którego tutaj przywlekli! Gdyby nie było mugola - nie byłoby problemu - Robert by nie oberwał. Nadal zamierzał ich bronić?!
Czy wiedział, a zamiast tego wysyłał jej krzyżówki? Zemdliło ją. Wiedział?
Odwróciła się jeszcze, żeby złapać Shafiq’a ostrożnie za ramię. Na Bogów, co z nim się dzisiaj działo?
- Antonio…- Powiedziała łagodnie, próbując go ściągnąć na ziemię. Do siebie. Przestań myśleć o Morpheusu, kiedy ja tu jestem!. Szeptał jej w głowie niemal urażony ptaszek, złakniony wszelkiej atencji. A już najbardziej tego, żeby Anthony przestał myśleć o Longbottomie i skupił się na przyznaniu jej racji w kwestii mugola!- Nic mu nie będzie. Zobaczysz.
Zastanowiła się nad kwestią dokumentów. Czy II piętro było bezpieczne? Czy zdążyliby je przenieść? A jeśli tak - to dokąd. Większość leżała w archiwum. Lata pracy, procesów, kartotek. Ich zniszczenie… Nie chciała nawet myśleć o chaosie do jakiego by doszło. Skinęła głową, na pomysł oddelegowania kilku brygadzistów do tego zadania.
I może nawet odpuściłaby temu nieszczęsnemu rannemu i zajęła się sprawami tak krytycznymi jak ratowanie ich życiowego łatwopalnego dorobku, gdyby nie odpowiedź Roberta.
- Najlepiej od razu włóżmy maski i idźmy zarzynać brudnokrwistych na ulicach.
Zatrzymała surowe spojrzenie na kuzynie, jakby kompletnie nie obchodziło jej co się stanie z ich światem. Problem był jednak taki, że… to nie była prawda. Reputacja Ministerstwa Magii leżała jej na sercu jak nic - ale to była reputacja nieugiętego organu ścigania nie ośrodka ratunkowego dla mugoli w potrzebie.
- Rób ze mnie potwora, bo szanuję zasady i nasze prawo w przeciwieństwie do terrorystów na ulicach. I najwyraźniej w przeciwieństwie do Ciebie, Robercie. Proszę bardzo!- Odwarknęła. Skoro Robert postrzegał zdrowy rozsądek za równoznaczny z noszeniem maski i mordowaniem, nie zamierzała z nim dalej dyskutować na ten temat. Moralność nigdy nie miała prawa do istnienia w świecie, w którym ślubowali odpowiednim prawom. A jak brzmiała pierwsza, święta zasada? Nigdy nie ujawnią się mugolom. Pod żadnym pozorem!
Tu już nie chodziło o poglądy. Nie chodziło nawet o niechęć czy mugolofilię. Chodziło o to, kto w czasie kryzysu zachowa żelazny kręgosłup i zdoła tupnąć nogą. Powiedzieć że to czyste szaleństwo i dezintegracja państwa - dokładnie to czego oczekiwał Lord Voldemort. Błąd. Paskudny, nieodwracalny błąd, za który przyjdzie pewnie zapłacić nie tylko amnezjatorom, ale i wszystkim jeśli wpuszczą tu kolejnych niepożądanych gości.
- Oczekiwałam, że będziesz po stronie prawa i sprawiedliwości, nie nagłego porywu serca.- Dodała z wyraźnym rozczarowaniem w głosie. Nie była terrorystką. Nie miała nic przeciwko pomaganiu mugolom czy ratowaniu ich! Ale nie tutaj. Nie w najważniejszym punkcie brytyjskiego świata czarodziejów! Nie, kiedy oni sami potrzebowali pomocy, by przetrwać tą noc.
- Innym razem Antonio.- Obiecała, gdy poruszył kwestię ich zaplanowanego na wieczór ogniska. Mówiła po angielsku, starając się tłumić drżący od emocji akcent.- I zaprosimy Morpheusa, zaprosimy wszystkich naszych przyjaciół, kogo tylko będziemy chcieli, dobrze? - Potrząsnęła głową, wreszcie dając do głosu dojść brygadzie.
- Na ulicach wszystko płonie, pani Mulciber. Nie ma miejsc, żeby pomagać.- Odpowiedział jeden z brygadzistów, akurat nie zajęty bandażowaniem mugola. Kojarzyła go, bo z reguły pilnował sali przesłuchań.- Pogotowie Ratunkowe już poinformowane. Mamy zgodę z departamentu magicz…
Brygadzista nie skończył referować, bo w tym momencie z tłumu wyłonił się nieznajomy, który… nie czekał jakoś specjalnie długo żeby przywalić z pięści Robertowi.
Pisnęła, nie tyle przerażona nagłym atakiem, co bardziej nim zaskoczona. Odskoczyła, wpadając na stojącego z tyłu Anthony’ego, w typowym dla siebie odruchu szukając u niego ochrony. Kto wie czy ten brutal się nie rzuci zaraz na nią!
Barbarzyństwo.- Wpatrywała się bez słowa to w mężczyznę to w kuzyna, który zaczął już paskudnie puchnąć na twarzy. Atak na funkcjonariusza państwowego. W samym SERCU Ministerstwa. A czyja to wina? Oczywiście, że przeklętego mugola, którego tutaj przywlekli! Gdyby nie było mugola - nie byłoby problemu - Robert by nie oberwał. Nadal zamierzał ich bronić?!