30.05.2025, 11:56 ✶
Dogorywałem. Pragnąłem, żeby to, co wydarzyło się wczoraj, było tylko paskudnym snem, ale... nic nie mogło tego zmienić. Ewentualnie – może ingerencja amnezjologa, ale... To nie byłoby etyczne, prozdrowotne ani ogólnie dobre, więc wykluczyłem tę opcję. Szczególnie że powinienem pamiętać – dla własnego bezpieczeństwa oraz bezpieczeństwa moich bliskich – do czego zdolna była Prudence Bletchley. Nie mogłem niczego usuwać, nic zmieniać.
Zapisałem nawet wspomnienia z tego dnia w dzienniku, wraz z niewyobrażalnymi akcjami, które mieliśmy okazję razem przeżyć, żeby przeanalizować je w wolnej chwili. Kiedy będę w pełni sił, wypoczęty i…
Spałem. Miło sobie spałem, aż wyrwany ze snu odsłoniłem nieco oczy i zerknąłem na zegarek, by sprawdzić, czy aby na pewno nie była żadna równa godzina. Wiadomo – kontrola i pełna świadomość – to było ważne. Zdjąłem więc opaskę całkowicie, wsłuchując się z lekkim uśmiechem w wystukiwaną melodię. Nie miałem serca jej przerywać, dlatego milczałem.
Może nie był to mój typowy budzik, który z reguły przemawiał do mnie moim, nieco młodszym, głosem słowami: Wstawaj, geniuszu, świat czeka na twoje katastrofy!, ale był to równie bliski mi patent na budzenie. Normalność. Biorąc pod uwagę moje ostatnie przeżycia, wielce pożądana normalność.
– Tylko ty potrafisz zagrać na drzwiach jak na harfie mojej duszy. Wchodź, bohaterze poranka! – zaprosiłem go do środka bez wcześniejszego przygotowania mojej zacnej urody, gdyż był moim najlepszym przyjacielem. Znał mnie od podszewki. Poza tym, nie byłem pewny, czy mam w sobie siły na poranną, a właściwie już południową toaletę. Wciąż nie potrafiłem ogarnąć umysłem tego, co wczoraj przeżyłem. Wciąż chciałem, by to był tylko zły sen, a nie koszmar na jawie.
Wiedziałem, że Ambroise najlepiej zrozumie, przez co przechodziłem – ale zaskoczyło mnie, że nie przyszedł z kawą. Oczywiście, za gazetę przez najbliższy czas podziękuję. Już nie ufałem Prorokowi Codziennemu. Tamten egzemplarz gdzieś się zapodział. I dobrze.
Nie musiał pytać, jak się czuję. Sam zamierzałem mu to powiedzieć.
– Powinniśmy zamknąć Prudence Bletchley w Azkabanie do końca jej marnego życia. Albo razem z tym wstrętnym wampirem w piwnicy. Może by się wzajemnie pozjadali – odparłem, teatralnie wzdrygając się i sięgając po szlafrok, bez wstawania z łóżka. W tej chwili szlafrok, kołdra i koc od cioci Ulki miały mnie chronić przed wszelkim złem. Może zrobię sobie dzień bez wychodzenia z łóżka? Chyba mi się należało. Drzemki dla urody, lektura romansideł i bezpiecznych pism naukowych – wcale nie foliarskich, jak to niektórzy, nieoświeceni, zwykli określać.
Nie ukrywałem też przed nim swojej niechęci do wampirów. Pomagałem, tak, pomagałem z dalekiej odległości, ale i tak było mi to kością...
– Myślałem, że zginę. Już umierałem, ale... coś mnie ocaliło. Może dowcip ducha, kto wie? Ale moje myśli... Pomyślałem sobie, jak świat by przetrwał dalej beze mnie?! – zapytałem zamyślony Ambroise’a, sięgając do stolika nocnego po paczkę z papierosami. Moimi, prawdziwymi papierosami, a nie jakimś jeżynowym gównem. Dobrze, że się nie zatrułem. Albo że nie umarłem.
