30.05.2025, 11:04 ✶
Hannibal trzymał się blisko Guinevere. Teoretycznie miał wypatrywać w tłumie potrzebujących, ale szybko złapał się na tym, że raczej poszukuje potencjalnego zagrożenia. Najwidoczniej niespodziewane oberwanie kulą ognia robiło takie rzeczy z ludźmi.
Nie rozmawiali wiele, teraz, kiedy już pękła bańka intymności między uzdrowicielem a pacjentem. Oparzenia posmarowane maścią uzdrowicielki były przyjemnie chłodne, ale wirujący w powietrzu popiół przyklejał się do lepkiej powierzchni lekarstwa. Wokół narastała gorączkowa bieganina.
W radio mówili, że Londyn płonie, a ludzie są atakowani, powiedziała Ginny. Niby widział to teraz na własne oczy, ale nadal nie miał pojęcia, jak duży jest zasięg zamieszek. Wiedział, oczywiście, o Śmierciożercach, o tym, że głoszący niebezpieczne poglądy magiczny szowinista znany jako Lord Voldemort - najwyraźniej kiedy rozdawali przyzwoitość, stał w kolejce po wyczucie stylu - zbiera coraz więcej zwolenników, ale jak dotąd myślał - miał nadzieję - że to jakieś niszowe zjawisko, że nawet ci czarodzieje, którzy uważali, że ich świat powinien zostać rozdzielony od mugoli, nie posunęliby się aż do przemocy i to na taką skalę. Dzisiejsza noc pokazywała, jak bardzo był w błędzie.
Podjął decyzję o towarzyszeniu Guinevere w porywie rycerskości - wdzięczności - może zasad, które wpoili mu rodzice. Hannibal nie szanował zasad, ciekawa cecha u kogoś, kogo stać było na żelazną dyscyplinę treningów i prób. Kiedyś zakwestionował o jeden raz za dużo to, że kobietami należy się opiekować i ojciec, w przypływie irytacji powiedział mu ”Jak ty chcesz kiedykolwiek zaliczyć, będąc gburem?...” Niewychowawcze? Zapewne tak, ale przemawiające do zbuntowanego nastolatka.
Więc teraz Hannibal wzdrygał się przed pozostawieniem kobiety samej sobie na niebezpiecznej ulicy. Ale sam też czuł się raźniej, mając towarzystwo. Rozglądał się dokoła, gotów uskoczyć, gotów wyciągnąć różdżkę, na rączce której trzymał nieustannie palce, gotów osłonić towarzyszkę, jeżeli będzie trzeba… i usilnie starał się nie myśleć o tym, że nie stoczył w życiu żadnego zwycięskiego pojedynku magicznego. Minęli kilka kamienic, jak dotąd nie napotykając nikogo, kto byłby widocznie ranny, a jednocześnie nie miałby już opieki. Tylko zdemolowane lokale na parterze, ogień na wyższych piętrach, chrzęst szkła pod stopami. Mroczny Znak rozświetlający złowrogo pociemniałe niebo. I dym, wszędzie dym. Hannibal kaszlnął. I wtedy poczuł na sobie czyjś wzrok.
Przystanął i czujnie rozejrzał się wokół, dobywając na wszelki wypadek różdżki. Cenne dwie sekundy zajęło mu wyłowienie z tłumu obserwatora, tym trudniejsze, że ani Hannibal ani obcy nie górowali wzrostem nad morzem głów. Siwiejący, zarośnięty czarodziej w średnim wieku. Dobrej jakości szaty - kontrastujące z nieuporządkowaną burzą loków na głowie i twarzy - powoli traciły swój szykowny wygląd, przegrywając z osiadającym na nich popiołem. Wiem, kto to!, zorientował się Selwyn. Przyjaciel Jonathana, głowa rodu Longbottomów. Kojarzył go, choć nigdy ze sobą nie rozmawiali. Hannibal odetchnął z ulgą, gotów ruszyć dalej.
Nie rozmawiali wiele, teraz, kiedy już pękła bańka intymności między uzdrowicielem a pacjentem. Oparzenia posmarowane maścią uzdrowicielki były przyjemnie chłodne, ale wirujący w powietrzu popiół przyklejał się do lepkiej powierzchni lekarstwa. Wokół narastała gorączkowa bieganina.
W radio mówili, że Londyn płonie, a ludzie są atakowani, powiedziała Ginny. Niby widział to teraz na własne oczy, ale nadal nie miał pojęcia, jak duży jest zasięg zamieszek. Wiedział, oczywiście, o Śmierciożercach, o tym, że głoszący niebezpieczne poglądy magiczny szowinista znany jako Lord Voldemort - najwyraźniej kiedy rozdawali przyzwoitość, stał w kolejce po wyczucie stylu - zbiera coraz więcej zwolenników, ale jak dotąd myślał - miał nadzieję - że to jakieś niszowe zjawisko, że nawet ci czarodzieje, którzy uważali, że ich świat powinien zostać rozdzielony od mugoli, nie posunęliby się aż do przemocy i to na taką skalę. Dzisiejsza noc pokazywała, jak bardzo był w błędzie.
Podjął decyzję o towarzyszeniu Guinevere w porywie rycerskości - wdzięczności - może zasad, które wpoili mu rodzice. Hannibal nie szanował zasad, ciekawa cecha u kogoś, kogo stać było na żelazną dyscyplinę treningów i prób. Kiedyś zakwestionował o jeden raz za dużo to, że kobietami należy się opiekować i ojciec, w przypływie irytacji powiedział mu ”Jak ty chcesz kiedykolwiek zaliczyć, będąc gburem?...” Niewychowawcze? Zapewne tak, ale przemawiające do zbuntowanego nastolatka.
Więc teraz Hannibal wzdrygał się przed pozostawieniem kobiety samej sobie na niebezpiecznej ulicy. Ale sam też czuł się raźniej, mając towarzystwo. Rozglądał się dokoła, gotów uskoczyć, gotów wyciągnąć różdżkę, na rączce której trzymał nieustannie palce, gotów osłonić towarzyszkę, jeżeli będzie trzeba… i usilnie starał się nie myśleć o tym, że nie stoczył w życiu żadnego zwycięskiego pojedynku magicznego. Minęli kilka kamienic, jak dotąd nie napotykając nikogo, kto byłby widocznie ranny, a jednocześnie nie miałby już opieki. Tylko zdemolowane lokale na parterze, ogień na wyższych piętrach, chrzęst szkła pod stopami. Mroczny Znak rozświetlający złowrogo pociemniałe niebo. I dym, wszędzie dym. Hannibal kaszlnął. I wtedy poczuł na sobie czyjś wzrok.
Przystanął i czujnie rozejrzał się wokół, dobywając na wszelki wypadek różdżki. Cenne dwie sekundy zajęło mu wyłowienie z tłumu obserwatora, tym trudniejsze, że ani Hannibal ani obcy nie górowali wzrostem nad morzem głów. Siwiejący, zarośnięty czarodziej w średnim wieku. Dobrej jakości szaty - kontrastujące z nieuporządkowaną burzą loków na głowie i twarzy - powoli traciły swój szykowny wygląd, przegrywając z osiadającym na nich popiołem. Wiem, kto to!, zorientował się Selwyn. Przyjaciel Jonathana, głowa rodu Longbottomów. Kojarzył go, choć nigdy ze sobą nie rozmawiali. Hannibal odetchnął z ulgą, gotów ruszyć dalej.