30.05.2025, 21:17 ✶
Widziałem już podobne rzeczy, co w tym lesie - w głębokich jaskiniach, gdzie głosy odbijały się w kamieniach i wracały zmienione, w zrujnowanych rezydencjach, gdzie duchy lubiły podszeptywać do uszu, w kręgach, gdzie magia rozpraszała się powoli, długo po tym, jak odeszli wszyscy czarodzieje. To właśnie w tym był problem - chaos - nie przypadkowy, tylko… Zaprogramowany, wymuszony, jak gdyby ktoś przestawił im sposób myślenia i zostawił tylko czystą frustrację. Prudence i Romulus stali kilka kroków ode mnie, a ja patrzyłem na nich, jakby byli aktorami z kiepskiej sztuki, wystawianej za późno w nocy, kiedy już tylko ci najbardziej zmęczeni zostali w teatrze. Nie wyglądało to dobrze, i nie chodziło o to, że się kłócili - ludzie się kłócą, zawsze. Chodziło o... Jakość tej kłótni. Niby dwoje dorosłych czarodziejów, a jednak z każdą chwilą coraz bardziej przypominali dzieci - takie, które już połamały to, co mogły, i teraz próbowały winić siebie nawzajem. Było w tym coś niepokojąco znajomego i równocześnie zupełnie obcego. Romulus gestykulował różdżką tak szeroko, że musiałem się powstrzymać od mruknięcia: „Ostrożnie z tą ręką, chłopcze, jeszcze coś sobie nadwyrężysz.” Prudence zmieniała ton głosu tak nagle, że gdybym nie znał jej lepiej, pomyślałbym, iż z Romkiem rozmawiają dwie osoby, ale znałem ją, i właśnie dlatego to mnie niepokoiło - bardziej niż jakakolwiek anomalia magiczna. Słowa odbijały się echem, lecz ich sens rozmywał się w tonie głosów - zbyt wysokich i intensywnych. Unosiłem brwi - raz, potem drugi, jak gdybym próbował zareagować za nich oboje, bo im wyraźnie zabrakło samokontroli.
Stałem w ciemnościach, nie ukrywałem się - to byłby akt, a ja po prostu istniałem w cieniu, obserwowałem, czas płynął, a ja nie drgnąłem. Nie musiałem się ruszać - nie miałem też najmniejszego zamiaru. Nie dlatego, że byłem przestraszony, ani tym bardziej zafascynowany. Właściwie, najbliżej byłoby mi do czegoś w rodzaju cierpliwej dezorientacji - tej, która ogarnia człowieka, kiedy patrzy na dwoje ludzi, a oni najwyraźniej postanawiają przestać kierować się jakąkolwiek logiką. Na początku wydawało mi się, że ich rozmowa ma jakiś sens, a to, co się dzieje, zmierza ku czemuś - wyjaśnieniu, eskalacji kulminacji, może nawet rozwiązaniu konfliktu, ale im dłużej patrzyłem i słuchałem, tym bardziej opadały mi ręce.
Do mojego nosa dotarł dziwny zapach - jeszcze, zanim zobaczyłem papierosa w ustach Prudence - zmarszczyłem nos, nie mogłem temu zapobiec, to był odruch. Poza tym nie ruszyłem się ani o odrobinę - moja pozycja była idealna, ciemność była wystarczająca, i chociaż powietrze zaczynało gęstnieć, a aromat robił się coraz bardziej nachalny, nie drgnąłem. Ten zapach był... Zły. Nie zły jak padlina czy siarka. Zły jak przesyt - coś, co udaje słodycz, ale nią nie jest. Słodki, lepki, duszny. Opar z dymu i jeżyn, ale nie takich z krzaka - nie te dobre, nie te dzikie i cierpkie, które znałem z dzieciństwa, zbierane ukradkiem przy lesnych ścieżkach. Nie - to był zapach jeżyn, które ktoś zasypał cukrem, zagotował, a potem pozwolił się przypalić. Słodki, duszny, nieprzyzwoity - prawie obsceniczny. Paskudztwo.
Ich rozmowa stawała się coraz bardziej absurdalna. Uniósłbym brwi... I właściwie, to je uniosłem. Nie był to już nawet spór, to była kakofonia - czasem słyszałem fragmenty zdań, które nie mogły istnieć obok siebie, ale padały. Żadne z nich nie wydawało się kontrolować sytuacji, chociaż każde próbowało na swój sposób przejąć ster. Zastanawiałem się, czy któreś z nich, choćby na moment, zastanowiło się nad tym, jak wyglądają, brzmią, i czy w ogóle jeszcze się słyszą. Miałem ochotę się zaśmiać, ale nie byłby to śmiech rozbawienia, raczej coś suchego, graniczącego z politowaniem. Śmiałbym się z nich, dla nich, za nich - bo żadne z nich nie miało już dystansu. Może ja też nie, skoro stałem tam, zbyt długo, zbyt cicho, obserwując ich jak ktoś, kto nie może oderwać wzroku od tragikomedii.
Oparłem się barkiem o pień drzewa - cicho, powoli - tak, by nie złamać ani jednej gałązki. Nadal, jako niewidzialny obserwator, to nie był żaden wysiłek. Właściwie, gdybym się ruszył, to dopiero wtedy może ktoś z nich mógłby mnie zauważyć, ale nie miałem powodu. Patrzyłem - to wszystko, co robiłem. Nie miałem ochoty się wtrącać - nie dlatego, że nie obchodziło mnie, co się dzieje. Właśnie przeciwnie - interesowało mnie to, ale istniał pewien rodzaj absurdu, który najlepiej działał sam na siebie. Nawet nie próbowałem rozstrzygać, kto miał rację, nie w tym chaosie, ani przy tym poziomie nonsensu. Zamiast tego pozwoliłem oczom prześlizgiwać się po każdym geście i grymasie - uniosłem brwi po raz trzeci, czwarty. Niby drobny gest, a jednak jedyny sposób, by nadać temu jakikolwiek sens. Moje brwi zaczęły komentować rzeczywistość za mnie, bo usta milczały.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)