31.05.2025, 01:02 ✶
Kiedyś wszystko było łatwiejsze.
Człowiek przejmował się SUM-ami; ze stresu nie jadło się tydzień przed egzaminami, a w dzień testów profilaktycznie wymiotowało się do kibla, żeby śniadanie nie podeszło do gardła w trakcie pisania na wielkiej sali. Stamtąd nie było już ucieczki. Starsze roczniki zarzekały się, że choćbyś narobił w gacie czy, co właśnie stresowało Tessę najbardziej, byś się porzygał, to musiałeś siedzieć. Jeśli nauczyciel miał litość, co nie zdarzało się często, to może by cię wyprowadził na zewnątrz i smagnął po mordzie Chłoszczyść, a potem pouczył, żeby nie jeść aż tak dużo przed następnym egzaminem. Zaraz potem siódmoklasiści ostrzegali, że owsianka w połączeniu z jajecznicą nigdy nie była dobrym pomysłem.
Po szkole przyszedł czas na obgryzanie paznokci przez pracę. U Gringotta w końcu nie było miejsca na robienie czegokolwiek na pół gwizdka. Cały czas czuła, że patrzono jej na ręce, a koledzy z pracowniczego biurka nie byli jednak aż tak zapaleni, jak ona. Woleli odbębnić robotę — odbić kartę przy wejściu, przez cały dzień niechętnie wykonać zlecenia, a na sam koniec podpisać się na liście i wrócić do domu. Ewentualnie wyjść czasem na piwo.
Nie rozumiała tego. Jak ludzie, pracujący w takim miejscu nie kwestionowali podstawionych im pod nos kodów, układów, starych pieczęci, których błędne rozbrojenie skutkowało potencjalnym wybuchnięciem zaklęcia prosto w twarz? Nie rozumiała tego. Nie potrafiła się dostosować do nudnego, dekadenckiego środowiska, w jakim przyszło jej spędzić aż cztery lata.
— Nie wiem — odparła zaraz na wspomnienie o Dolinie. Pokręciła głową, podnosząc palce do skroni, jakby próbowała odgonić nadchodzący ból głowy. — Boję się co z tatą.
Czuła, że brzmiała na powrót jak nastolatka. Jakby znowu miała osiemnaście lat, a po skończeniu Hogwartu nie miała się gdzie podziać, a stary Longbottom ponownie — bo po raz trzeci — namawiał ją, żeby wprowadziła się do Warowni. Zawsze mówiła, że nie miała kontaktu z ojcem. Ale tak naprawdę po stracie jednego, prędko zyskała drugiego.
— Tak, oczywiście, właśnie miałam się tym zająć. — Machnęła ręką w stronę kilku lekko zdezelowanych i wyraźnie zakurzonych śpiworów, leżących w nieładzie obok kontuaru. — Znalazłam też dwa łóżka polowe i… jakieś zabawki. Jo kiedyś mi je przyniosła, a kredki i kolorowanki na pewno też się znajdą. Spróbuję znaleźć coś do zasłonięcia tego nieszczęsnego okna. Na razie koc będzie musiał wystarczyć.
Spojrzała na niego, starając się powstrzymać w sobie impuls, żeby nie poprosić go, aby został. Żeby nie ruszał z powrotem w noc, gdzie nie czekało go nic poza płomieniami. Ostatnimi czasy naprawdę zrozumiała, jak bardzo kruche były podwaliny ich życia. Jak bardzo łatwo każdy z nich mógł zwyczajnie zniknąć. Odejść.
Parsknęła tylko na jego kolejne słowa.
— Nie mam pieprzonego pojęcia — rzuciła wyraźnie zmęczona. — Udało nam się ugasić ogień zanim się rozprzestrzenił, ale smród pozostał. Muszę znaleźć jakieś kadzidła. Mam nadzieję, że się nie podusimy.
Zniknęła potem na zapleczu na krótką chwilę, zostawiając Morpheusa z zadaniem ułożenia wcześniej wspomnianego kącika dla dzieci — została mu powierzona również malutka skrzyneczka z sojowymi świecami i zabytkowa lampa naftowa. Wróciła po dłuższej chwili zaopatrzona w pudełko z kadzidłami i zabandażowaną rękę.
Odpaliła jedno polanko, a powietrze dookoła nich wypełniło się zapachem białej szałwi.
— Musisz tam wrócić, prawda? — zapytała jedynie po krótkiej chwili ciszy. Nie czekała jednak na jego odpowiedź, a odstawiła palący się aromat na pobliską ceramiczną podstawkę i chwyciła jego twarz w swoje dłonie. A potem ucałowała go w czoło, otaczając go zapachem wanilii i bzu. — Wróć bezpiecznie.
A potem ścisnęła go palcami za policzek.
