Nie chciała ciągać za sobą Hannibala na siłę. Mówili, ze Londyn płonie i to była prawda, teraz na własne oczy widziała obraz zniszczenia i ognia i tych wszystkich ludzi, którzy potrzebowali pomocy. W większości z gaszeniem pożaru, ale to już był wybór, którego musiała dokonać: jeśli będzie pomagać z gaszeniem, to nie będzie miała czasu udzielić pomocy uzdrowicielskiej tym, którzy jej potrzebowali, a w takich miejscach magimedyków było jak na (hehe) lekarstwo. Ludzie na szczęście nie byli obojętni. Niektórzy pomagali z ewakuacją, chyba mignęli jej funkcjonariusze brygady ubrani w charakterystyczny mundur.
Musiała mrużyć oczy, bo chociaż w tych warunkach korzystała z kociego wzroku, nie chroniło ją to od podrażnienia przez wszechobecny pył. Czuła, że w kącikach oczu zbierają się łzy, gdy organizm próbował oczyścić je z tych niechcianych odrobinek, które osiadała absolutnie wszędzie. I które dostawały się też do nosa, czy ust, drażniąc gardło, przez co kilka razy musiała odkaszlnąć czy kichnąć. Nie było to jednak nic nadzwyczajnego, przy takiej ilości ognia.
Zastanawiała się jednak, czy ten pożar spłynął z nieba? Czy to był jakiś ognisty deszcz, który podpalał budynki, czy była to magia, czy może jednak ludzie pomagali w rozprzestrzenianiu się pożaru?
Cóż… ponownie na swoje pytania miała dostać odpowiedź, chociaż jeszcze nie w tej sekundzie.
Nie potrzebowała obrońcy, bo też bez takiego, w pełni świadoma możliwych konsekwencji, w ogóle pojawiła się w magicznych dzielnicach Londynu. Zawsze to jednak milej było mieć towarzystwo, a skoro Hannibal poczuł się natchniony jej postawą i czystością, to kimże by była, by ten błysk słońca gasić? To się nie godziło. Sama pewnie trzymała swoją różdżkę, pokrytą licznymi żłobieniami, które po bliższym przyjrzeniu się musiały być jakimiś drobnymi napisami, bo wyryto na niej hieroglify. Rozglądała się czujnie na boki, nie przejmując się tym, że momentami przeciskali się przez tłum. Nie wiedziała nawet, w którym momencie trafili na Pokątną, ewidentnie orientacja w terenie, gdy nie bywała tu aż tak często, i jeszcze w tych warunkach, nie była na jej korzyść. Han zatrzymał się w którymś momencie, jakby sam zastanawiał się, w którą stronę się udać, a może po prostu myślał o…
Nie dokończyła tej myśli, bo jej (teraz) złote tęczówki o pionowych źrenicach spotkały się z tymi, które zdążyła już poznać. Morpheus. Nawet uśmiechnęła się mimowolnie.
// Odgrywam przewagi: Animagia, Chimera (kocie oczy)