30.05.2025, 10:47 ✶
Awrrr. Chciałem – jeszcze parę dni temu, w pewnej zaciętej windzie – dać Prudence szansę. Zaprzyjaźnić się z nią może? W końcu była siostrą mojego przyjaciela, a my wszyscy dorośliśmy, więc może tak należało? Jak na dojrzałych ludzi przystało. Ale... NIE. Nie dało się zaprzyjaźnić z Prudence Bletchley. Nie dało się rozmawiać z Prudence Bletchley. Nie dało się ratować własnych żyć z Prudence Bletchley. Była okropna w najczystszym – a może najbrudniejszym, biorąc pod uwagę ohydztwo jej duszy – tego słowa znaczeniu.
Przeklinałem ją. Przeklinałem tym bardziej, że wyrzucała mi rozczulanie się jedynie nad sobą, kiedy wcale nie byłem egoistą! Miałem szerokie, otwarte spojrzenie na sytuację
– PARĘ ZADRAPAŃ!? TO MOŻE JA CI WCISNĘ PATYK W OBOJCZYK I ZOBACZYSZ, JAKIE TO FAJNE, MIŁE I OGÓLNIE WCALE NIE MORDERCZE!!! – podniosłem głos. Tak, podniosłem. I pewnie nawet bym tupnął w mech, gdybym stał, ale... Ale to wcale nie znaczyło, że jestem jakąś primadonną czy coś. Myślałem o innych. Myślałem nawet o niej, by jej pomóc w najgorszym momencie jej wieczoru, ale... Wiecie co?! Jebałem to. Niech sobie radzi sama ze swoją zrytą banią.
– Moja różdżka zgubiła się, bo postanowiłaś krążyć po lesie w ciemno, zamiast wrócić tą samą drogą... Taka mądra, a taka głupia! – odgryzłem się, obiecując sobie, że już się do niej nie odezwę. Nawet bym na nią nie spojrzał. Ale musiałem wlepiać w nią wzrok, gdyż przecież w każdej chwili mogła mnie zaatakować. Chwila... Ale to przecież nic! Parę zadrapań! Rozczulałem się nad sobą! Byłem jak dziecko!!! HA! Dobre sobie.
Ach! Z reguły nie byłem mściwy, ale w stosunku do Prudence Bletchley? W szkole to było nagminne, bo za bardzo działała nam na nerwy i za często plątała się pod nogami, chcąc rzekomo chronić Eliasa, więc... A tak naprawdę wciskała nos w nieswoje sprawy, a kiedy została Prefektką... O jaaaa! Stała się jeszcze gorsza! Pamiętałem to doskonale, więc nie, nie zamierzałem jej teraz, w aktualnej sytuacji, tego tak odpuścić.
Ścisnąłem swój nowy nabytek – o zgrozo, jeżynową różdżkę – i wycelowałem ją w kierunku Prudence. Zamierzałem wyczarować wokół niej wir złotych, migoczących liter, ostrzegających: JESTEM ZIMNĄ SUKĄ. PRÓBY DOKONANIA MORDERSTWA TO DLA MNIE TYLKO NIEWINNE ZADRAPANIA! Miałem przeogromną nadzieję, że w tym moim niepewnym stanie i z tą nową różdżką zaklęcie się udało.
– Proszę bardzo. Zaklęcie odporne na deszcz i upokorzenie – dodałem z marną dumą (oczywiście, jeśli zaklęcie się udało), biorąc pod uwagę swój niegodny stan. Doskwierał mi brud i zapach jeżyn. Był wszędzie. Mdły. Obrzydliwy. Bleh. – Niech świat wie, że nosisz przy sobie broń i bagatelizujesz swoją agresję – stwierdziłem już bardziej pewnym siebie głosem. Po czym... po czym w sumie zamierzałem jeszcze dać z siebie więcej. Najwyraźniej dopiero się rozkręcałem.
– Wiesz co jeszcze? Jak tylko wrócimy do cywilizacji – a wrócimy, o ile nie umrę po drodze na jakieś jeżynowe zatrucie – wpiszę cię na czarną listę mojego gabinetu. Nigdy więcej dostępu do mojego terapeutycznego geniuszu. Nawet nie spojrzysz na moje broszury. Nawet nie powąchasz mojego gabinetu przez okno. O nie, droga panno Bletchley, oto twoja kara: ja, Romulus Peter Potter, odwracam się od ciebie plecami – stwierdziłem jak najbardziej poważnie.
I teraz, dokładnie teraz, to był prawdziwy, najprawdziwszy foch z mojej strony. A niech się do mnie nie odzywa! Niech już nic nie mówi, bo nie ręczę za siebie. Już nie ręczyłem, tak.
– I nie licz, że uratuję cię przed następnym poltergeistem. Czy co to tam było. Albo że podzielę się wodą. Albo że pozwolę ci spać w moim wyczarowanym kokonie z mchu i samoocieplających się listków. Głęboko, naJgłębiej mam twój marny żywot!!! – odparłem. I to chyba byłby koniec?
No, zobaczymy. Jak na razie ściskałem swoją nową różdżkę, rozglądając się, gdzie najlepiej zrobić sobie prowizoryczną leśną willę letnią do spania. Może nie letnią, ale wczesnojesienną.
