Jego ciało nie nosiło śladów ran, a jednak każdy ruch sprawiał wrażenie, jakby przechodził przez zasłonę ognia, której nie widział nikt poza nim. Nie, nie prawda. Starta krew, która zniknęła po obmyciu się u Nory, znów pojawiła się na twarzy Morpheusa. Krew płynąca z uszu i z nosa, dzikie spojrzenie, ale działał, automatycznie, bez myślenia o tym, jak przed chwilą i jednocześnie kilka godzin temu klęczał na bruku, kaszlał i drżał z bólu. Zaciskał zęby, aż bolała go szczęka, trzymał sztywno różdżkę.
Zatrzymał się tam, gdzie Anthony, próbując złapać oddech. Noc nie była już nocą, nie miała w sobie spokoju, cichości ani chłodu. Była łuną, była czerwienią, była ostrym, szarpiącym oddechem setek gardeł próbujących jednocześnie krzyczeć i oddychać. Czerń nieba została wyparta przez pulsującą poświatę, a powietrze pachniało duszonym strachem i przypaloną pamięcią. Dźwięk pożaru nie był tylko trzaskiem, to były modlitwy wypowiadane bez głosu, to był jęk drewna łamanego przez ogień, to było uderzenie serca o żebra, jakby próbowało się wydostać. Wszystko działo się naraz, bez kolejności i bez logiki. Zaklęcia, płacze, błyski, łzy, trzaski, zlały się w jedno, w noc, której nie da się wybaczyć. Noc, po której nikt nie był już taki sam.
Jak ktokolwiek mógł widzieć w tym zwycięstwo? Jak ktokolwiek mógł widzieć w tym tryumf?
Apteka tuliła się do innych domów, jak wszystkie kamienice na Horyzontalnej, po prawej mając dom mieszkalny, po lewej sklep z zabawkami. Sklep z zabawkami płonął cicho, jakby nie chciał przeszkadzać w większych tragediach rozgrywających się wokół. Teraz szkło pękało od gorąca, a jego odłamki spadały na pluszowe misie i drewniane koniki. Płomienie pożerały kolory zabawek, czerwienie zamieniały się w brudne rudości, błękity w dym, a biel w popiół. Uśmiechnięte twarze lalek topiły się jak świeczki na ołtarzu niepamięci. Wewnątrz panował groteskowy teatr, marzenia w pudełkach, sny w kartonach, wszystkie układanki dzieciństwa wrzeszczały w ciszy, bo nikt ich nie słyszał. Karuzela na wystawie, ta, którą Morpheus mijał jeszcze dzień wcześniej i planował kupić Mabel z okazji Mabon, grała przez chwilę melodię, zanim zamilkła na zawsze, krótki, skrzeczący dźwięk, jak pożegnanie. W ogniu tańczyły pajacyki i piłki, podskakujące na sprężynach jak w ostatnim tańcu.
Zwada: Słabe płuca (I)