— Bo nie ręczę za siebie.
Człowiek przejmował się SUM-ami; ze stresu nie jadło się tydzień przed egzaminami, a w dzień testów profilaktycznie wymiotowało się do kibla, żeby śniadanie nie podeszło do gardła w trakcie pisania na wielkiej sali. Stamtąd nie było już ucieczki. Starsze roczniki zarzekały się, że choćbyś narobił w gacie czy, co właśnie stresowało Tessę najbardziej, byś się porzygał, to musiałeś siedzieć. Jeśli nauczyciel miał litość, co nie zdarzało się często, to może by cię wyprowadził na zewnątrz i smagnął po mordzie Chłoszczyść, a potem pouczył, żeby nie jeść aż tak dużo przed następnym egzaminem. Zaraz potem siódmoklasiści ostrzegali, że owsianka w połączeniu z jajecznicą nigdy nie była dobrym pomysłem.
Po szkole przyszedł czas na obgryzanie paznokci przez pracę. U Gringotta w końcu nie było miejsca na robienie czegokolwiek na pół gwizdka. Cały czas czuła, że patrzono jej na ręce, a koledzy z pracowniczego biurka nie byli jednak aż tak zapaleni, jak ona. Woleli odbębnić robotę — odbić kartę przy wejściu, przez cały dzień niechętnie wykonać zlecenia, a na sam koniec podpisać się na liście i wrócić do domu. Ewentualnie wyjść czasem na piwo.
Nie rozumiała tego. Jak ludzie, pracujący w takim miejscu nie kwestionowali podstawionych im pod nos kodów, układów, starych pieczęci, których błędne rozbrojenie skutkowało potencjalnym wybuchnięciem zaklęcia prosto w twarz? Nie rozumiała tego. Nie potrafiła się dostosować do nudnego, dekadenckiego środowiska, w jakim przyszło jej spędzić aż cztery lata.
— Nie wiem — odparła zaraz na wspomnienie o Dolinie. Pokręciła głową, podnosząc palce do skroni, jakby próbowała odgonić nadchodzący ból głowy. — Boję się co z tatą.
Czuła, że brzmiała na powrót jak nastolatka. Jakby znowu miała osiemnaście lat, a po skończeniu Hogwartu nie miała się gdzie podziać, a stary Longbottom ponownie — bo po raz trzeci — namawiał ją, żeby wprowadziła się do Warowni. Zawsze mówiła, że nie miała kontaktu z ojcem. Ale tak naprawdę po stracie jednego, prędko zyskała drugiego.
— Tak, oczywiście, właśnie miałam się tym zająć. — Machnęła ręką w stronę kilku lekko zdezelowanych i wyraźnie zakurzonych śpiworów, leżących w nieładzie obok kontuaru. — Znalazłam też dwa łóżka polowe i… jakieś zabawki. Jo kiedyś mi je przyniosła, a kredki i kolorowanki na pewno też się znajdą. Spróbuję znaleźć coś do zasłonięcia tego nieszczęsnego okna. Na razie koc będzie musiał wystarczyć.
Spojrzała na niego, starając się powstrzymać w sobie impuls, żeby nie poprosić go, aby został. Żeby nie ruszał z powrotem w noc, gdzie nie czekało go nic poza płomieniami. Ostatnimi czasy naprawdę zrozumiała, jak bardzo kruche były podwaliny ich życia. Jak bardzo łatwo każdy z nich mógł zwyczajnie zniknąć. Odejść.
Parsknęła tylko na jego kolejne słowa.
— Nie mam pieprzonego pojęcia — rzuciła wyraźnie zmęczona. — Udało nam się ugasić ogień zanim się rozprzestrzenił, ale smród pozostał. Muszę znaleźć jakieś kadzidła. Mam nadzieję, że się nie podusimy.
Zniknęła potem na zapleczu na krótką chwilę, zostawiając Morpheusa z zadaniem ułożenia wcześniej wspomnianego kącika dla dzieci — została mu powierzona również malutka skrzyneczka z sojowymi świecami i zabytkowa lampa naftowa. Wróciła po dłuższej chwili zaopatrzona w pudełko z kadzidłami i zabandażowaną rękę.
Odpaliła jedno polanko, a powietrze dookoła nich wypełniło się zapachem białej szałwi.
— Musisz tam wrócić, prawda? — zapytała jedynie po krótkiej chwili ciszy. Nie czekała jednak na jego odpowiedź, a odstawiła palący się aromat na pobliską ceramiczną podstawkę i chwyciła jego twarz w swoje dłonie. A potem ucałowała go w czoło, otaczając go zapachem wanilii i bzu. — Wróć bezpiecznie.
A potem ścisnęła go palcami za policzek.
— Bo nie ręczę za siebie.
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you