Chciałem jeszcze coś dodać. Coś, co ją do końca zniszczy. Ale w głowie miałem tylko okładki Czarownicy z moją twarzą i nagłówkiem: Ofiara zdrady. Jak przeżyć atak bliskiej osoby i nadal wyglądać jak milion galeonów?
| Rzucam na kształtowanie w celu wyczarowania wspomnianych w poście słów wokół Prudence.
!Trauma Ognia
Przeklinałem ją. Przeklinałem tym bardziej, że wyrzucała mi rozczulanie się jedynie nad sobą, kiedy wcale nie byłem egoistą! Miałem szerokie, otwarte spojrzenie na sytuację
– PARĘ ZADRAPAŃ!? TO MOŻE JA CI WCISNĘ PATYK W OBOJCZYK I ZOBACZYSZ, JAKIE TO FAJNE, MIŁE I OGÓLNIE WCALE NIE MORDERCZE!!! – podniosłem głos. Tak, podniosłem. I pewnie nawet bym tupnął w mech, gdybym stał, ale... Ale to wcale nie znaczyło, że jestem jakąś primadonną czy coś. Myślałem o innych. Myślałem nawet o niej, by jej pomóc w najgorszym momencie jej wieczoru, ale... Wiecie co?! Jebałem to. Niech sobie radzi sama ze swoją zrytą banią.
– Moja różdżka zgubiła się, bo postanowiłaś krążyć po lesie w ciemno, zamiast wrócić tą samą drogą... Taka mądra, a taka głupia! – odgryzłem się, obiecując sobie, że już się do niej nie odezwę. Nawet bym na nią nie spojrzał. Ale musiałem wlepiać w nią wzrok, gdyż przecież w każdej chwili mogła mnie zaatakować. Chwila... Ale to przecież nic! Parę zadrapań! Rozczulałem się nad sobą! Byłem jak dziecko!!! HA! Dobre sobie.
Ach! Z reguły nie byłem mściwy, ale w stosunku do Prudence Bletchley? W szkole to było nagminne, bo za bardzo działała nam na nerwy i za często plątała się pod nogami, chcąc rzekomo chronić Eliasa, więc... A tak naprawdę wciskała nos w nieswoje sprawy, a kiedy została Prefektką... O jaaaa! Stała się jeszcze gorsza! Pamiętałem to doskonale, więc nie, nie zamierzałem jej teraz, w aktualnej sytuacji, tego tak odpuścić.
Ścisnąłem swój nowy nabytek – o zgrozo, jeżynową różdżkę – i wycelowałem ją w kierunku Prudence. Zamierzałem wyczarować wokół niej wir złotych, migoczących liter, ostrzegających: JESTEM ZIMNĄ SUKĄ. PRÓBY DOKONANIA MORDERSTWA TO DLA MNIE TYLKO NIEWINNE ZADRAPANIA! Miałem przeogromną nadzieję, że w tym moim niepewnym stanie i z tą nową różdżką zaklęcie się udało.
– Proszę bardzo. Zaklęcie odporne na deszcz i upokorzenie – dodałem z marną dumą (oczywiście, jeśli zaklęcie się udało), biorąc pod uwagę swój niegodny stan. Doskwierał mi brud i zapach jeżyn. Był wszędzie. Mdły. Obrzydliwy. Bleh. – Niech świat wie, że nosisz przy sobie broń i bagatelizujesz swoją agresję – stwierdziłem już bardziej pewnym siebie głosem. Po czym... po czym w sumie zamierzałem jeszcze dać z siebie więcej. Najwyraźniej dopiero się rozkręcałem.
– Wiesz co jeszcze? Jak tylko wrócimy do cywilizacji – a wrócimy, o ile nie umrę po drodze na jakieś jeżynowe zatrucie – wpiszę cię na czarną listę mojego gabinetu. Nigdy więcej dostępu do mojego terapeutycznego geniuszu. Nawet nie spojrzysz na moje broszury. Nawet nie powąchasz mojego gabinetu przez okno. O nie, droga panno Bletchley, oto twoja kara: ja, Romulus Peter Potter, odwracam się od ciebie plecami – stwierdziłem jak najbardziej poważnie.
I teraz, dokładnie teraz, to był prawdziwy, najprawdziwszy foch z mojej strony. A niech się do mnie nie odzywa! Niech już nic nie mówi, bo nie ręczę za siebie. Już nie ręczyłem, tak.
– I nie licz, że uratuję cię przed następnym poltergeistem. Czy co to tam było. Albo że podzielę się wodą. Albo że pozwolę ci spać w moim wyczarowanym kokonie z mchu i samoocieplających się listków. Głęboko, naJgłębiej mam twój marny żywot!!! – odparłem. I to chyba byłby koniec?
No, zobaczymy. Jak na razie ściskałem swoją nową różdżkę, rozglądając się, gdzie najlepiej zrobić sobie prowizoryczną leśną willę letnią do spania. Może nie letnią, ale wczesnojesienną.
Chciałem jeszcze coś dodać. Coś, co ją do końca zniszczy. Ale w głowie miałem tylko okładki Czarownicy z moją twarzą i nagłówkiem: Ofiara zdrady. Jak przeżyć atak bliskiej osoby i nadal wyglądać jak milion galeonów?
| Rzucam na kształtowanie w celu wyczarowania wspomnianych w poście słów wokół Prudence.
Rzut N 1d100 - 42
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Rzut N 1d100 - 17
Akcja nieudana
Akcja nieudana
!Trauma Ognia