31.05.2025, 16:22 ✶
Szliśmy bez słowa - Ambroise po lewej, ja po prawej, ramię w ramię w równym, spokojnym tempie. To nie było zwykłe błądzenie po lesie, po ciemku - trzeba było wiedzieć, jak się poruszać, kiedy się zatrzymać, a kiedy zaufać temu, co nie do końca da się wyjaśnić. Całe szczęście, mój kompan rozumiał to tak samo jak ja - nie trzeba było słów, w zupełności wystarczyło spojrzenie, lekki gest dłoni, zmiana tempa stawianych kroków. Takie rzeczy buduje się latami - nie przez wspólne herbatki, tylko przez wspólne głupie akcje, kłopoty, przypały... A te mieliśmy wszyscy w gronie, w którym znaleźliśmy się razem na wsi.
Las między Exmoor a Dartmoor był inny - starszy, dzikszy, w bardziej czarodziejskiej okolicy, na przykład Dolinie Godryka, ludzie mówiliby, że ma rozbudowaną świadomość, ale nawet tutejsi mugole z pewnością to czuli, chociaż nie potrafili tego nazywać. Czułem ją - pulsującą głęboko pod warstwami ziemi i mchu, w popękanych korzeniach i ciemnych dziuplach. Ta świadomość obserwowała nas, wiedziała o naszej obecności, możliwe, że nas oceniała, i tylko czekała, aż się potkniemy... Nie potykaliśmy się, nie łamaliśmy zasad poruszania się po lesie - nie zbaczaliśmy z obranego kierunku, nie tylko, bo nie mieliśmy na to czasu - byliśmy szybcy, ale ostrożni, żeby z jednego zaginięcia nie zrobiła się większa tragedia. Już teraz nie wiedzieliśmy, jak to się skończy. Prudence i Romulus zniknęli bez śladu - niby żadne z nich nie należało do typu „bezbronnego mieszczucha”, ale chyba wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że oboje byli zbyt uparci, by prosić się nawzajem o pomoc i współpracować, nawet wtedy, kiedy robiło się naprawdę źle, a po tylu godzinach, to wyglądało już na „naprawdę źle”.
Zbliżaliśmy się do płytkiego jaru prowadzącego do małego jeziorka - obaj znaliśmy ten teren z poprzednich przejść, liście uginały się pod naszymi stopami, ale żaden z nas nie wydał ani jednego, zbędnego dźwięku - tu się nie mówiło głośno, tu się słuchało, przede wszystkim, słuchało - tylko szelest kroków, który nie zaburzał porządku rzeczy. W oddali słyszeliśmy czasem trzask, może lisa, może czegoś większego, ale las nie był niespokojny. Jeszcze nie...
Uśmiechnąłem się mimowolnie, bo znałem to miejsce - niewielki, ukryty zbiornik, głęboki jak na swoją wielkość i obrzeżony przez korzenie drzew, które zdawały się czerpać wodę prosto ze źródła. Teraz tafla wody błyszczała, i to nie od księżyca, bo niebo było zachmurzone, to światło nie pochodziło z góry. Fluorescencyjny poblask odbijał się w wodzie, ale pochodził z linii brzegowej i z gałęzi nad jeziorem. Już wiedziałem - zanim Ambroise zdążył to powiedzieć, jeszcze przed tym, jak wyrwało mu się to jedno słowo, które zawsze wypowiadał z tym samym rodzajem dziecięcego zachwytu, jakby miał dziesięć lat i właśnie znalazł zajebiście dużego borowika. Rzeczywiście, te grzyby były piękne - rosły gęsto, miały szerokie kapelusze, żarzące się delikatnym błękitem i fioletem, miejscami odrobiną różowej poświaty. Nie znałem ich nazw, bo nie musiałem - wystarczyło mi spojrzeć na nie, by wiedzieć, mimo że nie wszystkie z tych grzybów umiałbym nazwać - nie bawiłem się w klasyfikacje, raczej w użytkowanie - to znałem ich działanie. Halucynogenne, rytualne... W dużych ilościach mogły zdziałać cuda... Albo zniszczyć komuś psychikę...
- No, dobla, skolo i tak tędy pszechosimy... - Powiedziałem cicho. - To nie wypada nie poczęstowaś szię kilkoma, s dołu i s góly, tak dla stalej szkoły.
Nie potrzebowaliśmy tłumaczyć więcej - Ambroise kiwnął głową, on też wiedział, że takich rzeczy się nie mija. Skinąłem mu z uznaniem - zawsze wiedziałem, że rozumie te same rzeczy co ja - grzybnia takich grzybów to nie półka w sklepie z wyprzedażami, nie zabierasz wszystkiego, co ci się podoba, zostawiasz ślad, ale nie dziurę, tak działa równowaga. Las w tym rejonie nigdy nie był łaskawy, ale tej nocy był... Inny - gęstszy, jakby nagle przypomniał sobie, że nie musi być dla nas przejrzysty, więc gdy zaoferował nam takie dary, oczywiście, że nie mogliśmy mu odmówić, ale musieliśmy współpracować szybko i skutecznie, i nie na pałę - to dobrze, że obaj wierzyliśmy w zasadę: „Bierzesz tylko tyle, ile trzeba, las daje, ale pamięta też chciwość.” - tak było łatwo się dogadać, nie traciliśmy czasu na dyskusję.
Zsunąłem plecak z ramion i zawiesiłem go na gałęzi obok siebie, wyciągnąłem nóż z pochewki - stary, trzonek był ciemny od wydłużenia przez upływ lat, bez ozdób - po prostu dobry nóż. Przykucnąłem, wziąłem pierwszy trzon grzyba między palce, ostrożnie, tak jak się trzyma coś dennego, i przeciąłem go tuż przy ziemi. Grzyb poddał się bez oporu - nie drżał, nie zgasł, błyszczał - to był dobry znak.
- Dobrze. - Wypuściłem powietrze, kiwnąwszy głową. Ułożyłem grzyb w lewej dłoni, po czym uniosłem różdżkę, żeby translokować go do plecaka. Zebrałem jeszcze dwa z tego samego gatunku - każdy obcinany ręcznie, jeden po drugim, po każdym powtarzałem zaklęcie, nie zmieniając pozycji. Trzy to wystarczająco - pozostałe zostawiłem nietknięte. Wytarłem nóż w spodnie, potem schowałem go na miejsce, oglądając się na Greengrassa.
Zostawialiśmy większość polany nietknięte - światło wciąż biło miękko z reszty grzybni, żadne nie przygasło, kapelusze się nie zamknęły, to były dobre znaki. Las nie miał nam tego za złe. Tak to działało - jeśli bierzesz tylko tyle, ile trzeba, nie robisz sobie wrogów... Ani wśród ludzi, ani wśród roślin.
- Myslis, sze tyle styknie? Idziemy dalej? - Spytałem kumpla, przypatrując się, czy czegoś nie ominęliśmy - może był tu jakiś ciekawszy gatunek?
Translokacja (◉○○○○) - grzybek do plecaka
Rzut O 1d100 - 39
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Translokacja (◉○○○○) - grzybek do plecaka
Rzut O 1d100 - 73
Sukces!
Sukces!
Translokacja (◉○○○○) - grzybek do plecaka
Rzut O 1d100 - 29
Akcja nieudana
Akcja nieudana
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)