Gdy barman mu odpowiedział, Morpheus poczuł, jak coś w nim pęka, nie zranione ego, nie duma, ale coś znacznie głębiej zakorzenionego, coś, co cicho szeptało od lat: już cię nie potrzebują. Nie chodziło o metrykę, a o zużycie duszy, o tę nieskończoną zmęczoną wersję siebie, którą nosił jak przetartą szatę. To nie brzmiało jak kpina, bardziej jak wyrok, potwierdzenie, że jego czas się skończył, że nie pasuje już do chaosu, który nastał. Zamiast wściekłości poczuł pustkę, niemal ulgę, jakby ktoś nazwał potwora po imieniu, a on już nie musiał udawać, że jeszcze ma siłę, by go powstrzymywać. Morpheus usunął się w cień, aby nie przeszkadzać w działaniu Jonathanowi. I słusznie.
Może w końcu stał się tym, czego się obawiał i jego miejsce jest w Lecznicy Dusz, w białym kaftanie? Właśnie wtedy zaczęły się myśli, które wiły się w głowie jak czarne węże, jadowite i kuszące. Może to nie świat go odrzucił, może to on porzucił świat, tylko zapomniał o tym w ferworze obowiązków i niezliczonych prób ratowania resztek normalności. Zaczynał widzieć rzeczy, których nie było, słyszeć bicie zegarów, których nikt inny nie słyszał, czuć, jak rzeczywistość łuszczy się wokół niego jak stara farba. Może ta starość, którą mu zarzucono, była nie tylko fizyczna, może była to duchowa entropia, powolne rozpadanie się świadomości w coś większego i bardziej niepojętego. Może był starszy niż czas, może był tylko echem czegoś, co umarło dawno temu, ale jeszcze nie zdążyło o tym nikogo poinformować.
Morpheus wycofał się z restauracji, unikając wzroku Jonathana i każdego z gości. Wyszedł, wiedząc, że Selwyn poradzi sobie świetnie, bo przyjaciel nigdy nie zawodził.