Poczęstowałem się i rzuciłem paczkę w kierunku Ambroża, bo wiedziałem, że nie odmówi... Pewnie już ślinił się na widok papierosów w mojej dłoni.
!Trauma Ognia
Zapisałem nawet wspomnienia z tego dnia w dzienniku, wraz z niewyobrażalnymi akcjami, które mieliśmy okazję razem przeżyć, żeby przeanalizować je w wolnej chwili. Kiedy będę w pełni sił, wypoczęty i…
Spałem. Miło sobie spałem, aż wyrwany ze snu odsłoniłem nieco oczy i zerknąłem na zegarek, by sprawdzić, czy aby na pewno nie była żadna równa godzina. Wiadomo – kontrola i pełna świadomość – to było ważne. Zdjąłem więc opaskę całkowicie, wsłuchując się z lekkim uśmiechem w wystukiwaną melodię. Nie miałem serca jej przerywać, dlatego milczałem.
Może nie był to mój typowy budzik, który z reguły przemawiał do mnie moim, nieco młodszym, głosem słowami: Wstawaj, geniuszu, świat czeka na twoje katastrofy!, ale był to równie bliski mi patent na budzenie. Normalność. Biorąc pod uwagę moje ostatnie przeżycia, wielce pożądana normalność.
– Tylko ty potrafisz zagrać na drzwiach jak na harfie mojej duszy. Wchodź, bohaterze poranka! – zaprosiłem go do środka bez wcześniejszego przygotowania mojej zacnej urody, gdyż był moim najlepszym przyjacielem. Znał mnie od podszewki. Poza tym, nie byłem pewny, czy mam w sobie siły na poranną, a właściwie już południową toaletę. Wciąż nie potrafiłem ogarnąć umysłem tego, co wczoraj przeżyłem. Wciąż chciałem, by to był tylko zły sen, a nie koszmar na jawie.
Wiedziałem, że Ambroise najlepiej zrozumie, przez co przechodziłem – ale zaskoczyło mnie, że nie przyszedł z kawą. Oczywiście, za gazetę przez najbliższy czas podziękuję. Już nie ufałem Prorokowi Codziennemu. Tamten egzemplarz gdzieś się zapodział. I dobrze.
Nie musiał pytać, jak się czuję. Sam zamierzałem mu to powiedzieć.
– Powinniśmy zamknąć Prudence Bletchley w Azkabanie do końca jej marnego życia. Albo razem z tym wstrętnym wampirem w piwnicy. Może by się wzajemnie pozjadali – odparłem, teatralnie wzdrygając się i sięgając po szlafrok, bez wstawania z łóżka. W tej chwili szlafrok, kołdra i koc od cioci Ulki miały mnie chronić przed wszelkim złem. Może zrobię sobie dzień bez wychodzenia z łóżka? Chyba mi się należało. Drzemki dla urody, lektura romansideł i bezpiecznych pism naukowych – wcale nie foliarskich, jak to niektórzy, nieoświeceni, zwykli określać.
Nie ukrywałem też przed nim swojej niechęci do wampirów. Pomagałem, tak, pomagałem z dalekiej odległości, ale i tak było mi to kością...
– Myślałem, że zginę. Już umierałem, ale... coś mnie ocaliło. Może dowcip ducha, kto wie? Ale moje myśli... Pomyślałem sobie, jak świat by przetrwał dalej beze mnie?! – zapytałem zamyślony Ambroise’a, sięgając do stolika nocnego po paczkę z papierosami. Moimi, prawdziwymi papierosami, a nie jakimś jeżynowym gównem. Dobrze, że się nie zatrułem. Albo że nie umarłem.
Poczęstowałem się i rzuciłem paczkę w kierunku Ambroża, bo wiedziałem, że nie odmówi... Pewnie już ślinił się na widok papierosów w mojej dłoni.
!Trauma Ognia